Eksport mentalności

Eksport mentalności

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kontakty z przedstawicielami innych kultur bywają burzliwe, ale przy ich okazji można się wiele nauczyć
Kiedy japoński koncern samochodowy Toyota postanowił zbudować fabrykę na północy Francji, dyrekcja dopilnowała, by przy budowie zastosowano wszystkie najsurowsze normy antysejsmiczne obowiązujące w Japonii. Na widok tak wielkiej troski o załogę i cenny sprzęt zaczynamy nieomal pragnąć, aby ziemia w tej okolicy zechciała chociaż troszeczkę się zatrząść. W przeciwnym razie trzeba będzie uznać, że Japończycy wyeksportowali nie tylko swój kapitał i umiejętności, ale także swoją mentalność i myślowe stereotypy.
Zauważmy jednak, że nie są w tym odosobnieni. Wszystko się teraz umiędzynarodawia i globalizuje, a więc coraz częściej się zdarza nie tylko powstawanie zakładów należących do zagranicznych firm i kierowanych przez ekipy ściągnięte z zewnątrz, ale i mianowanie cudzoziemców na kierownicze stanowiska w firmach francuskich. Firmy te mają międzynarodowy zasięg działania, a zatem nie ograniczają się do zatrudniania wyłącznie Francuzów. Takie sytuacje najczęściej prowadzą jedynie do drobnych incydentów, ale niekiedy kończy się poważniejszym iskrzeniem na styku dwóch kultur i mentalności, a czasami współpraca jest wręcz niemożliwa. Japończycy są akurat postrzegani jako egzotyczni, ale nieszkodliwi. Obawiano się, że będą próbowali przekształcić francuskich pracowników w mrówki, narzucając im piekielny rytm pracy - ale i tak nie mogą narzucić większego rytmu, niż pozwala francuskie ustawodawstwo. Na razie słyną więc z norm antysejsmicznych.
Równie schematyczni potrafią być Amerykanie - przy czym niektórzy z nich wywołują tym trzęsienia ziemi, przed którymi nie są ich w stanie uchronić nawet najdoskonalsze japońskie systemy antysejsmiczne. Jeden z amerykańskich szefów wygłosił do załogi francuskiej filii, którą właśnie obejmował, następującą kwestię: "Teraz będziecie musieli pokazać, co potraficie. Nie wszyscy wsiądą do pociągu. Połowa zostanie na peronie". Rezultat był jednak taki, że to on musiał wysiąść z pociągu: nazajutrz po tym przemówieniu zakład stanął z powodu strajku? Amerykanie przesadzają często także w drugą stronę: przenoszą na grunt francuski zwyczaj mówienia per ty i poufałego poklepywania po ramieniu, co samo w sobie może być nawet sympatyczne, ale doprowadza do szału francuskich związkowców obawiających się, iż załoga posądzi ich o największą zbrodnię, jakiej może się dopuścić francuski związkowiec: o kolegowanie się z dyrekcją.
Z Brytyjczykami francuskie kadry mają jeszcze inny problem. Francuzi są przyzwyczajeni do ściśle hierarchicznego, nieomal feudalnego trybu działania przedsiębiorstw. Całkowicie wytrącają ich z równowagi szefowie brytyjscy, którzy cenią pracowników zdolnych do kwestionowania pomysłów przełożonych, dyskutowania nad nimi i wskazywania ich słabych punktów. Tygodnik "L?Express" cytuje zwierzchnika przedstawicielstwa Rolls-Royce?a we Francji, który powiada: "Płacimy naszym menedżerom za branie na siebie odpowiedzialności. Oczekujemy od nich wykazywania inicjatywy, a nie tego, że będą co pięć minut przychodzić po instrukcje". W zakładach kierowanych przez Niemców bywa odwrotnie: nie oczekują żadnej inicjatywy, tylko narzucają własną, zajmując stopniowo wszystkie stanowiska kierownicze i doprowadzając do tego, że wszelkie decyzje zapadają w centrali w Niemczech.
Kontakty z przedstawicielami innych kultur i narodowości bywają więc burzliwe, ale przy ich okazji można także wiele się nauczyć i sporo podpatrzyć. Francuzów szokuje na przykład, że kiedy Amerykanie zapraszają na zebranie, to określają od razu nie tylko godzinę jego rozpoczęcia, ale i zakończenia.
A przecież to świetny pomysł, sprzyjający zwięzłości wypowiedzi i staraniom o szybkie dojście do wspólnych wniosków, zniechęcający zaś do tracenia czasu na luźne dywagacje i "lanie wody". Poza tym takie kontakty to okazja do zadania sobie pożytecznego pytania, dlaczego inni są inni. "Przesadnie poufała postawa Amerykanów - pisze L?Express - ma źródło w modelu stworzonym przez ich przodków. Każdy z amerykańskich pionierów musiał sobie zapewnić poparcie drugiego. Zatem w USA już od najmłodszych lat uczy się bycia otwartym i przystępnym oraz publicznego występowania z uśmiechem. To dlatego Amerykanie często wydają nam się dużymi dziećmi. A domniemany brak stałości i konsekwencji w zachowaniach Anglików? Tu też trzeba się przyjrzeć ich mentalności. Dla nich nigdy nic nie jest uzgodnione raz na zawsze. Po podjęciu decyzji jest zatem nie tylko możliwe, ale wręcz zalecane, by lepiej ją dostosować do realiów".
Płynie stąd oczywiście prosty wniosek, że najlepiej by było, aby każdy wykorzystał przeżycie szoku kulturowego po to, by ściągnąć od drugiego to, co najlepsze. Dopasowanie tego marzenia do realiów może jednak zabrać jeszcze trochę czasu?

Więcej możesz przeczytać w 12/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0