Sienkiewicz i Gretkowska

Sienkiewicz i Gretkowska

Dodano:   /  Zmieniono: 
Trafić pod strzechy to dotrzeć do mas, a dotrzeć do mas to przykuć uwagę ludzi. Dzięki nowym technikom informacyjno-komunikacyjnym dotrzeć jest łatwiej, ale utrzymać zainteresowanie - trudniej
Trzeba umieć zaskoczyć, przykuć, wykorzystać. Dotyczy to każdej dziedziny życia zbiorowego - sztuki, polityki i gospodarki (czym byłaby masowa konsumpcja bez reklamy?). Możemy się szybciej uczyć, ale musimy chcieć. Czy chcemy chcieć?

Inteligencka utopia
Przyjrzyjmy się tym, którym udało się trafić pod strzechy. Młody Henryk Sienkiewicz dostarcza pożytecznego przykładu. Podkochiwał się w Helenie Modrzejewskiej i wyjechał wraz z nią oraz grupą idealistycznie nastawionych inteligentów do Kalifornii, by założyć komunę. Komuna miała nie tylko pomóc w wyrwaniu się z koszarowo-więziennych ograniczeń życia rodzinnego oraz patriotycznego. Miała się przyczynić do wyswobodzenia tkwiących w jednostce mocy twórczych - uwolnić awangardową twórczość teatralną i literacką z okowów burżuazyjnych przesądów. Epizod ten opisała w powieści "In America" Susan Sontag, ale wątek Sienkiewicza potraktowała po macoszemu. Mam nadzieję, że ten temat podejmie Olga Tokarczuk albo Magdalena Tulli, albo Stasiuk, gdy mu się znudzi udawanie Hłaski, albo Świetlicki, gdy mu się znudzi udawanie prezentera telewizyjnego.
W przeciwnym razie jeden z dwóch najciekawszych, najbardziej ekstremalnych eksperymentów przeprowadzonych u zarania XX wieku przez ekspertów polskiej kultury narodowej (drugim była wspólna wyprawa Malinowskiego i Witkacego do Oceanii) będzie czekał jeszcze sto lat na przypomnienie. A jest co przypominać. Eksperyment ten dał światowym scenom teatralnym Modrzejewską, a światowej literaturze - laureata literackiej Nagrody Nobla. W świecie prawdziwych kowbojów i poszukiwaczy złota miejsca dla nich nie było, ale w cyberprzestrzeni kultury światowej, w wirtualnej przestrzeni eksperymentu obyczajowego oraz artystycznego - jak najbardziej. Nie rozumiem zatem, jak można kręcić film "Quo vadis" na początku wieku XXI, jak gdyby to były ciepłe ideologiczne kluski, nie starając się zrozumieć wydarzeń o sto lat wcześniejszych, nie próbując odtworzyć drogi tego utworu do wirtualnej przestrzeni europejskiej kultury.

Multimedialny Sienkiewicz
W Europie dzieje chrześcijaństwa to nie tylko szacowne tomy raz na zawsze zamkniętych, ucukrzonych ustaleń historycznych. To również płodne, ale krwawe podziały - Bizancjum kontra Rzym, protestanci kontra Watykan, oświecenie kontra objawienie. Spory te nie ustają, a przewaga kultury europejskiej nad wielkimi kulturami Azji polega m.in. na tym, że uczy ona żyć w napięciu. Jej względny sukces w skali globalnej bierze się z podsycania kontrowersji, a nie z ich zażegnywania. Gdyby było inaczej, tradycja chrześcijańska byłaby już dawno martwym folklorem, a tak - nawet lewica musi sięgać po chrześcijańskich klasyków. Lewicowy filozof Leszek Kołakowski zastanawia się, czy diabeł może być zbawiony. Całkiem niedawno inny lewicowy myśliciel, Michel Foucault, podkreślał rolę Orygenesa i św. Augustyna w chrześcijańskiej tresurze ciała, w połączeniu zbawienia z samokontrolą oraz samorozwojem. Wielu autorów wskazywało na zręczne wykorzystanie mediów (zwłaszcza w okresie kontrreformacji - barok jako Hollywood, kościoły jako skyline), na szybkie wykształcenie kasty aparatczyków (zwłaszcza w średniowieczu), na stopniowe zastępowanie świętej inkwizycji światową radą kościołów itd. Naturalnie, przyszły autor "Quo vadis" musiał też czytać Nietzschego, a rozglądając się, widział współzawodnictwo w zbijaniu politycznej kasy na ciemnych masach - rywalizację między patriotami, klerykałami, socjalistami, anarchosyndykalistami, liberałami, kapitalistami, wegetarianami, ezoterykami, komunistami itd.
Zrozumieć Sienkiewicza to zrozumieć narodziny formy z ducha eksperymentu - jak młody panicz, który podróżuje przez Atlantyk pierwszą klasą, kupuje sobie biedne Irlandki albo Polki z czwartej klasy na jedną noc, zblazowany czytelnik Nietzschego, uczestnik śmiałych eksperymentów z komuną, kochanek wyrafinowanej i sławnej kobiety, dorabiający sobie od niechcenia jako korespondent zagraniczny wpada na pomysł, że można pokrzepić serca multimedialną powieścią zastępującą wówczas film, telewizję oraz internetowe czaty.

Gretkowska krzepi
Porównując początek ubiegłego stulecia z początkiem obecnego, więcej szans na pokrzepianie serc widzę w tym, co wychodzi spod pióra Manueli Gretkowskiej, zahartowanej w eksperymencie pod tytułem "My zdies’ emigranty" na brukach Paryża i Sztokholmu, niż w tym, co wypisują autorzy poklepywani protekcjonalnie po plecach przez jurorów nagrody literackiej Nike. Gretkowska jest ciekawsza, nie jest zaplątana w prowincjonalne intrygi, jej polszczyzna jest krzepka, dosadna, dosłowna, tak się mówi do siebie, jak się nie udaje. Szkoda, że ekranizując "Quo vadis", nie poproszono jej o napisanie scenariusza. Nic straconego. Za "Polkę" dałbym jej alternatywną Nike, a o reżyserię "Quo vadis" na podstawie jej scenariusza poprosiłbym... ale o tym powiem producentowi, jak się do mnie zgłosi.

Więcej możesz przeczytać w 2/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0