Czas demagogów

Czas demagogów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Demagogia to jedna z głównych form dywersji politycznej
Demagogia to "makroschlebianie". Makro dlatego, że demagogia nie jest adresowana do jednostki. Demagog mówi i pisze to, co miłe uchu niezadowolonych, zwykle słabo wykształconych, podatnych na chwytliwe hasła i obiecanki. Trzeba ich zdobyć lub przynajmniej zneutralizować, by nie przeszkadzali. Demagog nie zawsze obiecuje złote góry tym, którzy wynoszą go do władzy. Wystarczy mówić, że jest źle, że trzeba wrócić do "starego", do czasów Gierka, do "starych" matur. Wycofanie się z nowej matury spowodowało tak duży chaos, że w niektórych miastach przyszłoroczni maturzyści wyszli na ulice.
Posługując się chwytliwymi hasłami i nie troszcząc się o ich słuszność, a tym bardziej o konsekwencje ich ewentualnej realizacji, demagogia stała się jedną z głównych form dywersji politycznej. Nie jest adresowana do aktualnej większości parlamentarnej. Chodzi o rozdmuchanie niezadowolenia tej czy innej grupy zawodowej do rozmiarów protestu społecznego, protestu zdolnego do obalenia dotychczasowego porządku, a nawet ustroju. W ten sposób, eksponując hasło "Deutschland erwache!" (Niemcy, obudźcie się!), zdobyli władzę hitlerowcy, likwidując w ciągu kilku miesięcy opozycję i zakładając (już w 1933 r.) obozy koncentracyjne. Demagogom politycznym chodzi bowiem zawsze i wszędzie tylko o zdobycie i utrzymanie władzy przez przywódczą oligarchię.
Demagogia polityczna stała się obecnie realnym zagrożeniem nie tylko dla polskiej sceny politycznej, ale także dla polskiej racji stanu, dla naszej przyszłości. W ratingu krajów europejskich pod względem wiarygodności kredytowej (Standard and Poor) nie mamy oceny A minus, jaką uzyskały Czechy i Węgry, a grozi nam nawet utrata dotychczasowej oceny BBB plus. Wyjaśnieniem niech będą tytuły artykułów w zachodnich czasopismach, na przykład "W Polsce wygrywa populizm". Populizm zmierzający do satysfakcjonowania najgłośniejszych krzykaczy kosztem rzeczywistych priorytetów społecznych i gospodarczych - to właśnie bezpośredni efekt demagogii.
Powodzenie naszych rodzimych wich-rzycieli to oczywiście rezultat utrzymującej się presji nieuctwa, nastrojów antyinteligenckich, mających swój początek u zarania PRL, kiedy "nie matura, lecz chęć szczera...". W Polsce ciągle modne jest otwarte przeciwstawianie się obiektywnemu stanowi wiedzy, otwarte głoszenie bzdur pod hasłem zdrowego rozsądku. To za Polski Ludowej zaczęli masowo zostawać za granicą najzdolniejsi Polacy, i to nie tylko z tego powodu, że w kraju nie mogli zarobić więcej niż górnik czy hutnik. Dzisiejszy niechętny stosunek do ludzi o wysokich dochodach to produkt czasów, kiedy podstawą oceny była wielkość poniesionych nakładów, a nie uzyskanych efektów. Były to bowiem czasy, kiedy nie było różnicy między rachunkiem nakładów a rachunkiem efektów. Suma nakładów to efekt, to wartość. Im większe nakłady, tym lepiej!
Jedna z istotnych tajemnic sukcesu gospodarki rynkowej tkwi właśnie w oddzieleniu pomiaru efektów od rachunku nakładów. Nasi postkomuniści i demagodzy do dziś nie chcą zrozumieć, że taki sam nakład może przynieść w jednym wypadku stratę, a w drugim krociowe zyski, zyski uprawnione sukcesem. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że źródłem sukcesu gospodarki USA jest powszechna akceptacja nierówności materialnej (nie nędzy!), płynącej z indywidualnego sukcesu. U nas natomiast "sprawiedliwość społeczną"- jedno z najbardziej mglistych i nadużywanych pojęć - zapisano w konstytucji z 1997 r. Konia z rzędem temu, kto wykaże, że lepiej służy to społeczeństwu niż nierówność materialna.
Dzisiejszy polski klimat zawdzięczamy też w znacznej mierze izolowaniu się polskiego społeczeństwa, w tym także inteligencji, od ekonomii jako nauki, od edukacji ekonomicznej. Niech nas tu nie myli duże zainteresowanie młodego pokolenia studiami ekonomicznymi. Ludzie nie lubią i nie chcą rozumieć audycji ekonomicznych. Proszony czasami przez telewizję o wypowiedź w jakiejś istotnej kwestii, dowiaduję się, że mam do dyspozycji półtorej lub dwie minuty. Dłuższa wypowiedź rzekomo nudzi i niecierpliwi telewidzów. Co innego półgodzinny wywiad z jakąś gwiazdą... Żądamy panem et circenses i koniec! Czy to dobry posag u progu XXI wieku - to już zupełnie inna historia.
Więcej możesz przeczytać w 47/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0