Surowce wtórne idą na studia

Surowce wtórne idą na studia

W Polsce polityk, który wypadnie z obiegu, idzie do szkoły
W Rosji radzieckiej wszystko było proste. Działacz partyjny, który kończył karierę, musiał sobie przygotować ciepłe kalesony.
W najlepszym razie urzędować mógł tylko za kręgiem polarnym. W najgorszym razie oddawano w jego kierunku salwę honorową i podobnie jak cement na budowie wiązał się na stałe z piachem.
Teraz czasy się zmieniły i zużytego polityka w ramach akcji "Zbieramy surowce wtórne" należy jakoś twórczo zagospodarować. Świat pełen jest zużytych polityków. W Polsce ich liczba na metr kwadratowy przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Po przejęciu sterów przez nową ekipę po kraju błąka się gromada zagubionych, bezrobotnych liderów, co to przegrali wybory lub z powodu afer już wcześniej zostali brutalnie wykopani z boiska. Co z nimi robić? To pytanie godne Konfucjusza. A jak radzą sobie z przeterminowanym politykiem w innych krajach? Co kraj, to obyczaj.
W krajach afrykańskich nie ma tego problemu, bo tam nikt dobrowolnie nie oddaje władzy. Były polityk jest więc martwy lub zbiegły. Jako martwy ma wszystko z głowy i nie musi się o nic martwić. Jako zbiegły żyje na ogół wystawnie w hotelu we Francji i wydaje wywiezione pieniądze. Forsę, podobnie jak muzycy disco polo z Białegostoku, przeznacza przytomnie na dziwki, alkohol i ochronę. Co robi amerykański lub zachodnioeuropejski polityk, gdy przestanie być senatorem, prezydentem, członkiem ekipy rządzącej? Zwykle zakłada fundację, zasiada w szacownej radzie, pełni funkcje doradcze, patronuje niedochodowym przedsięwzięciom o charakterze społecznym lub edukacyjnym. Bywa, że ciągany jest po sądach jak Helmut Kohl lub daje dyla do Tunezji jak Bettino Craxi.
A w Polsce? W Polsce polityk, który wypadnie z obiegu, idzie do szkoły.
To światowy fenomen. Do tej pory sądzono, że osoba, która zdobyła władzę, coś wie. Nasz przykład dowodzi, że jest odwrotnie. Osoba, która utraci władzę, chce się dopiero czegoś dowiedzieć. Być może bierze się to stąd, że politycy zajęci walką o władzę nie mają czasu skończyć szkoły. Dobrym przykładem jest były wojewoda śląski Marek Kempski. Prasa ujawniła , że Kempski jest studentem pierwszego roku politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ekswojewody nie przyjęto wcześniej na Uniwersytet Śląski, bo miał za niską średnią na maturze.
Kempski to barwna postać śląskiej cyganerii politycznej. Jako szef śląsko-dąbrowskiej "Solidarności" organizował zadymy uliczne i protesty. Nie za komuny, ale za demokracji, gdy nic mu nie groziło, odważnie i celnie rzucał we władzę śrubami i wygrażał styliskiem od łopaty. Był jednym z bardziej radykalnych i ostro gardłujących działaczy związkowych. Po zwycięstwie ekipy pięknego Mariana, ojca-założyciela AWS, z ulicznego krzykacza Kempski przemienił się w surowego wojewodę z pomysłami. Pomysłów miał tyle co Steven Spielberg i George Lucas albo i więcej. A wszystkie kosmiczne. Jednym z nich było urzędowe usuwanie narkomanów i żebraków z centrum Katowic. Marek Kotański tłumaczył, że fizycznym usuwaniem narkomanów nie rozwiąże się żadnego problemu, prawnicy przestrzegali, że to niezgodne z konstytucją, bo każdy może siedzieć na ławce, gdzie chce. Akcja ta, jak to zwykle u nas, pochłonęła tylko czas, pieniądze i energię i nic nie dała, ale o dzielnym wojewodzie zrobiło się głośno. Kempski palił się do roboty. Zaczął chodzić na patrole i sprawdzać, czy straż miejska dobrze pracuje. Czuł się gospodarzem. Najgłośniejszym jego pomysłem było uruchomienie telefonu antykorupcyjnego. Pojawiły się plakaty pełne słusznych haseł o zwalczaniu korupcji i numer do urzędnika Kempskiego. Zadzwonić mógł każdy, kto miał podejrzenie, że źle się dzieje w państwie kempskim.
I dzwonili. Sygnały docierały nie tylko z kosmosu, ale przeważnie właśnie stamtąd. Dzwonił Spielberg z Mikołowa, że sunsiad nową taczkę se kupił, a to nierób i łazęga, a i alkoholik stary, to pewnikiem te taczke ukradł albo za kradziony wungiel z biedaszybu dostał. Dzwonił George Lucas z Chorzowa z sygnałem, że znajomy w robocie pije już drugi miesiąc "i na Boga łojca się klnę, że to jakowaś korupcja, bo skąd on niby forsę ma, jak sam taki gołodupiec jak tu wszystkie na kopalni". Kempski to postać jak z filmu Woody’ego Allena. Najpierw sam sobie strzelił gola, bo w zeznaniu podatkowym, które uroczyście rozdał dziennikarzom, dopatrzono się nieprawidłowości związanych z wynajmowaniem mieszkania. Później telefon antykorupcyjny okazał się totalną klęską, tym bardziej widowiskową, że pod nosem Kempskiego UOP odkrył harcujących w urzędzie prawdziwych aferzystów, którzy doradzali wojewodzie w sprawach gospodarczych. Z Kempskim to jak z tym partyzantem, co gonił Niemca tak wytrwale, że nie zauważył, gdy mu las wycięli.
Nic dziwnego, że Kempski po tych smutnych doświadczeniach przestał być wojewodą i postanowił pójść do szkoły. W wywiadzie dla jednego z pism mówi: "Ludzie, którzy nie mają wyższego wykształcenia, nie powinni piastować wysokich urzędów". Publicznie nie wyklucza, że za cztery lata wróci do polityki. Jak lewica się w ciągu tych czterech lat wyłoży, Kempski zdąży skończyć studia. Obok zgłębiania politologii Kempski uczy się też angielskiego. Zdanie, którego się już nauczył, brzmi: "Are you ready to dorwać się do władzy?". Zdania, które ciągle jeszcze ćwiczy, to: "My name is Marek. I am fachowiec. I want hot dog with ketchup and very good rządowa posada".

Okładka tygodnika WPROST: 2/2002
Więcej możesz przeczytać w 2/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0