Fotki

Czy wolno ryzykować życie, by zadowolić publiczność pragnącą jedynie rozładować własne frustracje?
Weekendowy dodatek do "Le Figaro" zamieścił wybór fotografii ilustrujących - miesiąc po miesiącu - najważniejsze wydarzenia roku 2001. Nie jest to pomysł oryginalny, ale wzbogacono go pomysłem dodatkowym: przy każdym zdjęciu o wydźwięku uniwersalnym (zamachy w USA, zapłakane palestyńskie dziecko skrępowane i prowadzone przez trzech uzbrojonych po zęby policjantów izraelskich, płonące stosy bydła w Wielkiej Brytanii itp.) umieszczono fotografie wybrane całkowicie subiektywnie przez bardziej lub mniej znanych ludzi, a dotyczące wydarzeń niekoniecznie światowych. Wybrane dlatego, że zwróciły uwagę czymś niezwykłym, czego na co dzień się nie zauważa albo o czym myśli się zazwyczaj standardowo. Ponieważ obracamy się w sferze postrzegania z założenia subiektywnego, korci mnie, żeby przynajmniej w wypadku dwóch fotek skorzystać z prawa do innej interpretacji niż ta, którą zaprezentowały osobistości komentujące zdjęcia na łamach "Le Figaro Magazine".
Aktor Pierre Arditi wybrał fotografię Bernarda Kouchnera, swego czasu przedstawiciela ONZ w Kosowie, a obecnie francuskiego ministra zdrowia. Kouchner jest w eleganckim ciemnym garniturze, błękitnej koszuli i starannie do niej dobranym ciemnoniebieskim krawacie oraz wytwornych czarnych półbutach. Znajduje się na równie wytwornej, obitej aksamitem kanapie, przy wypolerowanym na wysoki połysk stoliku.
Łatwo się domyślić, że rzecz musi się dziać w jakimś salonie przygotowanym do ważnych spotkań i rozmów. Poza przyjęta przez Bernarda Kouchnera nie wskazuje jednak na gotowość do negocjowania czegokolwiek lub podejmowania jakichkolwiek oficjalnych działań. Kouchner śpi jak zabity na owej kanapie, złożywszy nogi na jej bocznym oparciu. Pierre Arditi zastanawia się w komentarzu, jak tu znaleźć chwilę czasu na spanie "w świecie, który wymaga nieustannego czuwania", i podkreśla, że sam też zapada w takie dziesięciominutowe - ale dające wrażenie przeleżenia kilku godzin - drzemki w przypadkowych miejscach. Przyzwyczaił się do tego w dzieciństwie, gdy zmuszano go w przedszkolu do popołudniowego leżakowania.
Kiedy spojrzałem na to zdjęcie przed przeczytaniem uwag Arditiego, miałem zupełnie inne skojarzenia, warte może upublicznienia w okresie świątecznym, kiedy tyle się mówi o dobroci i nadziei, a w dodatku nawet zwierzęta przemawiają podobno ludzkim głosem. Myślałem sobie mianowicie, że przy wszystkich głupstwach i brudach, jakimi lubi obrastać polityka, uprawiają ją często ludzie, którzy naprawdę wypruwają sobie żyły i ryzykują własnym zdrowiem, żeby coś dla nas załatwić, coś wyrwać dla swojego kraju, obronić jakąś cząstkę naszego wspólnego dobra. Są to nierzadko znakomici - jak Kouchner - fachowcy, motywowani niezłomną wiarą i entuzjazmem dla tego, co robią, a niekoniecznie zabiegający o sławę i eksponowane stanowiska. Wiara i entuzjazm doprowadzają ich potem do naiwnych błędów, po których niezawodnie słyszą słowa zasłużonej krytyki. Rzadko natomiast słyszą pochwały, kiedy coś im się powiedzie. Odnoszenie sukcesów to przecież ich psi obowiązek, za którego spełnianie płacimy im - i to dobrze - z pieniędzy podatników.
Patrząc na tego zmordowanego Kou-chnera, leżącego jak betka na aksamitnej kanapie i próbującego wyrwać oszalałemu światu chwilkę odprężenia, myślałem sobie, że może wyjątkowo w tym tygodniu dobroci dla zwierząt mówiących ludzkim głosem będzie nas stać na parę ciepłych myśli pod adresem ludzi, którzy dużo umieją, robią dużo dobrego i dużo z siebie dają, ale niewiele słyszą pochwał. Nie ma sensu podawać nazwisk, bo wtedy do codziennych trudów doszłaby jeszcze zawiść nie wymienionych. Oni sami z pewnością bez kłopotów się rozpoznają.
Drugą fotkę wybrał architekt Jean-Michel Wilmotte. Widzimy na niej, jak czerwony pojazd wyścigowy Michaela Schumachera bierze zakręt tak ryzykownie, że prawie przewraca się na bok. Nie jest to sam wyścig, lecz jazda mająca zapewnić jak najlepsze miejsce na starcie. Zdaniem Wilmotte’a, zdjęcie to obrazuje granice perfekcji, profesjonalizm, odwagę, twórczość i zegarmistrzowską precyzję.
Zgoda, można na to patrzeć i tak, dostrzegając w tej scenie wszystko co najlepsze we współczesnym sporcie wyczynowym. Na szczęście jednak mamy prawo dostrzec w niej także wszystko co w nim najbardziej absurdalne. Czy wolno ryzykować życie, by zająć dobre miejsce na starcie? Czy wolno to robić, by zadowolić publiczność szukającą w widowisku rozładowania własnych frustracji i kompensacji niedostatków poczucia siły? I co to za sportowiec, którego pojazd jest zawsze oblepiony reklamami papierosów? Gdyby Schumacher wyczołgiwał się z samochodu bladozielony, kaszląc, ukazując w grymasie bólu żółte zęby i prosząc co drugi wyścig o zwolnienie z powodu chemioterapii raka płuc, byłby przekonujący. Tak jednak widać, że to wszystko bajka dla naiwnych.

Okładka tygodnika WPROST: 1/2002
Więcej możesz przeczytać w 1/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0