Sześć świeżych jaj

Sześć świeżych jaj

Mężczyźni są kiepskimi telewidzami - nerwowymi, nieuważnymi, poszukującymi, niestałymi
Fachowcy od reklamy przygotowali niedawno symulację idealnych kampanii promujących kosmetyk dla kobiet i dla mężczyzn. Okazało się, że wyglądałyby one krańcowo różnie, mimo że w obu wypadkach produkty miały być przeznaczone dla tego samego rodzaju odbiorców: stosunkowo młodych, stosunkowo zamożnych, mających pracę mieszkańców dużych miast. Różniła ich tylko płeć.
W wypadku kobiet przeważająca część budżetu miała być przeznaczona na reklamę w telewizji, poza tym trochę na czasopisma i radio. Na Internet nic. Żeby sprzedać podobny produkt mężczyznom, fachowcy od marketingu proponują zaś skoncentrować się na mediach wizualnych, czyli prasie, Internecie i wielkich ulicznych billboardach, ale.... całkowicie zrezygnować z telewizji. Mężczyźni są bowiem kiepskimi telewidzami - nerwowymi, nieuważnymi, poszukującymi, niestałymi. Nie przywiązują się do cyklicznych pozycji ani seriali, skaczą po kanałach, w czasie przerw na reklamy odchodzą od telewizora. To typowi light viewers, co zdaje się należałoby rozumieć w taki sposób jak słowo "lekkoduch" w odniesieniu do życiowych zachowań człowieka. Czyżby telewizja początku XXI wieku okazywała się niemęską rozrywką? Czyżby telenowele i reality show zrobiły swoje i ostatecznie zniechęciły mężczyzn do małego ekranu?
W tę diagnozę nie chcą wierzyć właściciele malborskiej fabryki makaronów, którzy postanowili powierzyć reklamowanie swoich produktów legendarnej gwieździe kina, włoskiej aktorce Sophii Loren. Wielka Sophia - mój Boże, ile wspomnień, ile westchnień, ile zapierającego dech zachwytu. Na dźwięk jej nazwiska przed oczami pojawiają się obrazy z niezapomnianych filmów: "Czarna orchidea", "Matka i córka", "Małżeństwo po włosku", "Hrabina z Hongkongu", "Szczególny dzień", "Pret-a-Porter". Ideał ognistej, południowej urody, której udało się iść w parze z dumą i godnością. Pamiętam z dzieciństwa, że kiedyś o niej mówiło się u nas Zośka Loren. Teraz chyba trzeba wrócić do tego spolszczenia, skoro gwiazda zwraca się do nas z ekranów telewizorów po polsku: siedzi przy elegancko zastawionym stole, ubrana wieczorowo i gotowa na największe wyzwanie; mówi rozmarzonym głosem: "Sześ świerzi jaj" i kładzie dłoń na wciąż bujnej, rozfalowanej piersi. Przed nią stoi talerz polskiego makaronu z pewnością ugotowanego al dente.
Patrzę na jedną z moich ulubionych aktorek, która przybyła z ziemi włoskiej do polskiej, by nadać szlachectwo naszym kluskom, i zastanawiam się, do kogo zwrócona jest ta telewizyjna reklama. Do kobiet czy do mężczyzn? Z jednej strony, faceci nie patrzą na reklamy na małym ekranie (jak twierdzą spece od marketingu), z drugiej strony, nikt bardziej od nich nie doceni przecież obecności Sophii Loren, nawet jeśli jej urodę określa się już tylko jako ponadczasową. Z jednej strony, to kobiety decydują o tym, co wrzucić do koszyka w supermarkecie (mężowie raczej tylko pchają), z drugiej - to mężczyźni bardziej doceniają łatwość i szybkość przyrządzania makaronu. Na koniec wreszcie zadaję sobie pytanie, co tak naprawdę reklamuje Sophia Loren w malborskim zamku, skoro gdy tylko przestałem wybuchać śmiechem, słysząc "Sześ świerzi jaj", zaraz pobiegłem.... do wypożyczalni wideo, by wziąć na weekend stare dobre filmy z jej udziałem. A na obiad miałem coś zupełnie innego, wcale nie makaron.
Ot i sam potwierdziłem, że faceci są beznadziejnymi odbiorcami telewizyjnych reklam: widzą jedno, a robią drugie. W dodatku tak naprawdę wcale nie widzą, bo oto uświadomiłem sobie, że z całej reklamy zapamiętałem tylko Sophię Loren i nawet nie wiem, jak wyglądał ów makaron, do którego produkcji użyto aż sześciu świeżych jaj.
Podobnie jest z filmami. Pamiętam obrazy, nawet gdy ich fabularny kontekst ulega zatarciu. W pamięci zostają ikony. I taką ikoną jest właśnie Sophia Loren. Szalona, piękna i pełna temperamentu. Widzę ją w filmach i widzę ją na zdjęciu, gdy woli raczej pójść do więzienia niż zapłacić zaległe podatki. Ma charakter! Widzę ją także, jak odbiera Oscara w Hollywood, a cała sala wstaje, by oddać jej honor. A później to ona wręcza Oscara swemu rodakowi, Roberto Benigniemu, za "Życie jest piękne". Widzę i słyszę, jak woła: "Roberto!! La vita e bella!!!". A on biegnie na scenę na przełaj, po oparciach wytwornych foteli. Ona promienieje, on szaleje. Film zasłużył na Oscara, wiedzą o tym wszyscy, a życie jest piękne.
I żeby nie wiem ile jaj dodano do tego makaronu - nawet tyle, że Sophii Loren zabrakłoby palców u obu rąk - i tak jej widok kojarzyć mi się będzie z kinem. Takim niesfornym już jestem telewidzem, ale od kiedy badania królów marketingu wykazały, że mężczyźni są złymi odbiorcami telewizyjnych reklam, wiem, że nie jestem sam. Obiecuję natomiast, że nie napiszę, iż mam przed oczami jeszcze jedną scenę z udziałem Sophii Loren, gdy w filmie "Hrabina z Hongkongu" zaczęło na statku kołysać... Nie napiszę, bo przecież rzecz jest dzisiaj
o jedzeniu.


Okładka tygodnika WPROST: 14/2002
Więcej możesz przeczytać w 14/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0