Bomba pod Pałacem Elizejskim

Bomba pod Pałacem Elizejskim

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy zeznania Didiera Schullera zmiotą Jacques’a Chiraca ze sceny politycznej?


Mieszanie gówna, świńska kampania, potok błota, poszukiwanie oszczerstw i nienawiści, grubiańska manipulacja przedwyborcza - takie słowa padają publicznie z ust byłego premiera Francji, Alaina Juppé, i innych działaczy Zgromadzenia na rzecz Republiki (RPR) - partii, której szefem przez 18 lat był Jacques Chirac. Tym ludziom zupełnie puściły nerwy, wpadli w panikę. Wszystko za sprawą Didiera Schullera - "żywej bomby", która nagle została przerzucona z karaibskich tropików pod samą bramę Pałacu Elizejskiego. I to w czasie, gdy nad Sekwaną na dobre rozpoczęła się kampania prezydencka.

Spod palm do więzienia
Siedem lat temu Didier Schuller uciekł z Francji i słuch o nim zaginął. Władze śledcze podejrzewają, że współtworzył on rozgałęziony system nielegalnych "prowizji": w Paryżu i podparyskim departamencie Hauts-de-Seine rządzące tam wówczas RPR pobierało od firm pieniądze w zamian za przydzielanie im zamówień publicznych. Chodziło o kolosalne sumy, więc za Schullerem rozesłano międzynarodowy list gończy. Oficjalnie nikt nie miał pojęcia, gdzie on się ukrywa, a już na pewno przez siedem lat nikt nie był zainteresowany sprowadzeniem go do Francji, a co za tym idzie - wywołaniem gigantycznej awantury politycznej o trudnych do przewidzenia skutkach. Ten wygodny układ załamał się, kiedy 21 stycznia tego roku w mediach głos zabrał syn Didiera Schullera, Antoine. Zaszokował on wszystkich, oznajmiając, że jego ojciec - nie ukrywając specjalnie swej tożsamości - pędzi żywot znudzonego milionera w luksusowej rezydencji w Dominikanie. Antoine odwiedzał go tam i sporo słyszał o aferach, w jakie był zamieszany ojciec, a także inne osobistości. To, co zobaczył i usłyszał, uznał za "niedopuszczalne i obrzydliwe", postanowił więc działać. Schuller junior twierdzi, że przez dłuższy czas usiłował się skontaktować z urzędem premiera Francji i kilkoma potencjalnie zainteresowanymi sprawą ministerstwami, pisząc do nich listy, w których informował o miejscu pobytu ojca - nikt nie zareagował. To skłoniło go do przekazania sprawy mediom. Poźniej sprawy potoczyły się nadspodziewanie szybko. Prawica zarzuca teraz będącym u władzy socjalistom manipulację przedwyborczą, ale wcale nie jest pewne, czy to oni nakłonili Antoine’a Schullera do sensacyjnych wyznań. Taki obrót sprawy był chyba i dla nich zaskoczeniem, ale szybko uznali, że skoro rzecz i tak już upubliczniono, to grzechem byłoby nie popatrzeć, jak RPR i Jacques Chirac - rywale w przewidzianych na wiosnę wyborach parlamentarnych i prezydenckich - pogrążają się w bagnie. Ministerstwo Sprawiedliwości wystąpiło o ekstradycję Schullera, ale ten wrócił do Francji z własnej woli. Policja zatrzymała go przy wyjściu z samolotu. Przewieziono go na przesłuchanie do sędziego śledczego prowadzącego sprawę afery z rynkiem zamówień publicznych w Hauts-de-Seine i osadzono w paryskim więzieniu Santé m.in. pod zarzutem korupcji i zatajenia informacji o przestępstwach.


Specjalista od finansowania partii
Didier Schuller był deputowanym RPR, członkiem rady generalnej departamentu Hauts-de-Seine, a także dyrektorem generalnym tamtejszego biura zajmującego się budową i przydziałami tzw. HLM-ów, czyli mieszkań o niskich czynszach. W czasach, gdy merem Paryża był Chirac, podobne biuro przy merostwie stolicy stało się centrum wielkiej afery z finansowaniem partii RPR, której Chirac był przewodniczącym. Jest właściwie niemożliwe, by kontrolując zarówno "wlot", jak i "wylot" kanału, przez który nielegalnie przepływały pieniądze, nic nie wiedział o tym procederze i co najmniej go nie akceptował. Chirac wszystkiemu zaprzecza. W wywiadzie telewizyjnym przeprowadzonym zaraz po zgłoszeniu swojej kandydatury na drugą kadencję zasłonił się argumentem, że w owych czasach "wszystkie partie finansowały się podobnie". Podkreślił, że to on doprowadził do uchwalenia przepisów, które pozwalają im robić to inaczej. Zapewnił też, że nie zna Didiera Schullera, choć być może spotkał go przy jakiejś okazji. Kilku sędziów śledczych próbowało przesłuchać prezydenta, lecz zawsze odmawiał, powołując się na immunitet. Schuller będzie musiał wytłumaczyć sędziom m.in. pochodzenie sum o równowartości 15 mln zł, które znalazły się na jego kontach w Szwajcarii. Jeszcze ważniejsze byłyby jednak wyjaśnienia dotyczące finansowania RPR i "pompowania" pieniędzy do kies różnych polityków przez firmy budowlane współpracujące z biurem HLM-ów. Schuller kilka razy przyznał w rozmowach z dziennikarzami, że uczestniczył - na poziomie departamentu i kraju - w "systemie RPR", który służył tym celom.


Kto się boi Schullera?
Według zwykle dobrze poinformowanego tygodnika "Le Canard Enchainé", Jacques Chirac zwołał 2 lutego w Pałacu Elizejskim sztab kryzysowy złożony z kilku przybocznych prawników i doradców, by rozpatrzyć konsekwencje powrotu Schullera, a przede wszystkim - by znaleźć sposób na zniechęcenie go do powrotu i zbytniej gadatliwości. Z doniesień pisma wynika, że próby nacisków osób z kręgów bliskich Chiracowi trwały aż do wejścia Schullera na pokład samolotu lecącego z Santo Domingo do Paryża. Starano się go odwieść od zamiaru wzięcia adwokata zbliżonego do Partii Socjalistycznej. Wszystko na próżno. Prawica sugeruje, że Schuller wynegocjował z socjalistami warunki swojego powrotu i w zamian za bezkarność powie dokładnie to, co będzie im potrzebne przed wyborami. Jego syn oświadczył, że jest "bardzo, bardzo zaskoczony" szybkością powrotu ojca i przypuszcza, iż wydarzenie zostało zaaranżowane, a ojciec powie tylko tyle, ile mu kazano powiedzieć, pozostawiając wiele głównych wątków i postaci dramatu w cieniu. Antoine Schuller nie stwierdza jednak jasno, kto miałby ten powrót zaaranżować i kto miałby ojcu coś kazać? Sam Didier Schuller powtarza zaś, że głównym powodem jego pospiesznego powrotu jest chęć ratowania syna, który - jego zdaniem - "jest manipulowany przez faszystowską sektę".


Prezydencka strategia obrony
Powrót Schullera zbiegł się z pierwszym wyraźnym spadkiem notowań Chiraca w sondażach przedwyborczych, które dotychczas nieodmiennie wskazywały na jego zwycięstwo w drugiej turze, mimo że od dawna powszechnie wiadomo, iż jest prawdopodobnie uwikłany w kilka afer korupcyjnych. Podenerwowanie otoczenia Chiraca i kierownictwa RPR powrotem Schullera może w końcu zastanowić wyborców i skłonić ich do uznania, że sprawy zaszły za daleko. Komentatorzy są zgodni, że powrót Schullera przyspieszył rozpoczęcie kampanii wyborczej Chiraca, który pierwotnie chciał się w nią zaangażować dopiero w marcu. Prezydent musi szybko podjąć decyzję dotyczącą strategii: iść nadal w zaparte, zaprzeczać wszystkiemu i unikać zeznań, licząc na to, że liczba afer korupcyjnych w ostatnich latach spowodowała zupełne zobojętnienie opinii publicznej, czy też przyznać się do "paru przykrych błędów" w nadziei, że zostanie nagrodzony za szczerość, otwartość i odwagę? Do tej pory pierwsza strategia była skuteczna. Rewelacje Schullera, a nawet sam rwetes wokół jego osoby, mogą jednak wymóc na Chiracu zmianę postępowania. Teraz każda strategia może zawieść. Były minister spraw zagranicznych Hervé de Charette jest pierwszym politykiem prawicowym, który wyraził publicznie wątpliwość, czy Jacques Chirac zdoła przejść do drugiej tury wyborów prezydenckich.


Więcej możesz przeczytać w 8/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0