Szeryfowie Europy

Szeryfowie Europy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dla Schilla, Di Pietro, Garzóna, Blunketta i Blochera hasła walki z bezprawiem stały się przepustką do świata polityki
Miejsce kryminalistów jest w kryminale!"; "Kto raz dostał dożywocie, nie może po piętnastu latach wyjść z kicia!"; "Zboczeńcy znajdą się na wolności, gdy poddadzą się kastracji!" - na takich hasłach polityczny dyletant Ronald Barnabas Schill triumfalnie wjechał do hamburskiego ratusza. W październiku jego Partia Ofensywy Praworządności po 44 latach sprawowania władzy przez socjaldemokratów zepchnęła ich do ław opozycji. W najbliższych wyborach parlamentarnych ugrupowanie Schilla zamierza poprzeć co piąty Niemiec. Nie bez znaczenia dla sukcesu POP była obietnica jej lidera, który po ataku na World Trade Center poprzysiągł rozprawić się z islamskimi fundamentalistami. Przypadek Schilla potwierdza, że po 11 września zdezorientowani obywatele stali się skłonni oddać władzę w silne ręce.
Próby zbijania kapitału na indolencji polityków i braku poczucia bezpieczeństwa obywateli nie są zjawiskiem nowym. Dla jednych politycy pokroju Schilla są niczym szczurołapy, dla innych stanowią "ostatnią nadzieję na prawdziwy porządek". Gdy w 1992 r. mediolańskiego socjalistę Mario Chiesę przyłapano na braniu łapówki od przedsiębiorcy za załatwienie zlecenia na pranie pościeli z komunalnego przytułka, nikt nie sądził, że to początek wielkiej przepierki w kręgach partyjno-państwowych. Akcja pod hasłem "Czyste ręce" ujawniła stałą praktykę opodatkowywania zamówień publicznych przez partyjnych notabli i wstrząsnęła włoską sceną polityczną. Zyskali jedynie komuniści.
"To był zwykły zamach stanu" - stwierdził później Silvio Berlusconi, obecny premier Włoch. Jego zdaniem, organizatorami puczu byli "czerwoni prokuratorzy", członkowie i zwolennicy partii komunistycznej. Berlusconi sam uważa się za ich ofiarę. Założycielowi Forza Italia wytoczono osiem procesów o korupcję - w trzech go skazano, po czym w drugiej instancji oczyszczono z zarzutów. W sumie do więzień trafiło 2,5 tys. osób, w tym wszyscy polityczni liderzy. Aż 80 oskarżonych popełniło samobójstwo.

Obserwatorzy (nie)moralności
Kluczową postacią tej kampanii był prawnik i ekspolicjant Antonio Di Pietro, który miał ambicje zostać premierem. Gdy w ostatnich wyborach do parlamentu zdobył zaledwie 1 proc. głosów, powołał Europejskie Obserwatorium Legalności i Kwestii Moralnej. Tymczasem sam został oskarżony m.in. o przyjęcie od włoskich socjalistów wartego 250 tys. dolarów mieszkania w centrum Mediolanu, od właściciela towarzystwa ubezpieczeniowego MAA (przeciw któremu prowadził śledztwo) mercedesa i innych prezentów, a także gratyfikacji za zlecenie komputeryzacji prokuratury.
W obserwatorium Di Pietro działa słynny sędzia Baltazar Garzon, który na scenę polityczną wkroczył w barwach Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE). Garzón zajmował wprawdzie tylko stanowisko podsekretarza stanu w MSW, doprowadził jednak do oskarżenia wielu znanych postaci. Z jego powodu przed sądem stanęli m.in. wicepremier Hiszpanii Alfonso Guerra oraz kilku wysokich oficerów policji i tajnych służb GAL (za zwalczanie metodami terrorystycznymi baskijskich separatystów z ETA). Poza Półwyspem Iberyjskim Garzón zyskał rozgłos za wkład w aresztowanie w Londynie Augusta Pinocheta.
Na Wyspach Brytyjskich bezpieczeństwa i porządku publicznego strzeże minister spraw wewnętrznych David Blunkett. Ten niewidomy polityk Partii Pracy nie dostrzega patologii społecznych na ulicy ani w telewizji, lecz doskonale zna nastroje Brytyjczyków. Nie można go przypisać ani do lewego, ani do prawego skrzydła, co zjednuje mu sympatię w szerokich kręgach. Tym bardziej że w walce z przestępcami wykazuje energię i odwagę. Blunkett ostro skrytykował Francuzów, Belgów i Holendrów za indolencję w zwalczaniu przemytu towarów i ludzi. Osobiście wysłał agentów, których zadaniem jest wyszukiwanie przemytników, zanim ci dotrą do brytyjskiej granicy. Również w mieszczańskiej Szwajcarii. Christoph Blocher z Demokratycznej Unii Centrum, który z przemysłowca przedzierzgnął się w populistycznego demagoga, zapowiada "zrobienie w kraju porządku".

Ślepa Temida
Niemcy wierzą w funkcjonowanie państwa prawa, lecz nie w odniesieniu do prominentnych polityków. Gdy ujawniono skandal finansowy CDU, nie znalazł się ani jeden szermierz w todze, który odważyłby się wystąpić przeciw "pierwszym między pierwszymi". Zapewne dlatego, że w tworzeniu nielegalnych funduszy chadeków uczestniczyli m.in. najważniejszy strażnik porządku konstytucyjnego, były szef MSW Manfred Kanther, oraz jego mocodawca Helmut Kohl.
Społeczeństwo straciło wiarę, że znajdzie się miotła do posprzątania partyjnych świeczników. Machinacje polityków, wzrost przestępczości i ataki terrorystów islamskich spowodowały, że wyborcy wiążą swe nadzieje z postaciami mało znanymi.
"Nie wierzę w dobroć człowieka. Wierzę w rygory prawa!" - wyznaje Schill, 42-letni prawnik, którego droga do stanowiska szefa resortu spraw wewnętrznych Hamburga była krótka. Od 1993 r. Schill prowadził sprawy karne, w których zasłynął z wyjątkowo surowych wyroków. "Sędziego bez litości" oskarżono o nadużywanie prawa i przeniesiono do sądu cywilnego. Schill poczuł się skrzywdzony tą decyzją, zarejestrował własną partię i rozpoczął polityczną karierę.
Coraz większą popularność zawdzięcza przede wszystkim obietnicy zmniejszenia przestępczości o połowę, i to w sto dni. "W więzieniach starczy miejsca dla wszystkich łamiących prawo" - stwierdził.

Przepustka do władzy
Przeciwnicy polityczni Schilla oskarżyli go o skłonności neonazistowskie i porównali do austriackiego populisty Jörga Haidera. Schill uznał to za potwarz i odciął się od skrajnie prawicowych kręgów Niemieckiej Unii Ludowej i republikanów. Szef ofensywy uważa się za liberała, lecz jego liberalizm "kończy się tam, gdzie zaczyna się przestępczość". Faktem jest, że już po objęciu nowego stanowiska w hamburskim ratuszu zredukował swe wcześniejsze obietnice. Z powodu braku pieniędzy nie przybędzie 1,7 tys. policjantów, lecz 250, a przestępczości nie uda się zmniejszyć o połowę w sto dni. Mimo to POP zyskuje w Niemczech coraz większą sympatię. Dziś oddałby na nią głos co piąty obywatel. Schill uznał to za przepustkę do władzy i zapowiada start w wyborach do parlamentów innych landów, a także do Bundestagu (we wrześniu 2002 r.).
- Łatwo kupić zaufanie przestraszonego społeczeństwa, jeśli chwytliwe obietnice "uzdrowicieli" padają w chwili kryzysu lub kompromitacji wielkich partii. Tam, gdzie politycy należycie wywiązują się z obowiązków, szanse populistów na zrobienie karier są minimalne - konstatuje niemiecki politolog prof. Arnulf Baring. POP uderzyła w dogodnym dla siebie momencie. "W Niemczech nikt nie musi żebrać, a pracy i miejsc w więzieniach jest dosyć!" - agitował Ronald Barnabas Schill. Dyrektor hamburskiego dworca Hartmut Mehdorn poczuł już wsparcie "sędziego bez litości". Wkrótce z jego obiektu "zniknie uciążliwa zbieranina". Organizacje charytatywne, które od stu lat wydają tu gorące posiłki dla bezdomnych, otrzymały już polecenie znalezienia sobie innego lokalu. "Wystarczy! - zdecydował Mehdorn. - Niemieckie dworce nie mogą być miejscami rozwiązywania problemów społecznych. Mają być czyste i wolne od bezdomnych wykolejeńców i żebraków". Prawie 80 lat temu podobnymi argumentami posługiwał się pewien mieszkaniec Monachium. W 1933 r. wygrał wybory i został kanclerzem Niemiec.




Więcej możesz przeczytać w 47/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0