Johnny marzyciel

Johnny marzyciel

Jakże nie oniemieć z zachwytu w obliczu tak prawdziwie renesansowej postaci, jaką jest Johnny Hallyday!

Kiedy tydzień temu pisałem, że były czasy, gdy nie tylko muzułmanki, ale i chrześcijanki bywały zmuszane obyczajem do zakrywania głów, nie widziałem jeszcze fotografii Hanny Suchockiej składającej listy uwierzytelniające na ręce papieża. Zdjęcie to uświadamia, że w Watykanie obawa przed tajemnym oddziaływaniem kobiecych włosów jest ciągle żywa.
Bywają jednak rzeczy jeszcze bardziej fascynujące niż niewieście włosy. Jakże na przykład nie oniemieć z zachwytu w obliczu tak prawdziwie renesansowej postaci jak Johnny Hallyday! Niedawno zmarł drugi już z czterech członków zespołu The Beatles, więc z tym większą troską i pietyzmem należy się pochylić nad tymi gwiazdami rocka, które również zaczynały karierę w latach 60., a mają tę przewagę nad Johnem Lennonem i George’em Harrisonem, że jeszcze żyją - i to w tak sympatycznym kraju jak Francja.
Leonardo da Vinci był malarzem, rzeźbiarzem, architektem, medykiem, naukowcem i myślicielem. Johnny Hallyday podobnie - jest piosenkarzem, aktorem i kierowcą rajdowym. W wywiadzie dla dziennika "Le Parisien" wyznał, że w wieku 15 lat wahał się, w której z tych trzech dziedzin zrobić karierę. I oto teraz, kiedy ma lat 58, nareszcie może przestać się wahać, gdyż do nagrywania płyt i występowania w filmie będzie mógł niebawem dorzucić jeszcze prowadzenie samochodu w wielkim rajdzie Paryż-Dakar. Zgarnia więc całą stawkę. "Wypływam na wierzch ze szczęścia" - zapewnia Hallyday, co jest drobnym nieporozumieniem terminologicznym, gdyż z pewnością chciał powiedzieć, że "pławi się w szczęściu" albo coś w tym rodzaju, tylko trochę się pogubił w swoim nadzwyczaj bogatym słownictwie.
Szczerze mówiąc, z postacią Johnny’ego Hallydaya wiąże się jeszcze kilka nieporozumień terminologicznych. Bez wątpienia nagrywa on płyty i daje koncerty. Zastanówmy się jednak, czy jest to wyczerpująca definicja pojęcia "piosenkarz". Czy nie obejmuje ono aby terminu "śpiewać"? W jakim stopniu do kategorii "piosenkarzy" można zakwalifikować osoby, które nie dysponują strunami głosowymi pozwalającymi na konstruowanie melodyjnych dźwięków, a od czasu do czasu wzbudzają w nas wątpliwości, czy nie doskwierają im również kłopoty ze słuchem? Takie to niespokojne myśli mogą nas najść podczas pochylania się ze wspomnianą wcześniej troską nad Johnnym Hallydayem.
Z wywiadu w "Le Parisien" dowiadujemy się, że został on zaangażowany do udziału w kręconym właśnie filmie Patrice’a Leconte’a oraz w zaplanowanych na rok 2002 obrazach w reżyserii Raoula Ruiza i Kanadyjczyka Barda Mirmana. Są to interesujące wiadomości z życia Johnny’ego Hallydaya, ale czy można je streścić w zdaniu: "Johnny Hallyday jest aktorem"? Nie zasnę spokojnie, dopóki nie usłyszę, co sądzą na ten temat - w porządku alfabetycznym - Jacek Fuksiewicz, Zygmunt Kałużyński, Piotr Kamiński i Tomasz Raczek. Dręczy mnie tylko myśl, że mogli oni jeszcze nie widzieć żadnego filmu z Johnnym Hallydayem i nie mieć w planach wybrania się na taki film.
Aby ocenić talent Hallydaya w trzeciej dziedzinie jego burzliwego rozwoju - w rajdach samochodowych - nie muszę koniecznie sięgać po opinie Sobiesława Zasady czy Ariego Vatanena, bo Hallyday sam przedstawia swoje możliwości. Powiada on, że ma nadzieję na miejsce w pierwszej dziesiątce. To program bardzo ambitny, ale rozmówca "Le Parisien" już nieraz udowodnił, że potrafi swoje ambicje zaspokajać. Ma jednak także świadomość swoich niedostatków. "Mój największy słaby punkt - mówi - to zmysł orientacji". Cóż, nie każdy musi umieć się ustawiać jak igła magnetyczna, ale akurat podczas rajdu Paryż-Dakar przydałaby chociaż odrobina takich zdolności, ponieważ jego trasa przebiega w znacznej części przez pustynię. Ciekawe, czy Johnny Hallyday wie o tym, że tam nie ma drogowskazów. Nie jest to pewne, bo w tym samym wywiadzie stwierdza m.in.: "Z powodu kręcenia filmu nie miałem dużo czasu na trening, ale będę miał cały przejazd przez Francję i Hiszpanię, żeby znowu zapanować nad samochodem". Ach, te słynne piaszczyste autostrady we Francji i Hiszpanii, te parkingi na wydmach i stacje benzynowe ukryte wśród palm! Zupełnie jak w Mauretanii, tylko lemoniada droższa. Istnieją pewne podstawy do przypuszczeń, że Johnny’ego Hallydaya czeka na trasie kilka niespodzianek, zwłaszcza na "niektórych odcinkach specjalnych, na których GPS (satelitarny system nawigacyjny) będzie zneutralizowany".
Lepiej nie mówić, że marzenia dzieciństwa już się spełniły. To bardzo postarza. A generalnie dla marzeń najlepiej, kiedy ciągle bardzo dużo się robi, a jeszcze więcej uczy, aby zacząć rozumieć, na czym ich spełnienie mogłoby polegać i co one właściwie znaczą.

Okładka tygodnika WPROST: 50/2001
Więcej możesz przeczytać w 50/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0