Klasa klasy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czego powinniśmy się uczyć od elit II RP


Historyczny stereotyp, każący opisywać polski wiek XIX jedynie przez pryzmat narodowych powstań i konspiracyjnych sprzysiężeń, usunął z naszej świadomości wiedzę o Polakach, którzy w państwach zaborczych sięgali po najwyższe urzędy. O Romualdzie Traugucie przeciętny Polak coś słyszał; o Karolu Badenim - już nie. Nie pamiętamy, że Polacy stanowili 7 proc. korpusu oficerskiego carskiej Rosji (w marynarce wojennej i lotnictwie ich odsetek był dwa razy wyższy), a polscy inżynierowie, przemysłowcy i naukowcy należy do elity ludów imperium. W cesarstwie Austro-Węgier, krzywdząco kojarzonym dziś tylko z "galicyjską nędzą", Polacy dominowali w aparacie skarbowym, mieliśmy też wielu cenionych prawników, zwłaszcza cywilistów. Dobrze przynajmniej, że zachowała się pamięć o dokonaniach przemysłowców i handlowców Wielkopolski, z powodzeniem rywalizujących z ekspansywnością i doskonałą organizacją Niemców.
Elity te były z różnych względów podzielone - innym życiem żyli ziemianie i arystokracja, inna była sytuacja przemysłowców. Popierali różne siły polityczne, mieli odrębne tradycje w różnych zaborach. Nie brakowało też w elitach II RP ludzi ze społecznego awansu; po raz pierwszy na tak masową skalę ujawniły się aspiracje chłopów, zorganizowanych w licznym i wpływowym ruchu ludowym, otwartą i skuteczną drogą awansu były także służba wojskowa oraz kariera urzędnicza.
Wielu zdolnych młodych ludzi miało również możliwość rozwinięcia skrzydeł dzięki kultywowanej przez ówczesne warstwy wyższe filantropii. Należało do dobrego obyczaju - a wręcz do obowiązków człowieka sukcesu - wspieranie w karierze zdolnej młodzieży. Przykład wielkopolskiego społecznika i filantropa Augusta Cieszkowskiego, który w testamencie podzielił swój majątek pomiędzy najbardziej obiecujących studentów poznańskich wyższych uczelni, nie był odosobniony. Opieka ze strony pracodawcy pozwoliła na przykład postawić pierwsze samodzielne kroki w interesach Andrzejowi Wierzbickiemu, późniejszemu zasłużonemu dla polskiego przemysłu szefowi Lewiatana.

Szlachectwo zobowiązuje
Na podstawie licznych pamiętników, rodzinnych świadectw oraz opracowań historycznych można stwierdzić, że powiedzenie noblesse oblige nie było dla przedwojennej polskiej elity pustym hasłem. W tradycyjnym wychowaniu ziemiańskim kładziono silny nacisk na "cnoty obywatelskie", do których zaliczano na przykład aktywność w organizowaniu wspólnot rolniczych, szerzeniu edukacji etc. Właściciel majątku ziemskiego winien pracować nad jego rozwojem i krzewieniem nowoczesności w okolicy: meliorować, budować przetwórnie, młyny, warsztaty, gorzelnie itp. Ziemianie szczególnie aktywnie udzielali się w okresie międzywojennym w samorządach. W pewnym stopniu wiązało się to z przyjętą wówczas zasadą, iż odpowiedzialny urząd sprawować może tylko ktoś, kto w razie podjęcia błędnych decyzji jest w stanie odpowiadać za nie posiadanym majątkiem. Zobowiązania takie traktowano jako honorowe, również w środowiskach chłopskich. Kiedy sołtys Czerwińska nad Wisłą Stanisław Ziemkiewicz ulegał prośbie któregoś z sąsiadów o czasowe odłożenie spłaty należności wobec skarbu państwa, jedynym sposobem, w jaki uchodziło mu to zrobić, było wyłożenie własnych pieniędzy (co nie pozostaje bez związku z faktem, że jego wnuk musi dziś zarabiać na życie piórem).

Dziedzictwo pokoleń
Drugą obok "cnót obywatelskich" sprawą, na którą międzywojenne elity kładły szczególny nacisk, było doskonalenie zawodowe. Pod tym względem nie było różnicy między rodzinami przemysłowców i ziemian - firma, podobnie jak majątek ziemski, traktowana była jako dziedzictwo pokoleń. Obowiązkiem ojca było w jak najlepszym stanie przekazać je synowi, obowiązkiem syna, zwłaszcza najstarszego - zdobyć wszechstronne wykształcenie w potrzebnej specjalizacji. Dla potomka rodu arystokratycznego była to obowiązkowo akademia rolnicza, dla syna przemysłowców - politechnika lub prawo na uniwersytecie. Zdobyte wykształcenie, czego oczywiście wówczas nie można było przewidzieć, pozwoliło niedobitkom znanych rodów przetrwać w kraju najciemniejsze lata stalinowskie - jako wybitni fachowcy w swoich dziedzinach okazywali się po prostu niezastąpieni.

Bez ostentacji
Szacunek dla edukacji, wymóg wszechstronnego wykształcenia w najlepszych szkołach i przygotowania do przejęcia rodzinnej schedy jest zapewne tym, co najbardziej łączy przedwojenne polskie elity z wzorcami, jakie dziś napływają do Polski z Zachodu. Tym, co najbardziej je różni, wydaje się stosunek do własnego majątku. O ile teraz przynależność do elity narzuca wręcz obowiązek ostentacyjnej konsumpcji i luksusu, o tyle przedwojennemu przemysłowcowi lub ziemianinowi podkreślanie swojej zamożności na co dzień wręcz nie uchodziło. "Zadawać szyku" należało jedynie w określonych obyczajem sytuacjach, podczas balu lub uroczystości. W życiu codziennym elegancja nakazywała otaczać się rzeczami solidnymi i dobrej marki, ale nie luksusami. Przesadny przepych w domu, zbyt kosztowne stroje lub też poruszanie się drogą limuzyną były przejawem złego smaku, dorobkiewiczostwa i marnotrawstwa, znamionowały nowobogackich i raczej ujmowały niż dodawały szacunku.
Takie podejście do pieniędzy ujawniało się szczególnie w sposobie wychowywania dzieci. Potomkowie nawet bardzo bogatych rodzin jeszcze w czasach studenckich otrzymywali stosunkowo skromne kieszonkowe; zwyczajowo 100--150 zł miesięcznie, co nie pozwalało na wystawny styl życia. Nie należało też do rzadkości, że zanim przyszedł czas na zagraniczne studia, rozpoczynano edukację w zwykłych szkołach publicznych bądź zakonnych. Bywało oczywiście, że miało to przyczyny dość prozaiczne - właściciele dóbr ziemskich, nawet bardzo rozległych, miewali w II RP poważne kłopoty z gotówką. Częściej wynikało to jednak z powszechnego przekonania, że zbytnie ułatwienia i szczególne traktowanie "psują" dzieci, a także z patriotycznej wiary, że zasada "z polską szlachtą polski lud" jest najlepszą receptą na powodzenie kraju.
Wychowanie wśród ludzi z niższych sfer nie oznaczało wcale wyrzeczenia się dystansu. Mezalianse należały do rzadkości, akceptowane bywały, jeśli dotyczyły człowieka niewątpliwego sukcesu. Małżeństwo i wielodzietna rodzina cenione były wysoko, ale partnerów należało szukać we własnej sferze. Wielkie bale, o których pamięć przetrwała zarówno w pamiętnikach, jak i w traktujących je z nienawiścią socjalistycznych satyrach, w znacznym stopniu służyły kojarzeniu dzieci. Tak zresztą jest w krajach Zachodu do dziś. Nawet na wskroś demokratyczna Francja dumna jest ze swego "rally" - swoistego systemu doboru elit od chwili towarzyskiego "debiutu". Polacy mogli o tym ostatnio usłyszeć z okazji uczestnictwa panny prezydentówny w Balu Debiutantek.

Ludzie honoru
Obok elity arystokratyczno-ziemiańskiej i przemysłowej istotną rolę w życiu II RP odgrywali urzędnicy państwowi. Z racji grupowych interesów było to środowisko jednym i drugim wrogie, jeśli jednak chodzi o wyznawane zasady - bardzo bliskie. Zarówno ludzie interesu, jak i urzędnicy państwowi przejęli od ziemiaństwa przede wszystkim kodeks honorowy. Honor, na który w historycznym przemówieniu powołał się minister Józef Beck i w imię którego II RP stanęła do beznadziejnej walki, nie był dla ówczesnych Polaków słowem błahym. W imię honoru nie tylko składało się dymisje, ale i strzelało sobie w głowę. Honor regulował wzajemne powinności na tyle skutecznie, że prawo nie musiało w nie wkraczać.
Na ile owe kodeksy były przestrzegane? Współczesnym wydawało się, że w stopniu zdecydowanie niewystarczającym. Z dzisiejszego punktu widzenia, po półwieczu komunizmu, możemy owe czasy traktować jak raj utracony powszechnej uczciwości.

Lęk szabrowników
Znaczenie elit doskonale rozumieli Hitler i Stalin. Palmiry z jednej, a Katyń z drugiej strony są tego najlepszymi dowodami. Świadomie i usilnie o wyniszczenie bądź wypchnięcie z kraju resztek przedwojennej elity starały się władze PRL. Nie sposób nie dodać, że starania te znalazły kontynuatorów w kolejnych (także "solidarnościowych") rządach III RP. Zniweczenie starań o reprywatyzację - wbrew populistycznym argumentom wysuwanym na użytek wyborców - ma swe korzenie w ordynarnym lęku szabrowników przed powrotem prawowitego właściciela, a nie w "złej sytuacji budżetu".
Mimo to potomkowie dawnych elit wracają. Walczą o odzyskanie rodowych siedzib, zaczynają od nowa, prowadzą interesy, zakładają przedsiębiorstwa. Powoli zaczynają się liczyć w życiu publicznym. Dla "nowych ludzi", wyrosłych na przemianach ostatnich kilkunastu lat, jest to wyzwanie. Elity III RP, generalnie pozbawione tradycji i wzorców, szukające ich rozpaczliwie w kolorowych pismach i towarzyskich kontaktach z Zachodem, stają twarzą w twarz z dziedzicami starych tradycji. Podobne spotkania z reguły budzą w nich trudno skrywaną zazdrość i kompleksy. Bardzo możliwe, że kompleksy te wyjdą Polsce na zdrowie, choć nie można się łudzić, że efekty będą widoczne szybko. Frak - jak głosi znane porzekadło - zaczyna dobrze leżeć dopiero w trzecim pokoleniu.
Więcej możesz przeczytać w 4/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.