Co pani na to?

Co pani na to?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Środki antykoncepcyjne znów nie znalazły się na liście leków refundowanych. Szklanka wody zamiast trzyma się mocno
Co pani na to? - pytanie, które zazwyczaj służy do podtrzymania banalnej konwersacji, w ostatnich tygodniach niespodziewanie nabrało innych konotacji. Żeby nie powiedzieć - powagi. Rzadziej już dotyczy nowej fryzury Barbary Czajkowskiej, która zresztą w swoich programach z reguły pyta: "Co pan na to?", a częściej zmusza do koncentracji na sprawach zasadniczych.
A wszystko dlatego, że na forum wrócił temat wcześniejszych emerytur dla kobiet, ustawy antyaborcyjnej, a dokładniej - jej nowelizacji, oraz kwestia refundowania zakupu środków antykoncepcyjnych. Z jednego, drugiego i trzeciego na razie nici. Co więc pani na to, że wcześniejsza emerytura uczyni z pani zalegalizowaną żebraczkę? Nie mówiąc już o tym, że jeszcze rok temu robiono sobie żarty z tych spośród nas, które przestrzegały przed ubóstwem wynikającym z wcześniejszego zawieszenia zawodowej aktywności.
Co pani na to, że restrykcyjna ustawa aborcyjna nie będzie w najbliższym czasie liberalizowana? Zresztą co się tu dziwić, skoro nie po raz pierwszy okazało się, że w świecie męskiej polityki są ważniejsze sprawy do uregulowania niż te tzw. kobiece. Zapytam w takim razie o coś innego: co pani na to, że środki antykoncepcyjne po raz kolejny nie znalazły się na liście leków refundowanych? Szklanaka wody zamiast trzyma się mocno. Przeciwnicy - ale pal ich licho! - gorsze, że przeciwniczki jakichkolwiek zmian w tym względzie okopały się już na ortodoksyjnych barykadach i zaczęły strzelać argumentami poniżej pasa. W czyim kierunku padają kule? Setek tysięcy kobiet, które każdego miesiąca z niepokojem czekają na wiadomość od natury: jestem w ciąży czy nie? Nie idzie tu o panie, które zrezygnowały z macierzyństwa dla kariery, ale o te, które nie mogą sobie pozwolić na ciążę. Nie w imię egoistycznego modelu życia, lecz ze strachu przed biedą, mężem tyranem i pogorszeniem stanu zdrowia. Są wśród nich także te, które mają już dzieci i nie chcą mieć następnych. Mają do tego prawo? Kobiety, których nie stać na antykoncepcję, a które w skuteczność małżeńskiego kalendarzyka dawno przestały wierzyć.
Niedawno w "Kropce nad i" wystąpiła porażająca ideologicznym zacietrzewieniem pani profesor i poseł LPR zarazem - Urszula Krupa. Ta dojrzała, przystojna i - jak sama o sobie mówiła - starannie wyedukowana kobieta z szybkością karabinu maszynowego wyrzucała z siebie poglądy, które mogłyby świadczyć o tym, że nie urodziła się kilkadziesiąt, ale co najmniej kilkaset lat temu. Środki antykoncepcyjne powodują raka, szkodzą zdrowiu, antykoncepcja to zło, które otumania kobiety i nie pozwala im zapanować nad własnymi popędami, po co prezerwatywy, skoro AIDS to plaga itd., itd. Te naukowe skamieliny z czasów polowań na czarownice przeraziły mnie nie na żarty, chociaż do strachliwych nie należę. Mimo to mnie, współczesnej grzesznicy, która docenia dobroczynne skutki antykoncepcji, zrobiło się niedobrze, gdy prof. Krupa przekonywała, że kobieta to nie tylko ciało, ale także głowa.
Po wysłuchaniu tyrad, niestety nieskutecznie przerywanych przez pozostałe dyskutantki, nie mam wątpliwości: najgroźniejsza jednostka chorobowa, której trzeba wydać bezpardonową walkę, to seks. Co na to pan Krupa? Niestety, nie wiadomo.
Zdziwiło mnie, że obecne w studiu Wanda Nowicka i Izabela Jaruga-Nowa-cka umożliwiły swojej współtowarzyszce wypowiadanie tych absurdów. Dużo było hałasu i momentami rozbawienia, które potwierdzały niebezpieczny i stale żywy stereotyp - że tak właśnie rozmawiają z sobą kobiety. Pani Krupa w jakimś sensie osiągnęła swój cel. Co pani na takie babskie gadanie? Tyle że tu nie chodzi o kuriozalne poglądy Krupy, ale dramaty kobiet pozostawionych samym sobie. To dramat, nie burleska.
Ostatnio coraz częściej zasiadam przed telewizorem, żeby obejrzeć pogram "Co pani na to?". Lubię słuchać, co mają do powiedzenia kobiety, które mają coś do powiedzenia. I dlatego nie przeszkadza mi to, że program z samymi tylko kobietami może się wydawać nieco egzotyczny. Zwłaszcza z feministycznej perspektywy. Emancypacja dała mi jednak poczucie własnej wartości i wcale nie irytuje mnie, że poza prowadzącym we wspomnianym programie nie ma innego pana.
Zgodnie z logiką wydarzeń i tu nie zabrakło tematu świadomej antykoncepcji. Z przyjemnością słuchałam świetnej, konkretnej, niezapiekle ideologicznej, a dzięki temu wiarygodnej Magdaleny Środy. Wyglądała jak kobieta i mówiła jak kobieta, która dla dobra spraw wyższych odrzuca na bok emocje. Szczerze żałowałam, że w studiu, w którym Krupa straszyła seksem, nie było Środy. Wtedy z pewnością pani profesor dostałaby wreszcie dowód na to, jaką siłę rażenia może mieć rozum.
Co pani na to, że ręka doradcy premiera omsknęła się w dół z pani pleców? - pytają dziennikarze ofiarę sił grawitacji, czyli znaną już dziś z imienia i nazwiska tłumaczkę. Jej odpowiedź znamy i doprawdy nie wiem, czego się spodziewano. Że powie, że była molestowana? Że zażąda odszkodowania za szkody moralne? Nie zrobiła tego i na tym jej sprawa się kończy. Kończy. Bowiem również w temacie molestowania należy przestrzegać reguł gry. Jeśli kobieta mówi, że nie czuje się molestowana - nawet jeśli mówi tak, bo nie chce lub nie może powiedzieć nic innego - należy dać jej święty spokój. W przeciwnym razie naprawdę stanie się ofiarą. Również naszego molestowania. I co pani na to?
Więcej możesz przeczytać w 13/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0