Kolorowy american dream

Kolorowy american dream

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czarnoskóry Anthony Scott jako nastolatek całymi dniami grał w uliczną odmianę baseballu - bez rękawicy i o wiele mniejszą piłką
Afro-Amerykanin prezydentem Stanów Zjednoczonych?

Boiskiem był zapuszczony parking Roebuck w biednej dzielnicy Chicago, West Side. Dzisiaj trzydziestopięcioletni Scott mieszka dokładnie w tym samym miejscu, tyle że w trzypoziomowym domku z ogródkiem za 300 tys. USD. Jego sąsiadami są setki młodych profesjonalistów. West Side stała się ekskluzywną dzielnicą z multikinem, centrum handlowym, kliniką i - co najważniejsze - ambitnymi planami rozbudowy. Anthony?ego i Elaine Scottów stać na mieszkanie w samym jej sercu, przy Homan Square, dzięki ciężkiej pracy i nowym możliwościom zrobienia kariery otwierającym się przed Afro-Amerykanami.

Przepustka do kariery
Scott w ciągu szesnastu lat awansował z sortownika poczty w głównym banku Chicago Northern Trust (NT) na menedżera dużego oddziału NT. Na ile przyczyniła się do tego wieloletnia akcja polegająca na przyznawaniu preferencji za kolor skóry? Podczas ubiegłorocznej konwencji republikanów sam sekretarz stanu Colin Powell otwarcie przyznał, że wiele jej zawdzięcza. Podobnie wypowiadał się Roy Roberts, wicedyrektor General Motors Co. "Pracodawcy przestrzegali prawa i musieli zatrudniać odpowiedni odsetek czarnych - nie z miłości do nas, ale żeby utrzymać rządowe granty. W końcu biali dostrzegli, że czarni też są utalentowani i wykształceni i zasługują na to, by zasiadać przy stole, przy którym zapadają najważniejsze decyzje" - wspomina początki swej kariery Roberts. Dzisiaj jest szefem oddziału Pontiaca w General Motors i zarządza firmą wartą 20 mln USD.

"I had a dream"
Sytuacja ciemnoskórych Amerykanów w ostatnich latach zdecydowanie się poprawiła. Rośnie poziom wykształcenia, dochody i szanse na zdobycie intratnej posady. Czarni bohaterowie Ameryki, jak Michael Jordan, Lauryn Hill, Oprah Winfrey, Condoleezza Rice, Tiger Woods czy Colin Powell, stają się idolami białych dzieci. 83 proc. białych Amerykanów przyznaje, że podziwia Powella, a Jordan jest bożyszczem 69 proc. respondentów.
Od czasów gdy Martin Luther King poprowadził marsz na Waszyngton, powtarzając "I had a dream", liczba czarnoskórych polityków piastujących obieralne urzędy zwiększyła się ponadsześciokrotnie - wynika z danych Połączonego Centrum Studiów Politycznych i Ekonomicznych. Jest ich dzisiaj na różnych szczeblach administracji ponad dziewięć tysięcy.
"Punkty za pochodzenie" nie są już potrzebne. Pod koniec lat 90. rządy stanowe Kalifornii, Teksasu i Waszyngtonu zaaprobowały pod wpływem nacisków organizacji obrońców praw czarnoskórych propozycję zniesienia obowiązku zatrudniania odpowiedniego odsetka Afro-Amerykanów. Sami czarnoskórzy pytani o przyczyny swoich sukcesów, akcję wymieniają zwykle dopiero na piątym miejscu - po boomie gospodarczym, ciężkiej pracy, pomocy lokalnych i przykościelnych organizacji i polityce administracji Clintona.

Afroguru biznesu
O kolejnych sukcesach czarnych jest coraz głośniej, tymczasem liderzy wielu grup walczących o ich prawa wciąż gardłują o ciężkiej sytuacji Afro-Amerykanów. - Oskarżanie wszystkich o rasizm przyniosło bardzo dobre efekty społeczne i polityczne. Tamta epoka się skończyła, ale niektórzy czarnoskórzy przywódcy nadal przemawiają w katastroficznym tonie - mówi prof. Orlando Patterson z Uniwersytetu Harvarda, socjolog mniejszości. - Czarni świetnie sobie radzą, choć nie tak dobrze jak biali - uważa Sharon Collins, socjolog z Uniwersytetu Illinois w Chicago. Firmy czarnych nie są gigantami. Łączne zyski stu największych z nich wyniosły w 1996 r. 14,1 mld USD. Co oznacza, że razem znalazłyby się one raptem na 83. miejscu w rankingu Fortune 500. Ale i tak postęp, jaki dokonał się w ciągu trzech dziesięcioleci, jest ogromny. "Nie ma wątpliwości co do tego, że grupa czarnych guru biznesu jest największa w dziejach" - uważa Richard D. Parsons, niedawno powołany na dyrektora generalnego AOL Time Warner Inc.

Colin Powell - nowy Martin Luther King?
Czarnoskórzy Amerykanie potrzebują przywódców nowej generacji, z charyzmą, a nie tylko "wielkimi ustami", jak określa się Jesse Jacksona, pastora, który wciąż kontynuuje walkę o rasowe równouprawnienie w "rewolucyjnym" stylu sprzed 40 lat. Zmęczeni jego retoryką i chęcią do pokazywania się w świetle reflektorów Afro-Amerykanie czekają na kogoś, kto poprowadzi ich jeszcze dalej, poza sferę osiągniętych już zdobyczy. Kto wskaże, jak osiągać to, o czym bardziej zapalczywi działacze krzyczą podczas demonstracji i akcji politycznych. Nawet w okręgach zdominowanych przez kolorowe mniejszości fotel burmistrza albo gubernatora zdobywa często jedyny biały kandydat, bo inni podczas kampanii skaczą sobie do oczu. Na razie tylko ceniony przez wszystkich Colin Powell potrafi dać przykład konstruktywnego działania. Wprawdzie zaprzeczył pogłoskom o chęci walki o fotel prezydenta, ale nie byłby bez szans, skoro w roli sekretarza stanu zaakceptowało go aż 87 proc. Amerykanów.

Więcej możesz przeczytać w 10/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0