Europa bez sternika

Europa bez sternika

Dodano:   /  Zmieniono: 
Romano Prodi, szef Komisji Europejskiej, zachowuje się dziwacznie
Czy Romano Prodi straci posadę szefa Komisji Europejskiej?

Dyplomatyczne gafy popełnia niekiedy seryjnie, a jego chaotyczne działania pogłębiają wrażenie, że Unia Europejska wpada w kryzys strukturalny. Jacques Delors, uznawany za najlepszego dotychczas przewodniczącego Komisji Europejskiej, stoi za niedawną publikacją dokumentu pod znamiennym tytułem "Pobudka dla Europy". Nie pada w nim wprawdzie nazwisko Prodiego, ale jego sygnatariusze twierdzą, że to m.in. z powodu słabego przywództwa w komisji Europie brak tożsamości. W dodatku jej mieszkańcy są coraz bardziej rozczarowani ideą europejskiej jedności. Pod dokumentem podpisali się m.in. byli kanclerze Niemiec - Helmut Kohl i Helmut Schmidt - a także były premier Hiszpanii Felipe Gonzalez i były premier Włoch Giuliano Amato. Zawoalowanej krytyki przewodniczącego Komisji Europejskiej można się doszukać także w liście podpisanym przez dwóch unijnych dyrektorów generalnych.
Kryzys przywództwa Unii Europejskiej widoczny jest gołym okiem, tymczasem unia musi sprostać wielkiemu wyzwaniu, jakim jest wprowadzenie wspólnej waluty, a potem przyjęcie nowych państw członkowskich. Romano Prodi ma niskie notowania wśród polityków i złą prasę. We "Frankfurter Allgemeine Zeitung" pisano, że jest nieudolny. Według "Le Monde", jego działania są tak fatalne, że może będzie zmuszony ustąpić przed upływem kadencji, która kończy się w 2005 r.

Najbardziej samotny człowiek w Brukseli
"Czy jesteście głupi?!" - pytał dziennikarzy przewodniczący komisji zaledwie pół roku po swoim wyborze, indagowany w związku z pogłoskami o nakłanianiu go do dymisji. Już ponad rok temu tygodnik "Der Spiegel" nazwał go "najbardziej samotnym człowiekiem w Brukseli". Prodi zaszokował wszystkich, zapraszając do złożenia wizyty w Brukseli libijskiego dyktatora Muammara Kaddafiego. W październiku 2001 r. na szczycie Unii Europejskiej w Ghenck szef KE nie zjawił się w ogóle na kończącej spotkanie konferencji prasowej. Powód? Obraził się na gospodarza, premiera Belgii Guya Verhofstadta, za to, że podczas wcześniejszych wspólnych konferencji ten - zdaniem Prodiego - zbyt gadatliwy polityk nie dopuszczał go do głosu. Przewodniczący nie przyszedł, by odpowiedzieć na pytania dziennikarzy, choć ciągle deklaruje, że jednym z najważniejszych jego celów jest to, by obywatele krajów członkowskich unii wreszcie rozumieli i akceptowali to, co się w niej dzieje. To zresztą żadna nowość - na opisanie zjawiska "deficytu demokracji", gnębiącego unię od zarania projektu europejskiej integracji, wylano morze atramentu. Niewiele zmieniło to w budowli, której od samego początku zabrakło demokratycznych fundamentów. Wzniesiono ją, zaczynając od dachu, czyli uzgodnień przywódców za zamkniętymi drzwiami. Nie lepiej było zresztą za czasów Jacques’a Delorsa. Ani euro, ani traktat z Maastricht, czyli jego największe osiągnięcia, nie podbiły serc Europejczyków.
Prodi objął urząd po Jacques’u Santerze, który razem z całą poprzednią komisją ustąpił pod ogniem totalnej krytyki. Oskarżenia dotyczyły tolerowania kumoterstwa i korupcji w urzędach, których zadaniem jest budowanie wspólnej Europy. Obraz Brukseli - siedziby unijnych instytucji - chyba nigdy nie był tak fatalny jak wówczas, choć trudno sobie wyobrazić rząd narodowy, który upadłby z tak błahego powodu jak zatrudnienie przez jednego z jego członków znajomego dentysty jako doradcy do spraw walki z AIDS. A tak uczyniła komisarz Edith Cresson, wcześniej w bardzo kiepskim stylu kierująca rządem Francji. Przeciwnicy integracji zacierali ręce - ich argumenty o wyobcowaniu eurokratów zdawały się trafiać w sedno.

Niewydarzony zbawca
Nic dziwnego, że w takiej sytuacji Prodiego powitano jak zbawcę. Byłemu premierowi Włoch udało się wcześniej uporządkować politykę gospodarczą we własnym kraju i dzięki temu wprowadzić go do strefy euro. Liczono, że w równie efektowny sposób oczyści brukselską stajnię Augiasza. Czekały na niego dwa ambitne cele: wprowadzenie europejskiej waluty, a potem rozszerzenie wspólnoty. Urzędowanie zaczął jednak od powieszenia w swoim "zbyt smętnym" biurze wypożyczonego z włoskiego muzeum obrazu przedstawiającego... aniołki.
Prodiemu nie udało się odbudować pozytywnego wizerunku rządu Europy. Trudno jednak spodziewać się tego po polityku, który nie tylko prowadzi pokrętną politykę, ale jeszcze nie potrafi logicznie mówić o tym, co robi. Nie brak złośliwych opinii, że nawet w ojczystym języku Prodi, z wykształcenia profesor ekonomii, wypowiada się w taki sposób, iż potrzeba Sherlocka Holmesa, by wydedukował, o co chodzi. Po niedawnej konferencji prasowej przewodniczącego Jacques Chirac, prezydent Francji, stwierdził cierpko: "Nie rozumiem, co on mówi...". Rzecznik Prodiego, Jonathan Faull, wywołał wesołość, oświadczając, że jego przełożony "po francusku mówi równie dobrze jak po angielsku", a on sam nie ma problemów ze zrozumieniem jego słów. Szef komisji potrafi tego samego dnia złożyć dwa sprzeczne oświadczenia. Kiedy pojechał z wizytą do Irlandii - po tym, jak odrzucono tam w referendum traktat z Nicei - stwierdził, że odrzucenie traktatu nie utrudni rozszerzenia unii o nowe kraje. Po kilku godzinach uznał, że ma to jednak kluczowe znaczenie dla przyjmowania nowych członków.
Przewodniczący sprawia wrażenie, jakby nadal rządził w Rzymie, a nie w Brukseli - tak bardzo pochłaniają go bowiem sprawy własnego kraju. W otoczeniu Prodiego przeważają włoscy doradcy, nie zawsze rozeznający się w unijnych niuansach. Co gorsza, Prodiemu brakuje talentu dyplomatycznego i mediacyjnego, więc ma kłopoty z przekonaniem polityków z innych krajów do własnych pomysłów. Taki talent miał Delors. W Brukseli wspominają go jako najskuteczniejszego i najbardziej charyzmatycznego szefa Komisji Europejskiej. Delors - "ojciec euro" - nie był typem szarej eminencji. Tryskał energią, a do tego miał cięty język. Miał i tę przewagę nad Prodim, że był obywatelem Francji, czyli drugiego obok Niemiec państwa nadającego ton integracji. Dziś nawet jemu nie byłoby łatwo: wizje przyszłości unii prezentowane przez oba państwa coraz bardziej się różnią.

Gdzie jest przywódca Europy?
Czy przewodniczący Komisji Europejskiej może być w ogóle charyzmatycznym "premierem Europy"? W obecnym kształcie unii to bardzo wątpliwe. Konieczność szukania kompromisów i poparcia najsilniejszych członków UE powoduje, że przewodniczący może być w najlepszym razie zręcznym budowniczym konsensusu. Właśnie dlatego unijna kariera dla głównych graczy europejskiej sceny nie jest dziś celem wartym zachodu. Przywódcy najważniejszych państw wiedzą, że wciąż mogą wywierać większy wpływ na kształt i politykę unii niż jej przewodniczący.
Prodi wprawdzie domaga się zwiększenia uprawnień Komisji Europejskiej, zwłaszcza w polityce zagranicznej i koordynowaniu polityki gospodarczej, a nawet upiera się przy tym, by komisja była jedynym arbitrem dalszej integracji, w praktyce jednak jej znaczenie maleje. Podczas akcji w Afganistanie liderzy czołowych państw europejskich prawie zapomnieli o istnieniu unijnych instytucji. Spotykali się osobno, poza szczytami unii, co sugerowało, że retoryka integracji znów ustępuje przed interesami mocarstw. Prodi skarży się, że liderzy marginalizują rolę komisji, ale także on się do tego przyczynił. W efekcie komisja oddaje pole Parlamentowi Europejskiemu, a zwłaszcza Radzie Europejskiej.
W przeciwieństwie do Delorsa Prodi publicznie spiera się z przywódcami krajów członkowskich, nie bacząc na to, że to im demokratyczne wybory dały legitymację do rządzenia. W rezultacie coraz trudniej mu liczyć na poparcie któregokolwiek z większych krajów unijnych, w tym Francji i Niemiec. Mniejsze państwa zraził krytyką rotacyjnego przewodnictwa w unii, nazywając je "nieefektywną polityczną turystyką". Tymczasem dla małych krajów przewodnictwo jest sprawą prestiżu i szansą zaistnienia.

Dryfowanie bez sternika
Kolejne szczyty unii stają się okazją do sporów o drugorzędne sprawy, podczas gdy reforma unijnych struktur jest nadal w powijakach. Jeszcze większe rozbieżności wywoła już wkrótce dyskusja o skutkach rozszerzenia UE. Nikt nie chce ponosić kosztów rozszerzenia. W Niemczech i Francji mniej niż połowa obywateli opowiada się za otwarciem drzwi unii. Kraje otrzymujące pomoc z Brukseli nie chcą się dzielić funduszami - Hiszpania na szczycie w Nicei zablokowała tę kwestię do roku 2007. Wybuchowy temat rolnictwa na razie nie został poruszony w negocjacjach.
Brak skutecznego przywództwa w komisji utrudnia przezwyciężenie kryzysu gnębiącego unię. Dlatego otwarcie na następcę Prodiego zaczęto kreować Javiera Solanę, przedstawiciela UE do spraw wspólnej polityki zagranicznej i obronnej. Pojawiła się też propozycja, by Prodiego zastąpił Tony Blair, skracając swoją kadencję w Wielkiej Brytanii. - Gdy usłyszałem kiedyś w wiadomościach, że Prodi przestał być szefem komisji, wcale się nie zdziwiłem. Dopiero gdy podali, że zastąpi go Aleksander Kwaśniewski, przypomniałem sobie, iż mamy właśnie prima aprilis - opowiada polski dyplomata zajmujący się sprawami integracji z unią. Jego zdaniem, trudno sobie dziś wyobrazić zmianę na stanowisku szefa komisji, bo to tylko spotęgowałoby zamieszanie. Unię czeka więc dryfowanie - w dodatku statkiem bez sternika.

Więcej możesz przeczytać w 1/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0