Święty Mikołaj ma gdzieś swoje dzieci

Święty Mikołaj ma gdzieś swoje dzieci

Dodano:   /  Zmieniono: 
Święta to czas cudów: zwierzęta mówią ludzkim głosem, dorośli jak dzieci, a dzieci jak domorosłe Hamlety
W Australii wyrzucono z pracy nauczycielkę, która wmawiała sześcioletnim uczniom, że święty Mikołaj nie istnieje. Spłakane dzieciątka poskarżyły się w domach, przynosząc złą nowinę, której dorównać mogłoby tylko stwierdzenie: "Bóg umarł". Rodzice zażądali ukarania nauczycielki. Za co? Za świętokradztwo w stylu "człowiek pochodzi od małpy"? Przecież człowiek pochodzi od świętego Mikołaja: Adam tęsknił za czymś w snach, czegoś chciał, ale nie potrafił tego nazwać. Ponieważ był grzeczny, Pan Bóg, pierwszy święty Mikołaj, dał mu prezent, chociaż trochę jak z sex shopu - gołą Ewę. Adam bawił się nią, szczęśliwy, aż sam zrobił następny prezent, a nawet dwa: Kaina i Abla. Gdy Stwórcy nie chciało się już taplać w glinie czy strugać z kości żebrowych kobiecych figur, zesłał ludziom prawdziwego świętego Mikołaja. Różnica między ich ofertami jest taka, że Bóg zapewnia: wszyscy grzeczni, chociaż grzeszni, zasługują na Niebo. Święty Mikołaj zaś obiecuje o wiele mniej: tylko niektórzy i to raz do roku.
W surowym ukaraniu australijskiej nauczycielki jest coś z zemsty. Rewanżu wszystkich dzieci będących w dorosłych, którym ktoś kiedyś brutalnie odebrał wiarę w cuda. Ale większości dzieciaków nie trzeba oficjalnie ogłaszać śmierci świętego Mikołaja. Dużo wcześniej same go demaskują. I jeśli mają coś za złe dorosłym, to nieudolność, a nie utratę iluzji. Pamiętam, jak pewnej zimy odkryliśmy z przedszkolnymi koleżankami i kolegami prawdę o świętym Mikołaju i byliśmy źli na rodziców. Przecież mogli zrobić to lepiej: staranniej dokleić brodę, zmienić chociaż głos. Przez spartoloną robotę dorosłych poczuliśmy się zagrożeni: rodzice, lekceważąc dzieci, niszczą ich poczucie bezpieczeństwa.
Jak widać, nawet sześciolatki doskonale wiedzą, kto tu buja. Dlatego potrafią z premedytacją naskarżyć na swoją nauczycielkę. Nie mają żadnego interesu w demistyfikacji Mikołaja. Gdyby naprawdę go nie było, zniknąłby pretekst do wręczania prezentów. W swojej naiwności dzieciaki nie zauważają, że nawet niewierzący znajdują coś pod choinką. Niewiara czyni cuda.
Czy prezenty dostaje się z okazji narodzin Jezusa, czy po prostu z okazji wizyty Mikołaja, który tak ma, że rozdaje? W Szwecji od trzydziestu lat w wigilijny wieczór pokazywane są w telewizji nie stajenki albo kolędujący Lapończycy (odpowiednik naszych górali), ale filmy o Kaczorze Donaldzie. Nie zdziwiłabym się, gdyby szwedzkie dzieci sądziły: Wigilia to urodziny Kaczora i co ma do tego święty Mikołaj? Przyglądając się przez całą Wigilię Disnejowskim bohaterom, można zauważyć w krasnoludkach niepokojące podobieństwo. Czy te dobroduszne stwory nie przypominają w czymś Mikołaja? Czy nie jest on ich ojcem, a matką Królewna Śnieżka? Krasnoludki to miniaturowe kopie świętego. Odziedziczyły po nim przymus dźwigania rekwizytów: on zawsze z workiem na plecach, one z latarnią, książką albo kilofem na ramieniu, jakby naśladowały tatusia. Wdzięk mają po mamusi, która nieźle musiała zabalować, zapominając o swoich dzieciach. Dopiero gdy otrzeźwiała, trafiła do ich chatki i znowu zasnęła zmęczona na krasnalim łóżeczku. Zimowy, śnieżny święty i Królewna Śnieżka - dobrana para. Chyba się jednak rozstali, gdyż o krasnoludki dba teraz tylko Królewna. Ten wyznający filozofię miłości i drogi, będący więc wiecznie w podróży hippisowsko owłosiony święty ma jednak gdzieś swoją rodzinę. W Disnejowskim lesie.
Problem z istnieniem Mikołaja mają wszyscy: Królewna Śnieżka, dzieci, dorośli. Zwłaszcza dorośli, którzy na święta stają się sentymentalni i czują się znowu dziećmi. Świąteczna atmosfera sprzyja takiemu regresowi. Boże Narodzenie jest pretekstem do narodzin bosko egocentrycznej dzieciny w nas samych. Kolędy plumkające niby kołysanki do snu na jawie... Szeleszczące świecidełka i błyskające lampeczki, ukrywające niezbyt atrakcyjną realność... Smakołyki rozpieszczające zmysły... Po prostu dziecięca błogość. Święta od samych siebie, od dorosłego brutalnego życia. A na pamiątkę narodzin Zbawcy Świata dezodorancik albo komórka.
Ta prywatna ucieczka bywa też zbiorową psychozą. Wystarczy posłuchać lekarzy ze świątecznego dyżuru pogotowia. Ratują chorych z obżarstwa. Medyczna wycieczka w średniowiecze. Po adwentowych postach czas zeżreć prosiaka i umrzeć pobożnie na skręt kiszek.
Święta to magiczny czas cudów: zwierzęta mówią ludzkim głosem, dorośli jak dzieci, a dzieci jak domorosłe Hamlety. Rozdarte między bajką o świętym Mikołaju, którą dawno przejrzały, a dorosłością bez złudzeń, dającą siłę, ale odbierającą przywilej niewinności. Święty Mikołaj z czerwonym nosem klauna stoi więc niby anioł z ognistym mieczem na straży raju dzieciństwa. Gdyż w Wigilię rodzice chcą zająć miejsce dzieci. Natomiast dzieci wahają się, czy ustępując, za wiele nie tracą.
A wszystkim chodzi o prezent bezwarunkowej miłości, jakiej zaznajemy tylko w dzieciństwie. Dostajemy ją pod choinkę w przewiązanym kokardką pakunku - dowód, że jesteśmy kochani.
Więcej możesz przeczytać w 51/52/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0