Urodzaj na fałszywych proroków

Urodzaj na fałszywych proroków

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wielcy tego świata najczęściej nie byli dobrymi prorokami. Dotyczy to także ekonomistów
Nie tak dawno pisałem na tych łamach o jednym z licznych w naszych czasach fałszywych proroków ekonomii, byłym doradcy prezydenta Clintona, autorze bezsensownej książki "Koniec pracy". Dziś najwyraźniej panuje moda na katastrofizm. Niedawno wyczytałem we "Wprost" kolejne katastroficzne proroctwo - i to jeszcze bardziej utytułowanego ekonomisty. Paul Samuelson, laureat Nagrody Nobla z ekonomii, przepowiada najgłębszą recesję od czasu wielkiego kryzysu w 1929 r. A może i większą niż wówczas, bo z porównań Samuelsona wynika jednoznacznie, że skala nierównowagi - zwłaszcza na giełdzie - jest obecnie znacznie większa.
Tym nerwowym, którzy już zaczynają myśleć gorączkowo, jak sprzedać dom czy mieszkanie, samochód, akcje na giełdzie itp., aby kupić płacheć ziemi i szałas w Bieszczadach w celu przeczekania katastrofy, radzę zachować spokój. Przynajmniej do końca felietonu. Doświadczenie bowiem uczy, że wielcy tego świata, w tym także wielcy ekonomiści, najczęściej nie byli dobrymi prorokami. Sam Samuelson ma zresztą "zabagnioną hipotekę" pod tym względem. Wśród ekonomistów zajmujących się komparatystyką, a wcześniej sowietologią, Samuelson jest przywoływany raczej jako pouczający przykład fałszywych proroctw niż autorytet. Sprawa jest warta przedstawienia szerszemu audytorium, choćby jako przestroga.
Od czwartego bodaj do ósmego wydania fundamentalnego podręcznika ekonomii Samuelsona w rozdziale o systemach ekonomicznych autor opisywał w wielkim skrócie cechy charakterystyczne gospodarki centralnie planowanej, podkreślając wewnętrzną spójność mechanizmu planistycznego i korzyści planowania produkcji. Na dowód sprawności systemu sowieckiego podawał w końcu lat 50. czy też na początku 60. wykres pokazujący początkową różnicę produktu krajowego między USA i Sowietami, a następnie dwie krzywe odpowiadające różnemu tempu wzrostu PKB w obu krajach. Ponieważ tempo wzrostu gospodarki sowieckiej, zgodnie z wykorzystywanymi przez Samuelsona oficjalnymi rocznikami statystycznymi ZSRR, było wyraźnie wyższe niż tempo wzrostu gospodarki amerykańskiej, więc w jakimś roku w przyszłości krzywe się przecinały. Wtedy to świetnie zorganizowana gospodarka sowiecka miała przegonić amerykańską, w której interwencje państwa tylko łagodziły cykliczne fluktuacje rynku.
W pięciu wydaniach podręcznika Samuelsona - prawie tak samo jak wedle oficjalnej komunistycznej propagandy - gospodarka sowiecka miała obgonit? i pieriegonit? gospodarkę amerykańską. Autorowi nie można było zarzucić, że nie aktualizował danych. W każdym wydaniu Samuelson zmieniał... datę przecięcia się krzywych, przenosząc ją na coraz późniejszy rok. Rzeczywistość bowiem ani rusz nie chciała się zgodzić z obliczeniami sławnego teoretyka i punkt startowy, tzn. aktualna wielkość PKB obu krajów, wcale nie wykazywał zmniejszania się dystansu między USA i ZSRR. Zgodnie z zasadą, że jeśli teoria nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów, Samuelson przez ćwierć wieku oczekiwał prześcignięcia Stanów Zjednoczonych przez Sowiety. W tym czasie stawało się coraz bardziej jasne, że o żadnym prześcignięciu mowy być nie może, a bardziej realistyczni analitycy wyraźnie pisali o zwiększaniu się dystansu rozwojowego.
Być może pod presją realiów, a być może dlatego, że kolejne wydanie podręcznika było już wspólne z Williamem Nordhausem, budzący coraz większe rozbawienie wykres zniknął wreszcie z podręcznika. W dziewiątym - zdaje się - wydaniu (z 1989 r.), a więc dopiero z roku upadku komunizmu!, w rozdziale o systemach ekonomicznych Samuelson porzucił ideę "doganiania
i przeganiania". W podręczniku pojawiła się też krytyka, umiarkowana zresztą, niewydolności scentralizowanej gospodarki komunistycznej.
Wybitny noblista jest wyjątkowo wdzięcznym obiektem żartów, ale 
- przyjdźmy mu w sukurs, rozkładając odpowiedzialność także na innych - nie jest jedynym fałszywym prorokiem. Najwybitniejszy amerykański ekonomista okresu międzywojennego Irving Fisher stwierdził 17 października 1929 r.: "Wygląda na to, że ceny akcji osiągnęły permanentnie wysoki poziom". Współtwórca klasycznej teorii pieniądza wydał ten sąd dokładnie tydzień przed czarnym czwartkiem - 24 października gwałtowne załamanie się cen akcji zapoczątkowało wielki kryzys lat trzydziestych...
Prestiżowe Harwardzkie Towarzystwo Ekonomiczne publikowało w tym samym czasie w swoim tygodniowym biuletynie pocieszające informacje. Kilka tygodni po czarnym czwartku pisano, że ostra depresja, jak ta z lat 1920-1921, nie jest nawet prawdopodobna. Towarzystwo karmiło czytelników optymizmem przez następny rok, prognozując m.in. w listopadzie 1930 r. zahamowanie spadku produkcji w 1931 r. i ożywienie gospodarcze. Na początku 1931 r. w związku z pogłębiającym się kryzysem i brakiem pieniędzy Harwardzkie Towarzystwo Ekonomiczne przestało wydawać cytowany biuletyn.
Nie będę się ograniczać do Ameryki i przejdę na nasze podwórko. Pominę ekonomistów gospodarki centralnie planowanej, prorokujących "na rozkaz" świetlane perspektywy, potem dostatnie życie (na kredyt), a wreszcie - w okresie powolnego upadku, czyli w latach 80. - rychłe wyjście z dołka. Znacznie lepiej zajmował się nimi "Pod Egidą" Janek Pietrzak.
Chciałbym natomiast przypomnieć jeszcze jednego, zabawnego z powodu naiwności graniczącej ze ślepotą, proroka ekonomistę. Chodzi mi o Oskara Langego, któremu w czasach komunizmu raczej skąpiono w kraju rozgłosu, ponieważ międzynarodową sławę zyskał on jako teoretyk tzw. socjalizmu rynkowego. Dziś możemy się śmiać z obu teoretycznych wspaniałości, ale władze komunistyczne uważały socjalizm rynkowy za wrogą ideologicznie, rewizjonistyczną alternatywę uprawianego u nas socjalizmu centralistycznego i wolały na wszelki wypadek utopić go w morzu milczenia.
Lange niedługo przed śmiercią (umarł w połowie lat sześćdziesiątych) w prywatnej korespondencji z zachodnimi przyjaciółmi stwierdził, że już niebawem Zachód będzie musiał wznieść "żelazną kurtynę", aby robotnicy zachodnioeuropejscy nie zorientowali się, że wschodnioeuropejscy koledzy prześcigają ich pod względem zarobków. Nic dodać, nic ująć. Dla podkreślenia nonsensowności tego proroctwa warto młodszym generacjom przypomnieć, co to była za epoka. W Polsce rządził lokalny despota, siermiężny Gomułka, a beznadziejność tych czasów oddaje nie tylko ich przytłaczająca szarość, ale także rodzaj sukcesów, którymi wówczas chwalono się przed rodziną i znajomymi. "Odrzut z eksportu" - czyli coś, czego nie chcieli niezamożni konsumenci na Zachodzie (zamożnym nie mieliśmy do zaoferowania żadnych produktów) - był szczytem marzeń Polaka i Polki, wędrujących po mieście z nieodłączną torbą "anużką". Anużką, bo a nuż coś rzucą do sklepu i wtedy siatka będzie jak znalazł. Bywały lata, w których wielkim sukcesem było zdobycie paczki kawy, nie najlepszego zresztą gatunku. W przodującym Kraju Rad jeszcze kilka lat wcześniej dobrem trwałego użytku posiadanym przez obywatela był najczęściej... zegarek.
Fałszywe proroctwa biorą się zazwyczaj z wiary, która ponoć czyni cuda. Taka żarliwość wiary we własne poglądy rzeczywiście może spowodować swoisty cud. Cud zaniku chęci obserwacji świata. Bez kontaktu z nieprzyjemnymi faktami wielcy tego świata czują się znacznie lepiej, zyskują bowiem upragnioną swobodę wygłaszania opinii.

Więcej możesz przeczytać w 10/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0