Liberalny skok Europy

Liberalny skok Europy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jak dogonić Amerykę? - to dziś główny problem Unii Europejskiej
 

[ Dwa brzegi atlantyku ] Europa potrzebuje liberalnego pchnięcia - zadeklarowali przywódcy państw Unii Europejskiej w Barcelonie, którzy wreszcie zrozumieli, że Staremu Kontynentowi potrzebna jest "eureaganomika", czyli liberalny kurs w duchu Ronalda Reagana. Tony Blair, José Maria Aznar i Silvio Berlusconi wiedzą już, co zrobić. Ich hasło brzmi: "Liberalizacja, głupcze!". Wątpliwości nie ma też prezydent Francji Jacques Chirac, który w Barcelonie wielokrotnie powtarzał: "Trzeba zbudować model europejski!".
Hiszpania i Włochy zdecydowały się pójść śladem najbardziej liberalnego kraju europejskiego - Wielkiej Brytanii. Stopa bezrobocia jest tam niższa niż po drugiej stronie kanału La Manche. Hiszpanom udało się zmniejszyć ogromne (23 proc.) bezrobocie o połowę. Ich kraj rozwija się dziś szybciej niż Francuzów czy Niemców - m.in. dlatego, że konserwatywny rząd Aznara zdecydował się zliberalizować kodeks pracy. Dla niego ustalenia agendy lizbońskiej to warunek dalszego rozwoju. W podobnym tonie wypowiedział się w Barcelonie premier Leszek Miller: "Polski rząd korzystał z tych inspiracji, przygotowując swoją strategię gospodarki".
"Wielu Europejczyków lubi myśleć o swoim kontynencie jako o supermocarstwie. Ale gdy porównamy go ze Stanami Zjednoczonymi, okazuje się, że Europa wygląda jak maruder" - twierdzi Edward Bannerman z londyńskiego Centrum na rzecz Reformy Europejskiej. W latach 1990-2000 unia tylko raz zdołała osiąg-nąć wzrost gospodarczy powyżej 3 proc. Po drugiej stronie oceanu zaś tylko w jednym roku osiągnięto niższy wskaźnik rozwoju niż 3 proc. Obecnie PKB unii to zaledwie dwie trzecie produktu USA. To największa przepaść od lat 60.
Panaceum na tę sytuację miała być realizacja postanowień szczytu UE w Liz-bonie w marcu 2000 r. Przywódcy piętnastki przyjęli wtedy program na następne dziesięciolecie, a ich strategia miała uczynić Europę konkurencyjną i dynamiczną. Deklaracje były optymistyczne, fakty - mniej. - Dwuletnie doświadczenia nie potwierdzają wielkiego sukcesu unii w realizacji postanowień z Lizbony. Pomysł był dobry, ale trzeba się zastanowić, co robić, by przynosił efekty - przyznał Włodzimierz Cimoszewicz w drodze na szczyt do Barcelony. Zgodnie z zamierzeniami z Lizbony, do 2010 r. w Europie ma przybyć 20 mln miejsc pracy. Udało się wprawdzie zrobić mały krok w tym kierunku, ale małymi krokami nigdy nie uda się dogonić Stanów Zjednoczonych.
Testem na liberalne pchnięcie Europy ma być decyzja o otwarciu rynku energetycznego. W Barcelonie osiągnięto pewien postęp w tej dziedzinie. "Rok temu nie było szansy na jakąkolwiek zgodę. Dlatego mamy powody do zadowolenia" - powiedział Rodrigo Rato, hiszpański minister finansów. Francja zgodziła się na częściową liberalizację, ale przypomina o agendzie socjalnej. Tymczasem to właśnie wysokie koszty pracy najbardziej różnią europejski i amerykański rynek pracy.
Rozszerzona UE będzie miała 500 mln mieszkańców, czyli więcej niż USA i Japonia razem wzięte. "To ogromna szansa, ale i wielkie wyzwanie" - podkreślał Blair w Barcelonie. Hiszpanie nie bez powodu wybrali na hasło swej prezydencji: "Więcej Europy". Nadal jednak nie wiadomo, jakiej Europy. Zetatyzowanej, produkującej tony raportów, które w znikomym stopniu są wprowadzane w życie? Czy też liberalnej, konkurencyjnej i dynamicznej? Wybór ten dotyczy także Polski, która wraz z innymi krajami kandydackimi po raz pierwszy uczestniczyła w szczycie UE.

Więcej możesz przeczytać w 12/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0