Chleb powszedni

Chleb powszedni

W zbiorowej wyobraźni funkcjonuje kilka konkurencyjnych wyobrażeń PRL
Zadyszani pospiesznym krzątaniem się wokół problemów dnia codziennego często nie dostrzegamy szerszych zjawisk coraz mocniej zakorzeniających się w naszej rzeczywistości. Blaknie na przykład spór o przeszłość, do niedawna stanowiący bodaj najważniejszą oś współczesnych podziałów politycznych. Wiele wskazuje na to, że kocioł historii stygnie. Nie chłodzi go uzgadnianie wspólnego poglądu na przeszłość, lecz malejące zainteresowanie opinii publicznej tymi kwestiami. Tak zresztą zawsze w historii bywało, że dramaty starych przegrywały z radościami i kłopotami młodych. Chociaż historyczne emocje są coraz mniejsze, to ciągle daremnie by szukać takiego wizerunku Peerelu, który większość Polaków uznałaby za prawdziwy. W zbiorowej wyobraźni funkcjonuje co najmniej kilka konkurencyjnych wyobrażeń tamtej epoki i każde aspiruje do miana wzorca poprawności. W najskrajniejszej wersji PRL to kraj totalitarnej despotii, zniewalającej wszystkich i wszystko, nie tolerującej nawet najskromniejszych enklaw wolności. W antytezie tego obrazu Polska Ludowa jawi się niemalże jako kraina powszechnej szczęśliwości, w której pewne ograniczenia swobód politycznych z nawiązką były rekompensowane przez socjalne bezpieczeństwo i brak największych dzisiejszych plag, takich jak bezrobocie i dojmujące ubóstwo milionów obywateli. Identyfikowanie się z jedną z tych wizji w znacznej mierze wiąże się z doświadczeniami osobistymi. To zrozumiałe, że inaczej patrzą na PRL dawny działacz demokratycznej opozycji oraz chłopskie dziecko, cały swój życiowy awans zawdzięczające ówczesnemu systemowi edukacyjnemu. Wolni od tych ograniczeń są historycy, zwłaszcza młodego pokolenia, którzy obraz Peerelu rekonstruują na podstawie mozolnych kwerend źródłowych, a nie stanu osobistej pamięci. Posługują się oni arsenałem wielce skomplikowanych metod pozwalających na odtwarzanie rzeczywistego biegu wydarzeń. Jak interesujące bywają ich ustalenia, przekonuje opublikowana ostatnio przez wydawnictwo Trio monografia "Przebudować człowieka", poświęcona peerelowskim próbom przebudowy zbiorowej mentalności. Najciekawsza część książki traktuje o propagandzie dla najmłodszych w latach 1948-1956, pojmowanej jako instrument stalinowskiego wychowania.Kończąc tę pasjonującą lekturę, trudno się oprzeć wrażeniu, że i profesjonalni badacze nie są całkowicie impregnowani na jednostronne postrzeganie badanej epoki. Jest to przede wszystkim konsekwencją stanu bazy źródłowej, z której korzystają. Autorka zajmująca się stalinowską indoktrynacją wykorzystała wyłącznie oficjalne materiały wytworzone przez różne instytucje PRL. Wyłonił się z nich obraz piekielnej maszynerii, całkowicie obezwładniającej młodego człowieka.Tak naprawdę ta maszyneria funkcjonowała wyłącznie na papierze, wypełnionym dyspozycjami władz, wzorcowymi materiałami propagandowymi oraz "rytualnymi" tekstami prasowymi. Normalne życie toczyło się swoimi koleinami i z oficjalną ortodoksją niewiele miało wspólnego. Codzienną strawą duchową dziecka były treści przekazywane w rodzinie i lokalnej społeczności, znacznie częściej ufającej miejscowemu proboszczowi niż sekretarzowi partii. Komunistyczna indoktrynacja przypominała co najwyżej przyprawy stawiane na stole przez natrętnych kelnerów reżimu, w ogóle nie używane podczas codziennych posiłków.
Przywołana tu młoda autorka bez wątpienia dała się zwieść jednostronnie dobranej bazie źródłowej. Z bardzo bogatego menu wychowawczego lat 1948-1956 dostrzegła tylko pikantne i niestrawne reżimowe przyprawy, które pokazane jako wyłączna strawa duchowa, muszą przyprawiać o zgrozę nie mniejszą niż obiad złożony wyłącznie z pieprzu, soli i chilijskich papryczek. Tak naprawdę poznamy Peerel dopiero wówczas, kiedy dotrzemy do tego, co dla milionów ludzi było chlebem powszednim, a nie oficjalnym mistyfikowaniem rzeczywistości.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2002
Więcej możesz przeczytać w 8/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0