Pasażer naszych marzeń

Pasażer naszych marzeń

Dodano:   /  Zmieniono: 
Po ogłoszeniu listy ofiar katastrofy airbusa w kołach ubezpieczeniowo-giełdowych doszło do eksplozji radości
Długoletnie badania prowadzone przez naukowców z amerykańskiego Johns Hopkins University na sześciuset osobach wykazały, że optymistom dwukrotnie rzadziej grozi zapadnięcie na choroby serca niż pesymistom. Można się zatem spodziewać, że kardiolodzy zarobią w najbliższym czasie mniej, oczekiwali, na właścicielach akcji głównych towarzystw ubezpieczeniowych. Po zamachach z 11 września liczba pesymistów w tym gronie radykalnie wzrosła, ale wypadek airbusa w Nowym Jorku przyniósł wyraźną poprawę nastrojów, co może pokrzyżować plany kardiologów.
Rzeczywiście, jest się z czego cieszyć. Zaraz po katastrofie samolotu specjaliści oceniali spodziewane wydatki firm ubezpieczeniowych na miliard dolarów. Kiedy jednak zapoznano się dokładnie z listą pasażerów, w kołach ubezpieczeniowo-giełdowych doszło do z trudem skrywanej eksplozji ulgi i radości. Trzeba będzie wydać dwa razy mniej. Jakże miło w zalewie ponurych doniesień z całego świata znaleźć nareszcie akcent odprężający! Uff, to się nazywa nowina! Większość pasażerów airbusa to Dominikańczycy! A Dominikańczyk kosztuje znacznie mniej niż Amerykanin lub Europejczyk. Taki strach - a potem takie zaskoczenie! No nie, jeszcze szklaneczkę poproszę, dzisiaj naprawdę jest powód do wypicia. Cheers!
Bo z trupami Amerykanów i Europejczyków, zwłaszcza zachodnich, jest zawsze, proszę państwa, duży kłopot. Towarzystwa ubezpieczeniowe wypłacają odszkodowania według zindywidualizowanych kryteriów, wśród których na czoło wysuwa się poziom dochodów, sytuacja majątkowa i rodzinna. Powiedzmy, że w samolocie lecącym z Nowego Jorku do Santo Domingo siedzi dobrze odżywiony Amerykanin, Niemiec czy Francuz, a ten samolot spada i się rozbija. Tacy ludzie, lecący do ciepłych krajów, przeważnie nieźle zarabiają, mają spore i położone w dobrym punkcie mieszkania albo domy, czasami z basenem. Żeby pozostałym przy życiu członkom rodziny zagwarantować odpowiedni do ich statusu standard życia, trzeba wydać straszne pieniądze. W dodatku nie dają się nabierać, bo jak im się coś nie podoba, biorą adwokata i wytaczają sprawę w sądzie.
Co innego Dominikańczyk. Dominikańczyk to martwy pasażer naszych marzeń. Skoro samoloty już muszą się rozbijać, to dlaczego nie można się umówić, że będą się roztrzaskiwać te, które lecą z biednymi na pokładzie? Samolotom to przecież nie robi różnicy, a nam owszem. Airbus lecący 12 listopada z Nowego Jorku do Santo Domingo wykazał się prawdziwie obywatelską postawą. Spadł na ziemię, ale akurat wtedy, gdy jego pasażerami byli głównie Dominikańczycy wracający do domu po jakimś okresie pracy w USA. Może oni nawet wieźli sporo pieniędzy dla swoich rodzin, lecz najważniejsze, że ich nie dowieźli i że nie sposób udowodnić, ile ich było. A że istniała możliwość, iż poziom zamożności owych rodzin dzięki tym dolarom by wzrósł? Cha! cha! cha! Potencjalnie to każdy z nas jest Vittorio de Sicą, Dżyngis-chanem i Marią Konopnicką w jednej osobie, ale udowodnienie tego przed sądem to zupełnie inna bajka. A poza tym chcielibyśmy zobaczyć tę Dominikankę, jak ze swojej kolorowej drewnianej chatynki, w której nawet czarno-biały szesnastocalowy telewizor jest na generator (bo prądu nie doprowadzili), dzwoni po adwokata, by w jej imieniu wytoczył sprawę przed trybunałem w miejscu katastrofy, tj. w Nowym Jorku. Cha! cha! cha! i jeszcze raz cha! cha! cha! Wypłacimy jej, a jakże, odszkodowanie za męża zgodnie z obowiązującymi zindywidualizowanymi kryteriami. Będzie ono takie, żeby nadal bez przeszkód mogła prowadzić dotychczasowy tryb życia w drewnianej kolorowej chatynce z telewizorem na generator. I proszę nam nie chlipać, że wykorzystujemy sytuację biednych. Biedni to są Haitańczycy, którzy przyjeżdżają do Dominikany pracować na czarno i dostają dolara za tonę ściętej ręcznie trzciny cukrowej o wysokości około trzech metrów. Przy nich Dominikańczycy to krezusi.
Biedni są też francuscy kloszardzi, chociaż niekoniecznie w sensie materialnym, bo oni przynajmniej mają kogo prosić o jałmużnę. Ich bieda jest inna. Kiedy Dominikańczyk stanie pod drzewem i siuśnie, nikt się nawet nie zdziwi. Kiedy paryski kloszard zrobi to samo - to skandal. Ale jak ma się zachować, jeżeli wszystkie publiczne toalety, nawet uliczne, są płatne, a jego na opłatę nie stać? Merostwo trzynastej dzielnicy Paryża zapowiedziało publiczną debatę na temat prawa bezdomnych do oddawania moczu. Kwestię kału zostawiamy na później, w oczekiwaniu na dalszy rozwój cywilizacji. A zresztą, po co my się tym zajmujemy? Przecież w nowojorskim airbusie nie było ani jednego kloszarda lub Haitańczyka. Jak się dobrze zastanowić, to nawet trochę szkoda.
Więcej możesz przeczytać w 47/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0