Tulipmania.com

Tulipmania.com

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy gorączka internetowa doprowadzi do krachu na światowych giełdach?

Tulipany tylko pozornie nie mają nic wspólnego z radiem i Internetem. W 1637 r. Holendrzy uwierzyli, że dzięki hodowli cebulek tulipanów spełnią się ich marzenia o wielkiej fortunie. Kilka miesięcy później "tulipmania" doprowadziła dziesiątki tysięcy z nich na skraj bankructwa. W końcu lat 20. Amerykanie z euforią powitali radio. Cudowna technologia masowej komunikacji miała stworzyć nowy ład ekonomiczny na świecie i przysporzyć krociowych zysków inwestorom. Krach, zapoczątkowany w słynny "czarny wtorek" (28 października 1929 r.), szybko rozwiał ich nadzieje. Najnowszym remedium na wszystkie bolączki światowej gospodarki ma być Internet. Czy inwestorzy, których zakupy wywindowały kursy akcji spółek internetowych do niewyobrażalnego poziomu, podzielą los siedemnastowiecznych hodowców cebulek?
Na opanowanym przez spekulantów rynku nawet rządowe zapowiedzi surowych sankcji nie przeszkodziły nielegalnemu handlowi najgorętszym produktem siedemnastowiecznej Holandii - cebulkami tulipanów. Początkowo na hodowlę nowych i wymyślnych odmian stać było tylko najbogatszych. Kiedy biedni spostrzegli, jak łatwo i jak szybko można zarobić na sprzedaży kwiatów, zrodziła się "tulipmania". Handlarze zarabiali miesięcznie nawet 60 tys. florenów (dziś ok. 44 tys. USD). Amatorzy łatwego zysku zastawiali domy i sprzedawali rodzinne precjoza. Krach przyszedł nieoczekiwanie. W 1637 r. cech hodowców tulipanów nie był w stanie wynegocjować satysfakcjonującej ceny za cebulki. Ich gwałtowna wyprzedaż w ciągu dwóch miesięcy doprowadziła do ruiny tysiące Holendrów.
Nieprzypadkowo o "tulipmanii" i "radiomanii" coraz częściej mówi się właśnie dziś. Bo choć gospodarka teoretycznie powinna się rządzić wyłącznie prawami ekonomii, to trudno jednak nie zauważyć prostej zależności: im dłużej utrzymuje się dobra koniunktura na giełdzie, tym silniejsze jest przeświadczenie inwestorów, że hossa będzie trwać wiecznie. - Jeśli o tym, że giełda jest maszynką do szybkiego robienia pieniędzy, mówi się w sklepach, taksówkach i pubach, dla doświadczonego inwestora to znak, że właśnie balansuje ona nad przepaścią - zauważa jeden z "rekinów" warszawskiego parkietu.
Nieliczni obserwatorzy rynku, którzy nie poddali się "IT-manii", nieśmiało wskazują na zatrważające podobieństwo obecnej sytuacji do tej, która poprzedziła krach w 1929 r. Przede wszystkim - samo pojawienie się nowej, cudownej technologii mającej zrewolucjonizować gospodarkę i wprowadzić nowy ład ekonomiczny na świecie. W latach 20. postęp technologiczny znacznie ułatwił masową produkcję nowych produktów, głównie samochodów i odbiorników radiowych. Amerykanie, których nie było stać na ich zakup, masowo zaczęli zaciągać kredyty w bankach. W tym samym czasie odkryli w sobie zamiłowanie do gry na giełdzie. "Szaleństwo inwestorów nie miało granic. Ludzie dopingowali Dow Jonesa głośniej niż swoją ulubioną drużynę baseballową" - wspomina Robert S. McElvaine, dyrektor katedry historii jednego z amerykańskich uniwersytetów.
Mimo że dziś Amerykanie zarabiają znacznie więcej niż kiedykolwiek, rzadko lokują pieniądze w bankach, częściej - ulegając "gorączce internetowej" - kupują akcje na giełdzie. "Tulipmania. com" sprawiła, że dług obywateli USA z tytułu zakupu akcji na kredyt jest największy w historii i w lutym wyniósł 265,2 mld USD (w grudniu 1999 r. - 228,5 mld USD, dziesięć lat temu - tylko 35 mld USD). W czasach hossy nie ma to większego znaczenia, gorzej, gdyby na Wall Street doszło do gwałtownego załamania.
Inwestycje w spółki kojarzone z najnowocześniejszymi technologiami - podobnie jak w 1929 r. - wywindowały kursy akcji do niebotycznych poziomów. Akcje RCA, producenta odbiorników radiowych i adapterów, w 1928 r. wzrosły o ponad 400 proc. Dziś tyle samo zyskują rokrocznie spółki internetowe. Szefowie Active Apparel, maleńkiego, przynoszącego straty producenta strojów kąpielowych, ogłosili, że będą sprzedawać swoje wyroby w Internecie. Bliżej nie określony związek strojów kąpielowych z Internetem przyczynił się do wzrostu ceny akcji z 50 centów do... 25 dolarów. "Gorączka złota" - mówi o wirtualnym szaleństwie Bill Gates, właściciel Microsoftu. "Loteria" - wtóruje mu Alan Greenspan, szef FED (Zarządu Rezerwy Federalnej centralnego banku USA).
Podobnych przykładów nie brakuje na polskim rynku. Ponadczterokrotny wzrost kursu akcji Optimusa w ostatnim roku może tłumaczyć "zaktualizowanie" wyceny najpopularniejszego portalu internetowego, którego spółka jest właścicielem. Trudno jednak znaleźć jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie wzrostu o 600 proc. w ciągu trzech tygodni kursu akcji Ariela (producenta obuwia) po zapowiedzi inwestycji w Internet. - Sytuacja, w której spółki próbują zdyskontować koniunkturę na Internet, a nie osadzona w rzeczywistości informacja o inwestycjach internetowych prowadzi do kilkakrotnego wzrostu ceny, powinna wzbudzać wstrzemięźliwość i niepokój - ocenia Jarosław Deryło, ekspert Centrum im. Adama Smitha. Wiesław Rozłucki, prezes GPW, jest jednak optymistą: - Z punktu widzenia efektywności gospodarowania decyzja o zmianie profilu produkcji i zaangażowaniu w działalność internetową, gdy branżę obuwniczą dotknęła stagnacja, wydaje się ze wszech miar słuszna. Inną kwestią jest pytanie, czy "nowy" Ariel jest w stanie ten potencjał wykorzystać.
Amerykańscy inwestorzy - podobnie jak w 1929 r. - wierzą w samoistną skłonność gospodarki do stabilizacji. Instytucją powszechnego zaufania jest też FED, który - zdaniem inwestorów - pomoże w razie problemów i zapobiegnie ewentualnej katastrofie. Tymczasem wielu analityków giełdowych uważa, że niedawne wystąpienia Alana Greenspana sprawiły, iż nad Wall Street zawisły czarne chmury. Oświadczył on, że "efekt bogactwa" spowodowany hossą na giełdzie grozi wzrostem inflacji i dlatego FED będzie się starał ograniczyć zwrot z inwestycji giełdowych do wartości nie większej niż zwrot z bezpiecznych obligacji państwowych. Kolejne podwyżki stóp procentowych, mające - według Greenspana - schłodzić amerykańską gospodarkę, to zatem tylko kwestia czasu.
Krach może spowodować także niezawodna ponoć technologia. Siedemdziesiąt lat temu gwałtownej wyprzedaży akcji towarzyszyło zatkanie się kanałów przekazu zleceń (telefonów, dalekopisów), co spotęgowało panikę inwestorów. 29 października 1928 r. właściciela zmieniła rekordowa liczba akcji - 16,4 mln. Inwestorzy składali zlecenia znacznie szybciej niż maklerzy mogli je realizować. Niedawny atak hakerów, którzy na kilka godzin uniemożliwili dostęp do najpopularniejszych serwerów w Stanach Zjednoczonych (Yahoo!, AOL, CNN), podważył wiarę w to, że Internet może się stać najpewniejszym i najszybszym środkiem transmisji danych. W ostatnich miesiącach również w Warszawie kłopoty ze składaniem zleceń podczas notowań ciągłych oraz kilkuminutowe opóźnienia w przepływie informacji kilkakrotnie doprowadziły do podwyższonej nerwowości wśród inwestorów. Inwestorzy wstrzymali oddech, gdy w marcu na giełdzie w Amsterdamie debiutowała World Online. Podczas pierwszych czterech minut notowań właściciela zmieniło 4,5 mln akcji. Na szczęście technika nie zawiodła i tę największą ofertę publiczną na amsterdamskim parkiecie okrzyknięto sukcesem.
Analitycy coraz głośniej mówią także o znaczącym przewartościowaniu akcji na Wall Street. Dla większości spółek z branży IT wskaźnik ten już dawno przekroczył sto punktów. Na przykład cena akcji internetowej spółki Ziff--Davis Inc. jest 3200 razy wyższa od zysku przypadającego na jedną akcję. Dzieje się tak dlatego, że tylko nieliczne firmy czerpiące dochody z sieci są dziś w stanie generować wysokie zyski. Jednak o ich potencjale świadczy choćby fakt, że America OnLine (która jeszcze kilka lat temu była lokalnym dostawcą Internetu) kilka miesięcy temu wchłonęła Time Warner, medialno-rozrywkowego giganta (fuzję wyceniono na 360 mld USD), a wartość rynkowa Amazon.com, największej internetowej księgarni na świecie, znacznie przewyższa dochód narodowy Kanady.
Inwestorzy (bądź firmy chcące podbić kurs giełdowy przez ogłoszenie planów ekspansji w sieci) wykorzystują to, że obecna wartość spółek jest obliczana na podstawie ich przyszłych przychodów. Co jednak znamienne - amatorów e-handlu nie ma na razie zbyt wielu. W USA - kraju, w którym większość mieszkańców ma Internet w domu od paru lat, a ceny artykułów w sieci są w większości wypadków niższe od tych oferowanych w sklepie - udział zakupów za pośrednictwem sieci w całej sprzedaży detalicznej w czwartym kwartale 1999 r. wyniósł zaledwie 0,6 proc.
Czy tak nieliczna klientela nie podważa sensowności astronomicznych wycen spółek internetowych? - Internet nie jest modą - ripostuje Piotr Przedwojski, doradca inwestycyjny WBK AIB Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych SA. - Internet będzie miał (lub już ma) bardzo duży wpływ na funkcjonowanie wielu instytucji. Ponadto sprzyja on większej racjonalizacji kosztów. Dzięki lepszemu przepływowi informacji wszystkie usługi pośrednictwa - od finansowego po sprzedaż samochodów - będą mogły być świadczone taniej.
- Sprzedaż wielu towarów, na przykład książek, samochodów czy usług turystycznych, już dziś prowadzona jest w Internecie - mówi Marcin Sadlej, dyrektor Departamentu Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego CDM Pekao SA.
- Należy jednak pamiętać o tym, że jeśli w przyszłości, wbrew przypuszczeniom, dochody spółek internetowych, takich jak Amazon.com czy eBay, nie będą rosły szybciej niż spółek "ekonomii klasycznej", oznaczać to będzie koniec ery Internetu - dodaje Sadlej, powołując się na przykład sprzedaży wysyłkowej jako modelu, z którym wiązano w USA duże nadzieje, a który się nie sprawdził. Zwraca on ponadto uwagę na ryzyko marnotrawienia kapitału.
- Dzięki emisji akcji spółki internetowe otrzymują kapitał prawie za darmo, firmy mogą go nie szanować. Panuje przekonanie, że Internet umożliwia niskonakładowe wzrosty sprzedaży. Jeśli jednak okaże się, że Internet bardzo szybko się nasyca, to skończy się legenda - tłumaczy Sadlej. Jego zdaniem, nie oznaczałoby to zanegowania rewolucyjnej roli technologii informatycznej, lecz jedynie korektę - być może bardzo nawet drastyczną - wyceny spółek internetowych.
"Powtórka z historii nam nie grozi. Gospodarka stała się znacznie bardziej stabilna, potrafimy zrobić właściwy użytek z instrumentów fiskalnych. Ponadto pojawiły się całkiem nowe branże, które w znaczący sposób partycypują we wzroście PKB" - uspokajał w siedemdziesiątą rocznicę "czarnego wtorku" William C. Freund, dyrektor Centrum Studiów Rynków Kapitałowych nowojorskiego Pace University. Drzewa nie rosną do nieba - mówią dziś analitycy - każda hossa, niestety, musi mieć kiedyś swój koniec.

Więcej możesz przeczytać w 15/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0