Poligon sinkiang

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rebija Kadir była zamożną właścicielką sieci domów handlowych w Urumczi, stolicy wschodniochińskiej prowincji Sinkiang, zamieszkanej przez Ujgurów, wyznającą islam mniejszość pochodzenia turecko-mongolskiego
 Potrafiła się dzielić swym bogactwem. Zasłynęła z akcji humanitarnych wspierających ujgurską biedotę i zdobyła prestiż wśród swych rodaków. Zaczęła go wykorzystywać do wypowiadania niezależnych sądów na temat historii i przyszłości Sinkiangu. Władzom przestała się podobać jej rosnąca popularność i "niebezpieczny" patriotyzm. Z czasem Ujgurzy zaczęli uważać panią Kadir za swoją nieformalną przywódczynię, ale za to chińscy komuniści uznali ją za "krzewicielkę separatyzmu i nacjonalizmu". Kiedyś było zupełnie inaczej. Próbowano ją przeciągnąć do obozu władzy, mianując na stanowisko doradcy rządowego. Jeszcze w 1995 r. Kadir reprezentowała Chiny, gdy w Pekinie odbywała się Światowa Konferencja na rzecz Kobiet.
Pięć lat później Rebija Kadir stanęła przed chińskim sądem, który skazał ją na karę ośmiu lat więzienia. W akcie oskarżenia zarzucono jej działalność na rzecz "osłabienia jedności etnicznej Chin". Kadir miała m.in. wysyłać do Stanów Zjednoczonych wycinki gazetowe. Było to przestępstwo, choć inkryminowane materiały wycinała z tytułów prasowych legalnie ukazujących się w Sinkiangu. Trafiały one jednak do jej męża, Sidika Rouzi, ujgurskiego emigranta politycznego. Na dodatek Rouzi - pracownik Rozgłośni Wolna Azja - nadaje z USA programy radiowe, mające "szkodzić jedności terytorialnej Chin" oraz sprzyjać "sianiu niesnasek etnicznych".
Rozprawa opozycjonistki trwała bardzo krótko. Sąd nie bawił się w procedury dające podsądnej prawo do obrony. Wcześniej Kadir spędziła w areszcie siedem miesięcy. Zatrzymano ją, gdy zamierzała pójść na kolację z przedstawicielami amerykańskiego Kongresu. Z góry wiedziano, że będzie z nimi rozmawiać o ujgurskim separatyzmie. Aresztowano również jej synów. Jeden z nich jest już na wolności. Drugi przepadł bez wieści. Prawdopodobnie dostał się do jednego z osławionych obozów pracy laogai. Jak podają przedstawiciele Amnesty International, tylko w Sinkiangu (zwanym nieoficjalnie Wschodnim Turkiestanem) kolonii karnych laogai jest około sześćdziesięciu.
Mieszkańcy Wschodniego Turkiestanu od kilkudziesięciu lat bezskutecznie domagają się niepodległości. W ostatnim stuleciu ogła-szali ją dwukrotnie - w 1933 r. i w 1944 r. Odpowiedzią Pekinu były brutalne represje i masowe przesiedlenia ludności trwające do dziś. Tylko w XX w. utopiono we krwi
30 powstań Ujgurów wznieconych przeciwko uciskowi. W ostatniej dekadzie bunty wybuchały w Baren (w 1990 r.) i w Guldży (w 1997 r.).
Chiny Mao Tse-tunga definitywnie wchłonęły Wschodni Turkiestan po wojnie domowej w 1949 r. Komuniści postanowili ostatecznie rozprawić się z mniejszościami, zwłaszcza z Ujgurami i Tybetańczykami. Tym bardziej że obie te społeczności są silnie związane ze zwalczaną przez nich religią. Rozprawiając się z "siedliskami zacofania", sięgano po najbardziej odrażające metody. Na inkorporowanych terenach - nad jeziorem Lop Nor i na pustyni Takla Makan - Chińczycy zbudowali poligony nuklearne. O próbach nuklearnych (pierwszą przeprowadzono w 1963 r.) nikt z rdzennych mieszkańców tych terenów nie wiedział. Od tamtego czasu na skutek chorób spowodowanych napromieniowaniem zmarło ćwierć miliona Ujgurów. Następne 250 tys. cierpi na choroby nowotworowe.
Przed chińskim zaborem Ujgurzy byli największą grupą narodowościową we Wschodnim Turkiestanie, stanowiąc 76 proc. mieszkańców prowincji. Hanów było wtedy w prowincji 7 proc. W 1960 r. uruchomiono kolej prowadzącą z głębi Chin do Urumczi. Biuro Polityczne KPCh zaczęło mobilizować Chińczyków do osiedlania się w północno-wschodniej części Sinkiangu. Trzy miliony Hanów i chińskich wyznawców islamu skusiły obietnice lepszego życia na obcym terytorium. Nie zawiedli się. Otoczono ich opieką, otrzymali domy i pracę, o której miejscowi mogą jedynie marzyć. Powstała klasa nowych panów. Po 40 latach kolonizacji są oni większością wśród niespełna siedmiomilionowej populacji prowincji.
Ujgurzy boją się, że proporcje te nadal będą się zmieniać na ich niekorzyść. Obawy budzi zwłaszcza otwarta niedawno nitka drogi żelaznej, wiodąca do Kaszgaru na zachodzie prowincji, kiedyś ważnej oazy na słynnym Jedwabnym Szlaku. Kolej ułatwi napływ nowych przesiedleńców chińskich, co sprawi, że Chińczycy zaczną dominować również w Kaszgarze. Inwestycja ma też inny cel - w bliskiej przyszłości tory mają zostać przedłużone aż do granicy z krajami posowieckiej Azji Środkowej - z Tadżykistanem, Kazachstanem i Kirgistanem. Chińczycy obiecują złote góry - szlaki żelazne mają wywołać zwiększone zainteresowanie chińskich przedsiębiorców handlem z tym regionem. Po rozwodzie z Rosją republiki środkowoazjatyckie borykają się z dużymi kłopotami, a każdy partner gospodarczy witany jest z otwartymi ramionami. Mając transportowe połączenie z Chinami, Tadżykistan, Kazachstan i Kirgistan (i dalej położone - Uzbekistan i Turkmenistan) mogą liczyć na rozszerzenie niezależnych od Moskwy kontaktów gospodarczych. Po rozpadzie ZSRR mnożą się inicjatywy ekonomiczne ze strony chińskiego sąsiada. Między Kaszgarem a kirgiskim miastem Osz już wcześniej wytyczono drogę lądową, którą ostatnio unowocześniono. Pekin robi wiele, by się przypodobać miejscowym rządom i społeczeństwom. Niedawno Chińczycy podarowali Duszanbe używane, lecz sprawne autobusy. Tego rodzaju dobroczyńców jest niewielu. Dlatego Tadżycy, jeden z najbiedniejszych narodów regionu, każdy dar przyjmują z wdzięcznością.
Pekin nawet nie ukrywa, że chodzi mu nie tylko o osiągnięcie propagandowego i politycznego celu. Dobroczynność maskuje naciski na lokalne władze - za obietnice współpracy mają one kontrolować poczynania mniejszości ujgurskiej. Ujgurzy na emigracji doskonale odczytują intencje Chińczyków. Apelują do zachodnich demokracji o pomoc - zarówno dla swoich rodaków, jak i dla nowo powstałych republik azjatyckich. Żalą się, że Zachód nie zwraca uwagi na tragiczną sytuację mniejszości ujgurskiej, o której na świecie niewiele wiadomo. Pytają, czy nie dlatego, że są oni wyznawcami islamu. O wiele większy rezonans i współczucie wywołuje los znajdujących się w takiej samej sytuacji Tybetańczyków. Są oni jednak buddystami, a buddyzm cieszy się sympatią ludzi Zachodu - uważają Ujgurzy. O zaniechanie ucisku wobec ujgurskiej mniejszości apelowała ostatnio do Pekinu amerykańska sekretarz stanu. Wezwania Madeleine Albright padły na forum Komisji Praw Człowieka ONZ w Genewie. Delegaci chińscy powtórzyli, że "nikt nie musi ich uczyć pojmowania praw człowieka".
Polityczni przywódcy Ujgurów sami nie są jednak bez grzechu. Do tej pory nie zdobyli się na jedność cechującą np. uchodźców tybetańskich, skupionych wokół charyzmatycznego dalajlamy. Ujgurzy nie mają reprezentatywnej i uznawanej przez wszystkie grupy struktury. W środowisku emigracji autorytetem, choć nie taką sławą jak dalajlama, cieszył się Yusuf Alptekin. Zmarł on w 1995 r. i do tej pory nie doczekał się godnego następcy. Na dodatek Kongres Narodowy Ujgurów po raz pierwszy odbył się dopiero w ubiegłym roku w Niemczech. Nie wyłoniono jednak lidera. Obserwując swary ziomków, o przywództwo nie chce się ubiegać syn Alptekina, Erkin. Bez niego zaś gabinet na wygnaniu miałby ograniczoną siłę polityczną, byłby "polityczną wydmuszką" - jak mówią sami zainteresowani. W samym Sinkiangu zaś wszelkie próby stworzenia niezależnej reprezentacji Ujgurów kończą się tragicznie, czego kolejnym dowodem stał się los Rebiji Kadir.


Więcej możesz przeczytać w 15/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.