Drogie przyczyny

Drogie przyczyny

Dodano:   /  Zmieniono: 
Francji potrzebny jest zastrzyk liberalizmu, tymczasem ten nurt myślenia budzi w niej strach graniczący z pogardą
Claude Imbert, szef tygodnika "Le Point", napisał ostatnio parę rzeczy bardzo nieprzyjemnych dla swych rodaków. Konstatuje on ze smutkiem, że nie tylko spada pozycja Francji na świecie, ale w dodatku jej zdolność do przeprowadzenia reform zapewniających modernizację wydaje się nadzwyczaj ograniczona. Francuzi odkrywają ze zdumieniem, że ich kraj spadł na dwunaste miejsce wśród piętnastu krajów Unii Europejskiej pod względem bogactwa narodowego w przeliczeniu na mieszkańca, ale "nikt nie podejmuje ryzyka przeanalizowania przyczyn". Imbert sugeruje, że to dlatego, iż przyczyny te są bardzo drogie Francuzom i za nic nie dadzą ich sobie odebrać. Wszelkie różnice między lewicą a prawicą zanikają, "gdy trzeba działać, a raczej właśnie… nie działać" - uważa Imbert.
Jedną z głównych blokad krępujących dzisiaj rozwój i modernizację Francji jest - według Imberta - ciasny gorset etatyzmu i korporacjonizmu, który utrudnia inicjatywy oddolne i swobodniejszą grę sił, pozwalającą na postępy dokonywane w sposób naturalny. Innymi słowy, Francji jest potrzebny solidny zastrzyk liberalizmu - tymczasem ten nurt myślenia budzi w niej strach graniczący z pogardą, a w sferze politycznej nie można dostrzec ugrupowania zdolnego i chętnego do skutecznego głoszenia tego nurtu myślenia i działania. Na łamach tegoż "Le Point" tak oto skomentował sytuację znany publicysta Alain Duhamel: "Oto typowo francuski paradoks: w tym kraju autentyczni liberałowie pozostają w wyraźnej mniejszości nawet w łonie samej prawicy, podczas gdy gdzie indziej - w Wielkiej Brytanii, Włoszech, Hiszpanii, a nawet Skandynawii - postępują oni szybko naprzód, gdzieniegdzie nawet dominując. Można by, jak zwykle w takich wypadkach, przywołać naszą narodową odrębność kulturową. Tym razem byłoby to jednak niestosowne, bo Francja jest - wraz z Anglią - akurat intelektualną kolebką liberalizmu. Wielcy liberałowie francuscy w sumie przekonali sporą część świata - z rzucającym się w oczy wyjątkiem w postaci swoich współobywateli".
Tak się składa, że inny tygodnik, "Le Nouvel Observateur", opublikował materiał w znamienny sposób ilustrujący to, o czym napisali Claude Imbert i Alain Duhamel. Niby drobiazg, a martwi. Chodzi o pomysł partii Zielonych (która prawie od roku wchodzi w skład lewicowej koalicji rządzącej Paryżem), by nie pozwolić na kursowanie po mieście autokarom turystycznym. Pismo przynosi wypowiedzi działacza Zielonych - zastępcy mera do spraw transportu - oraz kierowców, przewodników i przedsiębiorców posługujących się owymi autokarami.
Jest oczywiste, że autokar to pojazd duży, zajmujący wiele miejsca zarówno w ruchu, jak i na postoju, a w dodatku hałaśliwy, smrodliwy i zanieczyszczający powietrze. Jest również faktem, że Paryż należy do najtłumniej zwiedzanych miast na świecie, przy czym w roku 1995 autokaru użyło w tym celu prawie 7,5 mln turystów. Ich pobyt w stolicy Francji trwał średnio dwa i pół dnia, a odsetek autokarów, które przynajmniej raz dziennie parkują nieprawidłowo, ocenia się na 50 proc. Jednym słowem, jest to prawdziwa udręka, zwłaszcza dla stałych mieszkańców, a merostwo jak najbardziej powinno dbać o ich zdrowie i o ich interesy. Ochrona interesów nie może się jednak przerodzić w lokalny egoizm, wyrażający się w stanowisku: wprowadzimy zakaz wjazdu autokarów, a skoro tak bardzo chcecie zobaczyć Paryż, to sobie radźcie. Paryż jest miastem, które trzeba zobaczyć - i w dużej mierze po prostu żyjącym z turystów, więc - chce czy nie chce - musi brać pod uwagę również ich interesy. Można zatem szukać sposobów na zmniejszenie lub lepsze uregulowanie ruchu autokarów bądź na zastępcze środki transportu o porównywalnych walorach turystycznych, ale nie należy ich całkowicie wyrzucać z miasta. Dlaczego? Z paru powodów. Na przykład - w obecnej sytuacji turyści chcący zwiedzić Paryż mogliby korzystać z metra (z którego nic nie widać), z autobusów miejskich (które niekoniecznie jeżdżą trasami atrakcyjnymi turystycznie) lub taksówek (na które byłoby stać tylko niewielką część spośród nich). Młodzi jeszcze by sobie jakoś poradzili. Ale co zrobić z masowo odwiedzającymi Paryż emerytami? Łatwo się domyślić, jak zareagują firmy turystyczne, gdy zostanie wprowadzony zakaz poruszania się autokarami po mieście: najpierw będą manifestować i blokować Paryż, a potem przerzucą się na mikrobusy. Zanieczyszczenie miasta się nie zmniejszy, przeładowanie ulic się zwiększy (bo zamiast jednego autokaru pojedzie kilka mikrobusów), a poza tym wzrośnie cena wycieczek, co część turystów może odstraszyć, na czym miasto i jego kupcy stracą finansowo. Jest to właśnie sytuacja typowa dla Francji opisywanej przez Claude’a Imberta i Alaina Duhamela: na ringu zostaje myślenie administracyjne i myślenie korporacyjne, przy całkowitej nieobecności swobodnego myślenia w kategoriach zdrowego rozsądku i kompromisu między rozbieżnymi interesami.

Więcej możesz przeczytać w 5/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0