Archipelag islamu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy Indonezyjczycy poprą talibów? - docieka Olgierd Budrewicz
Dwa, trzy dolary za wzięcie udziału w demonstracji przed którąkolwiek z zachodnich ambasad płaci biuro przy ulicy Pramuka w Dżakarcie. Tłoku w pomieszczeniu nie ma, podobnie zresztą jak przed ambasadą USA. Może dlatego, że - jak głosi transparent rozpięty przed amerykańskim poselstwem - "Palenie flag państw obcych zagrożone jest karą więzienia do lat czterech". Wejścia do ambasady strzegą zwoje kolczastego drutu, policyjny wóz pancerny, armatka wodna oraz drzemiący na trawie stróże porządku publicznego.

Spokój warunkowy
W Europie straszono, a tu piknik w środku miasta. Kilkanaście osób, przeważnie o białej skórze, kręci się z aparatami fotograficznymi wokół obozowiska. Czyżby nigdy nic się w tym miejscu nie działo? Jeszcze wczoraj stało tu dwustu demonstrantów, wznosząc okrzyki przeciw wojnie w Afganistanie i przeciw Ameryce. Kiedy piszę te słowa, kilkudziesięciu młodych ludzi manifestuje (w należytej odległości) przed także odrutowaną ambasadą brytyjską.
Doszło też do poważniejszej, ale całkowicie pokojowej demonstracji muzułmańskiej Partii Sprawiedliwości. Po piątkowych modłach kilka tysięcy członków tej partii zebrało się w parku w środku miasta. Demonstranci przemaszerowali następnie pod ambasadę USA, gdzie oczekiwało ich 700 policjantów i 45 wozów pancernych. Wznoszono okrzyki przeciw wojnie w Afganistanie, skandowano także "Precz z syjonistami" i "Allah Akbar". Nie doszło do żadnych incydentów.
Indonezja ma jednak złą opinię w światowych mediach. Dżakarta, dziesięciomilionowy moloch, opisywana jest jako miasto wybuchów nienawiści do Ameryki. W Europie doradzano mi zakup koszulki z napisem "Nie jestem Amerykaninem". Podobno białych zaczepiają na ulicy, biją ich, wyciągają Amerykanów z hoteli. W rzeczywistości powodów do noszenia "barw ochronnych" nie ma. Ani śladu nastrojów pogromu. Mimo to obraz stolicy największego na świecie muzułmańskiego państwa może się szybko zmienić. Znawcy tego rejonu Azji mówią o pokojowym charakterze mieszkańców kilkunastu tysięcy wysp, ale zgodnie podkreślają też ich skłonność do nagłych wybuchów. I dlatego nikt nie potrafi przewidzieć, w jakim kierunku będzie zmierzał tutejszy islam, jakie tendencje ostatecznie w nim zwyciężą.

Indonezyjscy przyjaciele bin Ladena
Wszędzie istnieje wiele sprzeczności między religią i interesami ekonomicznymi, ale w tym kraju jest to szczególnie widoczne. Pojawiają się więc ostrzeżenia przed krzykliwymi antyamerykańskimi protestami. Wiceprezydent Hamzah Haz oświadczył: "Akcje na ulicach niszczą wizerunek indonezyjskiego islamu. Jeżeli chcecie pomóc swoim afgańskim braciom, poślijcie im żywność, lekarstwa i modlitwy".
Tymczasem ten image już został naruszony. Ponad 1,3 mln turystów odwołało swoje przyjazdy do Indonezji, co oznacza utratę półtora miliarda dolarów. Hotele opustoszały. Zniknęli także turyści z Polski. Czy uda się zachować spokój? Jak silne są grupy islamskich ekstremistów? Na razie ujawniają się głównie przy okazji anemicznych demonstracji, dodają im barwy. Istnieje jednak grupa ludzi, których trzeba traktować serio. To bojówki radykałów - Laskat Dżihad. Jest ich niewielu, ale są hałaśliwi i czasem niebezpieczni. Mają swoje obozy treningowe w wiosce Manjul, między Dżakartą a Bogorem. Paramilitarne bojówki uformowały się w roku 2000, zaczynając swoją aktywność od wsparcia muzułmanów w walce z chrześcijanami na Molukach. Jest i przywódca bojówek, nazywa się Jaffar Umar Thalib, zapatrzony w Osamę bin Ladena, utrzymujący z nim i jego Bazą stały kontakt.

Szarijat do konstytucji!
Goodwill Zubir, sekretarz generalny Muhammadiyah, organizacji zrzeszającej 30 mln muzułmanów, mówi mi, że wśród licznych grup islamskich panują odmienne opinie na temat trwającego właśnie konfliktu. Zubir potępia atak terrorystyczny na Amerykę, twierdzi, że islam jest zdecydowanie przeciwny terrorowi. Zaraz jednak dodaje: "Wszyscy jesteśmy niezadowoleni, że w Afganistanie giną nasi bracia". Czy nie obawia się, że w końcu może dojść do światowej wojny dwóch cywilizacji? "To wykluczone, chociaż niektórzy w Indonezji niemądrze podgrzewają atmosferę".
Od pewnego czasu tematem dnia w Indonezji są próby zmiany konstytucji i ustanowienia państwa muzułmańskiego opartego na zasadach szarijatu. Zubir mówi: "To przedwczesne, to nie przejdzie przez parlament". Na temat hałaśliwych radykałów wypowiada się krótko: "My ich z pewnością nie poprzemy". O podniesieniu szarijatu do rangi prawa państwowego muzułmanin Andi Mallaranggeng, doradca prezydenta i parlamentu, specjalista od spraw decentralizacji państwa, mówi zdecydowanie: "Wykluczone".
Sceptycy twierdzą wszelako, że w Indonezji nic nie jest wykluczone. Niemal na każdej z siedmiu tysięcy zamieszkanych wysp żyją ludzie innego plemienia. Mimo że prawie 90 proc. z nich to wyznawcy islamu, ich religia jest odmienna. Obywateli dzielą ogromne różnice społeczne i materialne. W samej Dżakarcie mieszka ponoć 100 tys. milionerów i paru miliarderów. Obok nich zaś - miliony gnieżdżących się w czymś, co bliższe jest psim budom niż domom mieszkalnym. W kraju panuje powszechna nędza; liczbę bezrobotnych ocenia się na 40 mln.
Ktoś powiedział, że Indonezja jest jak suchy step - wystarczy rzucić zapałkę, aby rozgorzała wielkim płomieniem. Trwa kryzys gospodarczy i polityczny, kryzys podstawowych ludzkich wartości. Minęło niedawno 100 dni od chwili objęcia rządów przez panią Megawati Sukarnoputri, która ma opinię jednego z ostatnich autorytetów w Indonezji. I oto ogłoszono wyniki sondaży: 60 proc. mieszkańców dużych miast wyraża dezaprobatę dla rządów Megawati. To już prawie zapalona zapałka.
Przed gmachem parlamentu trzysta tysięcy demonstrantów domagało się włączenia szarijatu do konstytucji. A tymczasem zachowanie świeckości zdecyduje o przyszłości państwa. Gdyby rządy pani Megawati okazały się pełne błędów i wahań, to w wyborach w 2004 r. mogą zwyciężyć siły islamskie. Skutki takiego rozwoju sytuacji są trudne do przewidzenia.

Gdzie jest Tommy Suharto?
Były prokurator generalny Indonezji Marzuki Darusman, filar ciągle żywej partii suhartowskiej, którego zapytałem o stopień przestępczości, powiedział: "Przestępczość spada, skuteczność wymiaru sprawiedliwości także". Należy wątpić, czy rozmówca miał na myśli brak woli aresztowania ukrywającego się syna dyktatora (ulica, przy której stoi kilkanaście willi rodziny Suharto, jest zamknięta dla ruchu przez policję, a duży napis informuje, że to z powodu... poszukiwania Tommy’ego). Skądinąd wiadomo, że zabito skrytobójczo sędziego, który skazał Suharto juniora na 18 miesięcy więzienia. Wiadomo również, że w Indonezji obowiązuje powszechne prawo linczu, bezkarnie też uchodzą zbrodnie na Molukach, w Aceh, do niedawna na Timorze. Nie zapomniano jeszcze krwawej łaźni, jaką w 1965 r. zgotowano komunistom.
Właśnie ogłoszono, że parlament uchwalił autonomię Irianu Zachodniego. Pozwolono na zmianę nazwy prowincji na "Papua", zgodzono się na własną flagę i hymn, na udział w zyskach z eksploatacji bogatych złóż surowców, przede wszystkim ropy, miedzi i złota. Ale - żadnych złudzeń - i tak wszystko zależy od wojskowych, którzy szarogęszą się w tej części Nowej Gwinei.

Przyjaciele i wrogowie Ameryki
H.S. Dillon, stojący na czele Narodowej Komisji Praw Człowieka, sam należący do etnicznej grupy sikhów, jest za uszanowaniem różnic narodowych, plemiennych i religijnych, ale podkreśla niebezpieczeństwo dezintegracji w państwie tysięcy wysp. On i wielu innych zdaje się nie akceptować wyjazdu młodych mężczyzn do Afganistanu w celu wsparcia talibów (mówi się o kilkuset ochotnikach, którzy dotychczas opuścili kraj).
Jedni jadą, aby walczyć przeciw Amerykanom, manifestują przed ambasadami, inni zamierzają tworzyć oddziały, które mają chronić cudzoziemców na ulicach Dżakarty. Na razie nie są one jednak potrzebne. Ani w rozgardiaszu portu Kelcepa, ani w wielkim meczecie nie czułem się zagrożony fundamentalistycznymi ekscesami. W stołecznej dzielnicy Tanjung Priok odbyła się nawet demonstracja mieszkańców domagających się spokoju w obliczu konfliktu Afganistanu z Ameryką. Im zależy na pracy i zarobku. Coraz powszechniejsza jest opinia, że bez amerykańskich inwestycji dwustumilionowy kraj nie ma szans na dalszy rozwój. Antyamerykanizm nasila się jednak mimo ostrzeżeń. Potępienie terroryzmu? Tak, ale z zastrzeżeniami. Walka z talibami? Tak, ale nie z cywilną ludnością. Osama bin Laden? To awanturnik, ale nikt nie udowodnił, że to on dokonał ataku na Amerykę.

Pokaz mody według imamów
Nie trzeba się wyprawiać z wyspy na wyspę, aby stwierdzić, jak różne jest w Indonezji postrzeganie wydarzeń politycznych, jak rozmaite są oceny spraw i ludzi. Ktoś mówi: "Nie wolno nam ignorować woli większości świata", "Koran nie zabrania zabijania terrorystów w czasie ramadanu", a prof. Abdul Munir Mulkhan z Państwowego Instytutu Studiów Islamistycznych w Yogyakarta nie waha się przed oceną, że zaledwie 25 proc. muzułmanów jest za wprowadzeniem szarijatu.
Państwo islamskie na razie nie powstanie, ale islamizacja postępuje. W pamiętającej głębokie czasy kolonialne restauracji Batavia, gdzie biesiadują prawie wyłącznie goście o białej skórze, słyszę czyjąś uwagę: "Ostatnia wielka rewia mody odbyła się w Dżakarcie przed trzema laty, teraz by już na to imamowie nie pozwolili". Taką uwagę można by potraktować jak żartobliwy komentarz do przemian obyczajowych i politycznych. Amerykanie traktują jednak podobne przejawy radykalizacji poważnie. Państwa południowo-wschodniej Azji - Indonezja, Malezja i Filipiny - stanowią w coraz większym stopniu zaplecze działań Osamy bin Ladena. I choć Colin Powell oświadczył, że nie przewiduje się tu na razie operacji militarnych, obszar ten wciąż znajduje się pod pilną obserwacją.


Więcej możesz przeczytać w 46/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.