Państwo na Żuławach

Państwo na Żuławach

Dodano:   /  Zmieniono: 
Miał rację Friedrich von Hayek, noblista w dziedzinie ekonomii, gdy w "Drodze do zniewolenia" (1944 r.) pisał: "Najbardziej niebezpieczną manifestacją zamętu, który grozi zniszczeniem naszej cywilizacji, a przy tym cieszy się największym poważaniem, jest socjalizm. Socjalizm upoważnia państwo do kradzieży cudzego dochodu i jeszcze czyni z tego cnotę".
Po prawie sześćdziesięciu latach niewiele się zmieniło, nawet jeśli socjalizm współczesny, czyli etatyzm, skrywa się pod eufemistyczną nazwą trzeciej drogi. "Współczesna linia podziału nie biegnie już między kapitałem a pracą, ale między grupami zainteresowanymi liberalizacją gospodarki, konkurencją i wolnym rynkiem a grupami zainteresowanymi etatyzmem i ograniczeniem swobody działania mechanizmów rynkowych" - napisał prof. Witold M. Orłowski (vide: "Międzynarodówka trzeciej drogi"). Jak zauważa prof. Leszek Balcerowicz, państwo rozporządzające cudzym dochodem po prostu go marnuje: na każdego dolara zwiększonych wydatków publicznych przypadały w USA ponad dwa dolary społecznego kosztu (vide: "Wydatki kosztują").
Najgorsze jest to, że państwo, które raz uzależniło się od wydawania cudzych pieniędzy, zachowuje się jak narkoman biorący coraz większe dawki narkotyków. I wówczas państwo potrafi robić tylko jedno - podnosić podatki. Formalnie w Polsce podwyżek ostatnio nie było, a jednak tegoroczne podatki mogą być wyższe aż o 30 proc. W efekcie będziemy płacić podatki wedle stawek 25 proc., 39 proc. i 52 proc. (vide: "Podatek Millera").
Państwo przejmujące i wydające nasze dochody wręcz zachęca do postaw roszczeniowych. Dlaczego nie żądać 35-godzinnego tygodnia pracy, mieszkania, samochodu i telefonu dla każdej rodziny, komputera dla dzieci i autostrad dla kierowców? - mogą się zastanawiać ci, których państwo łudzi opiekuńczością. Protestujący w Stoczni Gdynia robotnicy są tylko ofiarami mitu państwa opiekuńczego, którym Polska przed 1989 r. nigdy nie była. Protestują, bo w ich firmie obowiązują zasady ekonomii, narażeni są więc na ryzyko utraty pracy. Po prostu często walczą o byt, tak jak walczy o byt sama stocznia. A wokół, w państwowych przedsiębiorstwach i tzw. budżetówce, kwitnie antyekonomia: w razie potrzeby państwo wyciąga zaskórniaki z kieszeni i podtrzymuje żywot deficytowych firm. Mamy więc realia 2002 r. i strajk rodem z poprzedniej epoki (vide: "Strajk antysolidarnościowy").
Najsmutniejsze jest to, że wielu dziennikarzy relacjonujących strajk i liczni politycy komentujący wydarzenia w stoczni w ogóle nie dostrzegli, iż jest to prywatna firma, która musi sprostać ogromnej konkurencji. Konkurencji tym dotkliwszej, że u nas wskaźnik produktywności i koszty pracy w przemyśle stoczniowym są pięciokrotnie niższe niż na Zachodzie. Janusz Szlanta, prezes Stoczni Gdynia, ma zatem problem nie tyle ze zwolnieniem kilkuset pracowników, ile z utrzymaniem miejsc pracy dla prawie 9 tys. osób. Szlanta nie może płacić 7 mln zł rocznie za zupy z wkładką, bo potem ci, którzy te zupy otrzymują, będą chodzić po darmowe zupki do Caritasu.
Socjalizm - powiada von Hayek - obezwładnia ludzi, przestają walczyć o byt, bo pewien standard otrzymują z rozdzielnika. A kiedy nie ma mobilizacji i motywacji, zaczynają się problemy. Wbrew pozorom, trudne warunki pozwalają ludziom sprawnie funkcjonować, bo muszą oni co chwila rozwiązywać nowe problemy. Socjalistyczne ciepełko działa zupełnie odwrotnie. Czy częściowo nie tłumaczy to faktu, że do najszybciej się rozwijających w Polsce chorób należy obecnie depresja (vide: "Rak duszy")? A może polskie państwo, podobnie jak obywatele, jest jedną wielką depresją?
Różne objawy depresji występują u co czwartego Polaka. To poważne ostrzeżenie dla nas wszystkich: wkrótce polskie społeczeństwo może być bowiem podzielone nie na zwolenników liberalizmu i zwolenników etatyzmu (prawa do cudzego dochodu), lecz na chorych na depresję i tych, których ta choroba jeszcze nie dopadła. Nie mnóżmy więc przynajmniej czynników sprzyjających depresji, tym bardziej że na służbę zdrowia nie do końca możemy liczyć (vide: "Leczenie kłamstwem"). Nie mnóżmy czynników depresjogennych nawet w takiej dziedzinie jak sztuka. Bo jak nie mieć czarnych myśli, gdy Czesław Miłosz powiada, że "w Polsce to, co nudne, uważa się za atrakcyjne artystycznie" (vide: "Jestem antymodernistą").
Więcej możesz przeczytać w 9/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0