Euromiedza

Euromiedza

Dodano:   /  Zmieniono: 
Raport "Wprost" i Radia Zet: Polacy przekraczają granice Unii Europejskiej

Gdy 20 listopada samolot z Warszawy wylądował na mediolańskim lotnisku Malpensa, podróżująca nim Agata P. nie przypuszczała, że zamiast planowanych sześciu dni (w torebce miała bilet powrotny na 25 listopada) spędzi na włoskiej ziemi raptem kilkadziesiąt minut. Stanęła w długiej kolejce do kontroli paszportowej. "Ile wiezie pani z sobą pieniędzy?" - zapytał policjant. "100 tys. lirów i 200 dolarów" - odpowiedziała zgodnie z prawdą nasza rodaczka. "To za mało, wraca pani do Polski" - brzmiał bezapelacyjny wyrok urzędnika. Na nic zdały się błagania. Nie pozwolono jej zatelefonować ani do konsulatu, ani do agencji turystycznej, by zmienić rezerwację i skrócić okres pobytu. Odebrano jej paszport i pod eskortą odprowadzono do samolotu, którym przyleciała.
Podobne przygody na granicach państw Unii Europejskiej każdego roku spotykają tysiące Polaków. Niekiedy powody zatrzymań bywają całkowicie irracjonalne. Pocieszeniem jest tylko fakt, że podróżni legitymujący się paszportem z orłem w koronie są obecnie znacznie lepiej traktowani przez funkcjonariuszy unijnych straży granicznych niż jeszcze przed kilku laty. Dopóki jednak nie wstąpimy do Unii Europejskiej, dopóty każdy Polak wybierający się do Europy Zachodniej musi się liczyć z tym, że podzieli los Agaty P.

Za krótka spódniczka
Parę lat temu podobna sytuacja przytrafiła się Krzysztofowi Pendereckiemu, który przyjechał dyrygować w rzymskiej filharmonii. "Przyjechał pan tu do pracy, więc potrzebuje pan wizy. Wizy nie ma, zatem wraca pan do domu" - usłyszał od policjanta w okienku. Słynnemu kompozytorowi udało się ostatecznie wybronić. Niczego natomiast nie wskórała pewna dziennikarka, która przyleciała do Rzymu... w zbyt krótkiej - zdaniem dyżurnego policjanta - spódniczce. Na nic zdały się talia kart kredytowych i legitymacja dziennikarska. Potraktowano ją jak potencjalną prostytutkę i odesłano do Polski. Według oceny pracowników LOT, każdego tygodnia podobne przykre przygody spotykają na włoskich lotniskach kilku polskich obywateli.
Znacznie poważniejsza sytuacja panuje jednak na granicy brytyjskiej. W kwietniu, dokładnie w tym czasie, kiedy Londyn odwiedził Leszek Miller, wieczornym samolotem do Warszawy wracał roztrzęsiony młody chłopak. Po raz drugi w ciągu kilku tygodni nie wpuszczono go do Wielkiej Brytanii, gdzie na rocznym kursie językowym uczy się jego siostra, do której chciał dołączyć. Za pierwszym razem w Dover, dokąd dojechał autobusem, funkcjonariusz służby imigracyjnej zawrócił go, bo nie potrafił udowodnić, że jedzie się uczyć. Przed następną próbą przekroczenia granicy zapłacił więc z góry za dziewięciomiesięczny kurs. Tym razem poleciał samolotem. Na lotnisku Heathrow został ponownie zawrócony, ponieważ zauważono, że bilet powrotny ma ważność "tylko" pół roku. "We dwoje z siostrą zrobilibyście tu rewolucję" - usłyszał od funkcjonariusza służby imigracyjnej.

Ściśle tajne kłopoty
Ilu dokładnie Polaków spotykają nieprzyjemne przygody na unijnych granicach? Jak często nie ma racjonalnych przyczyn odmowy wjazdu ? Nie sposób tego ustalić. Z powodów, których można się tylko domyślać, dane te często obejmowane są klauzulą najwyższej tajności. W biurze prasowym brytyjskiego MSW powiedziano nam, że nie można tego dokładnie określić, bo liczby dotyczące wypadków zawrócenia z granicy wpisuje się do rejestrów obejmujących części świata, a nie poszczególne kraje. Dlaczego zatem w kwietniu obecny minister spraw zagranicznych, a wówczas wewnętrznych, Jack Straw zagroził wprowadzeniem wiz, jeśli nasz kraj nie rozwiąże problemu polskich Cyganów ubiegających się o azyl w Wielkiej Brytanii? Z dostępnych mu danych mógł się podobno jedynie dowiedzieć, że owi Cyganie przybywają z Europy Wschodniej...
- Powody cofania Polaków z granicy na lotnisku Malpensa w Mediolanie są wyłącznie administracyjne - powiedział korespondentowi "Wprost" zastępca komendanta tamtejszej policji granicznej Agostino Scuncia, jedyna osoba we Włoszech, którą udało nam się skłonić do rozmowy. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych szybko zajęło się poszukiwaniem w Mediolanie funkcjonariusza udzielającego informacji bez zgody przełożonych. O uzyskaniu jakiejkolwiek oficjalnej odpowiedzi na nasze pytania ze strony ministerstwa nie było mowy.
- Zdecydowanie najwięcej naszych rodaków powraca z granicy brytyjskiej - mówi Wojciech Kałamarz, główny specjalista z wydziału ds. grupy Schengen Departamentu Konsularnego i Polonii MSZ. Szacuje się, że co szesnasty Polak wybierający się na wyspy, zostaje zatrzymany przez tamtejszą służbę imigracyjną. Na pocieszenie można dodać, że taki los spotyka na przykład co piątego przybysza z Litwy i co trzeciego z Bangladeszu. Brytyjscy funkcjonariusze nie traktują jednak mieszkańców żadnego z państw Europy Środkowej tak rygorystycznie jak Polaków.

Pracowity jak Polak
Niestety, mają ku temu pewne powody. Polacy nagminnie pracują na czarno w gospodarstwach rolnych, przy przetwórstwie warzyw i ryb oraz oczywiście na budowach, z których zdołali wyprzeć już Irlandczyków. Do Dover przybywają autokary z pasażerami z Polski. Gołym okiem widać, że większość podróżnych zamierza pracować na czarno. Pewien malarz spieszył się tak bardzo, że nawet nie zmył z rąk białej farby i rozpaczliwie przekonywał funkcjonariusza imigracyjnego, że to... twarożek z kanapki. Inny "turysta" wśród zabytków, jakie zamierzał obejrzeć w Wielkiej Brytanii, wymienił wieżę Eiffla. W ciągu ostatniego półrocza z Wielkiej Brytanii za nielegalną pracę wydalono około trzystu Polaków.
Także we Włoszech bez zezwolenia pracuje kilkadziesiąt tysięcy naszych rodaków. Pracują nielegalnie, ale są potrzebni. Wystarczyłaby odrobina dobrej woli ze strony władz włoskich, żeby sytuację tę zalegalizować i uprościć procedury uzyskania zezwolenia na pracę. Tymczasem przed włoskim konsulatem w Warszawie stoją długie kolejki ludzi mających wszystkie wymagane papiery. Czas oczekiwania na wizę jest rozpaczliwie długi. Nie dziwi więc, że wielu Polaków macha ręką na włoską biurokrację i jedzie do Italii, licząc na załatwienie zezwolenia na miejscu.
Unijni pogranicznicy skrupulatnie sprawdzają, czy Polacy spełniają wymogi obowiązujące osoby zamierzające przekroczyć granicę. Zazwyczaj konieczne jest posiadanie odpowiedniej sumy, wykupionego biletu powrotnego, potwierdzenia opłacenia kursu językowego lub zaproszenia od osób, które zdeklarowały się pokryć koszty pobytu przybysza. Brytyjskie władze imigracyjne ostrzegają jednak lojalnie, że nawet spełnienie wszystkich tych warunków nie stanowi gwarancji wydania przez urzędnika zgody na przekroczenie granicy. - Brytyjczycy zasugerowali ostatnio, że jeśli polscy turyści chcą mieć pewność, że nie spotka ich przykra niespodzianka, powinni przed wyjazdem postarać się o wizę - wyjaśnia Wojciech Kałamarz. W jednoczącej się Europie bez barier to dość kuriozalna propozycja.

Przeprawa przez Odrę
Na szczęście w ogólnym rozrachunku z roku na rok jesteśmy traktowani na granicach coraz lepiej. Szczególnie dobrze widać to na austriackich, niemieckich i szwedzkich przejściach, których przekroczenie swego czasu dla wielu naszych rodaków stanowiło nie lada problem. - Pełnię swą funkcję od dwóch lat i do tej pory nie dotarły do mnie skargi Polaków na zły sposób traktowania na granicy - mówi oficer łącznikowy Ambasady RP w Berlinie Sławomir Burzyński. Czasem tylko z decyzją funkcjonariusza Grenzschutzu nie chce się pogodzić jakiś polski obywatel, któremu odmówiono prawa do przekroczenia granicy, gdyż wcześniej był karany w jednym z państw grupy Schengen, na przykład we Francji czy Belgii. Zdarzają się też fatalne pomyłki. Andrzej N. z Łodzi swą pierwszą podróż na Zachód (wybrał się z żoną na wycieczkę do Paryża) zakończył na moście granicznym nad Odrą. Pech chciał, że osoba o tym samym imieniu, nazwisku i dacie urodzenia figurowała w systemie informatycznym Schengen. Polskie MSZ potwierdza, że nie był to wypadek odosobniony.
Jeszcze w połowie zeszłego roku pisaliśmy o szykanach i podejrzliwości austriackich celników wobec Polaków. O tym, że na przejściu Drasenhofen naszym turystom nie tylko przetrząsano bagażniki samochodów, ale zaglądano nawet do kanapek. To w znacznej mierze już historia. Pytaliśmy kolejno pasażerów dziesięciu autobusów, które przyjechały do Wiednia z Krakowa, Wrocławia, Katowic, Rzeszowa i Warszawy, jak przybiegała kontrola graniczna. Narzekali pasażerowie tylko jednego, który dość dokładnie skontrolowano, rekwirując przy tym kilka kartonów papierosów. Jeszcze kilka lat temu taka "niewinna" próba przemytu skończyłaby się zapewne cofnięciem z granicy całego autobusu.
Kierująca polską ambasadą w Wiedniu prof. Irena Lipowicz, po objęciu placówki przed dwoma laty, za jedno z ważniejszych zadań uznała przywrócenie normalnych zachowań austriackich celników, ale także Polaków przekraczających granice Austrii. I to się jej udało. Znacznie mniej skarg ze strony naszych rodaków wpływa do ambasady. Od roku działa czynna dzień i noc "gorąca linia" między placówkami granicznymi i polską ambasadą. Na przejściach pojawiły się napisy i wyjaśnienia w języku polskim.

Polak w centrum uwagi
Od 25 marca 2001 r. na szwedzkich przejściach granicznych kontrola paszportowa jest bardziej skrupulatna, gdyż paszporty kontroluje się z wykorzystaniem bazy danych całej grupy Schengen. Ewentualne przestępstwa albo wykroczenia popełnione w innych krajach zamykają również szwedzkie drzwi. Tymczasem w ciągu ostatnich lat sytuacja Polaków również na tej granicy znacznie się poprawiła. Zdaniem Radomira Wojciechowskiego z Konsulatu Generalnego RP, najlepszym tego przykładem jest przejście w Nynäshamn, do którego zawijają polskie promy z Gdańska. Jeszcze przed dwoma laty cieszyło się ono wyjątkowo złą sławą. Konsulat wielokrotnie interweniował u władz szwedzkich, zwracając się z prośbą o usprawnienie obsługi polskich podróżnych. Ostatecznie pomogła nota złożona w szwedzkim MSZ. Obecnie kontrola odbywa się sprawniej. Szwedzi zadbali również o większą liczbę tłumaczy. Od 1999 r. (w Szwecji ten rok był obchodzony pod hasłem "Polska w centrum uwagi") bardzo rozwinęła się współpraca między naszymi służbami granicznymi a policją, co pozytywnie wpłynęło na sprawność przebiegu odpraw. W sezonie letnim powrotnym promem do Polski płynie zwykle kilkanaście osób zawracanych z granicy, poza sezonem są to pojedyncze osoby. Zazwyczaj powodem jest brak odpowiedniej ilości środków finansowych lub podejrzenie o zarobkowy cel podróży.

Paszport z gwiazdkami
Jeśli funkcjonariusz służby granicznej mimo próśb nie zechce nas przepuścić przez granicę, nie mamy praktycznie szans na dochodzenie swoich racji. Niepisane prawo mówi, że państwa nie muszą się tłumaczyć z powodów odmowy wydania wizy i niewpuszczenia cudzoziemca na własne terytorium. Na nic zda się pisanie skarg do naszego konsulatu. Poszkodowana osoba musiałaby dochodzić swych praw na drodze cywilnej: wynająć miejscowego adwokata, sowicie go opłacić i czekać na werdykt nawet kilka lat. Nie trzeba dodawać, że w takich wypadkach prawie zawsze wyroki są niekorzystne dla powoda. We Włoszech słowo funkcjonariusza policji liczy się znacznie bardziej niż zeznania choćby pięciu świadków. Także w Wielkiej Brytanii nikt z naszych rozmówców nie pamiętał, aby kiedykolwiek oficjalnie przyznano, że funkcjonariusz służby imigracyjnej nie miał racji.
- Jeśli nie chcemy być zdani na łaskę i niełaskę unijnych strażników granicznych, powinniśmy jak najszybciej wstąpić do UE - dodaje Wojciech Kałamarz z MSZ. Z unijnym paszportem w ręku Polacy będą mogli bez żadnych przeszkód podróżować od Lizbony po Helsinki. Do chwili gdy znajdziemy się w grupie Schengen, legitymowanie się dokumentem podróży na naszej zachodniej granicy będzie nadal konieczne. Wraz z wejściem do UE znikną jednak wszelkie ograniczenia i wymogi, no i wreszcie będziemy mogli skorzystać z przejścia z szyldem "EU citizens only".

Tomasz Wojciechowski


Więcej możesz przeczytać w 49/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0