Sezon na magię

Sezon na magię

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dzięki "Władcy pierścieni", "Harry’emu Potterowi" i "Amelii" znów Dobro zwycięża


La Fontaine tworzył swoje słynne bajki, gdy Francja pod panowaniem Ludwika XIV toczyła wojny z niemal całą Europą. Hans Christian Andersen sprzymierzył się z baśnią, by zapomnieć o biedzie i ponurej codzienności. Ucieczka w fantazję zawsze okazywała się skutecznym antidotum na niedoskonałości realnego świata. Kino - najbardziej magiczna ze sztuk - na przełomie wieków zaludniło ekran plejadą czarodziejów, każąc im naprawiać świat zepsuty przez zwyczajnych śmiertelników.

Uff! Dzięki "Władcy pierścieni", "Harry’ emu Potterowi" i dziewczynie z Paryża imieniem Amelia oddychamy z ulgą - znów Dobro zwycięża, Zło zostaje ukarane, a my czujemy się znacznie lepiej, choć świat wokół nas wcale się nie zmienił. Mają się z pyszna ci wszyscy, którzy Spielberga (rzecz jasna - do czasu "Listy Schindlera") traktowali jak twórcę drugiej kategorii, tytułując Piotrusiem Panem kina. Nie przewidzieli, że u progu XXI wieku X Muza ogłosi triumf wyobraźni nad ponurą rzeczywistością, zaś magowie i czarodzieje wyślą na urlop obrońców sprawiedliwości, skorumpowanych polityków, sadystycznych przestępców i tym podobne indywidua zaludniające ekrany kin. "Mam dość świata, w którym jedna zła wiadomość goni drugą, zaś kanały informacyjne w całości wypełniają listy popełnianych przestępstw i kolejnych konfliktów na tle religijnym czy rasowym" - ogłosił Jean Jeunet i nakręcił "Amelię", której bohaterka uparła się, by uszczęśliwiać bliźnich. Karmieni naukowymi wizjami świata zapomnieliśmy już, jak bywa on nieskomplikowany i zrozumiały w bajkach. Tam dobro i zło występują wyłącznie w czystej postaci i łatwo odróżnić wroga od przyjaciela. A w ostateczności zawsze można się odwołać do pomocy magii. Choćby wstępując śladem Harry’ego Pottera do Akademii Hogwarth czy podejmując się ryzykownej wyprawy do krainy Mordor, by uniemożliwić Panu Ciemności odzyskanie pierścienia, który dałby mu władzę nad światem.

Czarowanie kryzysu
Nurt baśniowy obecny był już w niemych filmikach Meliesa w początkach minionego wieku. Tyle że wówczas szanujący się reżyser nie posadziłby Harry’ego na latającej miotle, bo nie pozwalała mu na to ledwie raczkująca technika. Mimo to mistrz tej miary co Frank Capra już w latach 30. doskonale posługiwał się konwencją magicznego realizmu (choć wówczas nie znano jeszcze tego określenia). W niezapomnianym "Tym cudownym życiu" bohaterowi wybijał z głowy samobójcze pomysły nie kto inny jak Anioł Stróż, a w filmie "Nie zabierzesz tego z sobą" reżyser odświeżył poczciwą bajkę o Kopciuszku spotykającym księcia. Takie filmy chciała oglądać zgnębiona Wielkim Kryzysem publiczność po obu stronach Atlantyku. W Europie odpowiednikiem Capry był René Clair, ("Pod dachami Paryża", "Ożeniłem się z czarownicą").
Nowy gatunek, który po latach ochrzczono mianem romantycznej komedii, jeszcze lepiej sprawdził się w latach zimnej wojny ("Sabrina", "Rzymskie wakacje"), zaś prawdziwy renesans przeżywa w ostatniej dekadzie. Nie ma miesiąca, by na ekrany nie trafiła chociaż jedna opowieść o nawróconych grzesznikach, parach połączonych cudownym zbiegiem okoliczności lub brzydkich kaczątkach i kopciuszkach płci obojga, którym sprawiedliwy los z nawiązką wynagradza krzywdy i upokorzenia. Takie filmy z reguły nie dostają Oscarów, ale na długo pozostają we wdzięcznej pamięci widowni (zwłaszcza kobiecej). Jak zresztą można zapomnieć Julię Roberts z "Pretty Woman", Meg Ryan i Toma Hanksa z "Bezsenności w Seattle" czy Billa Murraya, który w "Dniu świstaka" zostaje uwięziony w pętli czasowej, aż do momentu kiedy się poprawi?

Romantycy w kosmosie
Popyt na kino magiczne istniał zawsze, ale szczególnie przybierał na sile wówczas, gdy filmowcy przesadzali z powagą i brutalnością. Lata 70. w kinie amerykańskim upływały przede wszystkim na eksploatowaniu kompleksu wietnamskiego, afery Watergate i ciemnych zakamarków duszy ludzkiej. Zmęczona publiczność zapragnęła więc odmiany. Świetnie wykorzystał to duet George Lucas - Steven Spielberg. Entuzjazm, z jakim powitano "Gwiezdne wojny", zaskoczył wszystkich, łącznie z samym reżyserem. Wbrew pozorom nie był to wcale triumf fantastyki naukowej w jej klasycznym wydaniu. Lucas pod kostiumem SF przemycił na ekran wątki rodem z baśni i mitologii (i nie ma co ukrywać, także z Tolkienowskiego "Władcy pierścieni").
Spielberga też fascynował kosmos ("E.T.", "Bliskie spotkania trzeciego stopnia"), ale szybko się zorientował, że i w ziemskich realiach można dać upust reżyserskiej fantazji. Trzy filmy o przygodach Indiany Jonesa wyznaczyły kanon kinowego widowiska obowiązujący do dzisiaj. Co charakterystyczne - Spielberg czerpał pełną garścią nie tylko z dorobku poprzedników (od "podróżniczych" produkcji z lat 30. do cyklu z Jamesem Bondem), lecz także z legend średniowiecza (Święty Graal) czy wręcz Biblii (Arka Przymierza). Podawał je zaś w sosie stworzonych w komputerach efektów specjalnych. Rozwój techniki cyfrowej umożliwił bowiem realizację najbardziej szalonych pomysłów - takich jak straszenie widzów wskrzeszonymi dinozaurami ("Park jurajski") lub mamienie ich podróżami w czasie ("Powrót do przyszłości" Zemeckisa). Ekranowa magia zyskała wtedy nowy, komputerowy wymiar.

Urodzeni marzyciele
W latach 90. historia zatoczyła koło. Kino zbrutalizowało się jak nigdy przedtem. Twórcy, miast pocieszać widzów, zaczęli testować ich wytrzymałość i wciągać w postmodernistyczne gierki. Krytycy byli zachwyceni, kinomani oglądający kolejne produkcje spod znaku "Pulp Fiction" i "Urodzonych morderców" - znacznie mniej. Czegoś im brakowało. Dobrą koniunkturę pierwszy wyczuł Lucas, "odgrzewając" swoją gwiezdną trylogię i zapowiadając jej uzupełnienie o kolejne odcinki. Także Spielberg nie wyrzekł się do końca "piotrusiowych" skłonności. Nie bez powodu dla swego studia filmowego wybrał nazwę DreamWorks. Zgłosił też chęć wyreżyserowania trzeciej części przygód Harry’ego Pottera. Sukces ekranizacji "Władcy pierścieni" z pewnością spowoduje, że wielu filmowców zwróci się w stronę kina z wyobraźnią. Do filmowej magii ciągnie tradycyjnie twórców hiszpańskojęzycznych - wystarczy wspomnieć choćby o "Amorres perros" czy "Kochankach kręgu polarnego", którzy jednak w przeciwieństwie do twórcy "Amelii" popadają w fatalizm.
Zaniepokojeni nadmierną dawką magii na ekranie mogą jednak spać spokojnie - przesyt z pewnością nam nie grozi. W końcu sam autor "Władcy pierścieni" J.R.R. Tolkien zauważył: "Baśnie oferują fantazję, uzdrowienie, ucieczkę i pociechę, a więc wszystko to, co bardziej jest potrzebne dorosłym niż dzieciom".

Więcej możesz przeczytać w 7/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0