Chopin - złośliwa małpa

Chopin - złośliwa małpa

Dodano:   /  Zmieniono: 1
"Pragnienie miłości" nie mówi nam niczego nowego o Chopinie - ani jako o kompozytorze, ani jako o człowieku
Tomasz Raczek: Panie Zygmuncie, dawno tak się nie poświęciłem dla pana jak tym razem. Namawiał mnie pan, żebym poszedł na film "Chopin - pragnienie miłości", a ja czułem, że w kinie spotka mnie rozczarowanie. I tak się stało: przeżyłem jedno z najprzykrzejszych doznań, jakie może się przytrafić krytykowi filmowemu. Trudno o bardziej nieudany film.
Zygmunt Kałużyński: Czy uważa pan ten film za nieudany z powodu zafałszowania postaci Chopina, czy z powodu nieprawdziwego pokazania przeszłości kulturalnej, czy też chodzi panu wyłącznie o nie najlepsze aktorstwo?
TR: Myślę przede wszystkim o wartości artystycznej. Na początku był bardzo źle, ze szkolnymi błędami napisany scenariusz. Na jego podstawie zrealizowano źle skonstruowany film, grzeszący nudą, schematyzmem myślowym, bałaganem. Nic więc dziwnego, że aktorzy popadli w chaos i mamy tu wszystkie możliwe błędy: od przeszarżowanych epizodów (np. Wielki Książę Konstanty w wykonaniu Janusza Gajosa) do kompletnego zagubienia się odtwórcy tytułowej roli - Piotra Adamczyka. O reżyserii już nie wspomnę, bo po prostu jej nie widać, jakby Jerzy Antczak, który niegdyś zrealizował przecież m.in. "Noce i dnie", całkiem zapomniał, do czego w filmie potrzebny jest reżyser.
ZK: Pytanie, czy to wszystko nie zostało przypadkiem spowodowane intencją, by pokazać życiorys muzyka będącego świętością narodową w sposób interesujący dla szerokiej publiczności?
TR: Tylko że Chopin wygląda w tym filmie na osobę zupełnie nieinteresującą! Na dodatek niczego nowego o nim się nie dowiadujemy: ani jako o kompozytorze, ani jako o człowieku. Uproszczone klisze tego filmu nie pozwalają zbudować żadnego portretu psychologicznego - ani Chopina, ani George Sand, ani nikogo innego.
ZK: Była tutaj trudna do uniknięcia presja konieczności komercyjnej, bo publiczność życzy sobie oglądać artystę jako męczennika, który cierpiąc, tworzy sztukę. W gruncie rzeczy wszystkie filmy o twórcach przedstawiane są w ten sposób: byli to geniusze, ale nikt ich nie rozumiał; dziewczyny ich nie chciały, bo nie zarabiali dość pieniędzy...
TR: Ale tu jest odwrotnie, panie Zygmuncie: dziewczyna (czyli George Sand) bardzo chce Chopina, za to on sam nie wie, czego chce, więc z braku laku decyduje się na zażyłość z tą francuską pisarką. Zarówno jednak uczucie do niej, jak i manifestowane z rzadka uczucia patriotyczne są pokazane w sposób powierzchowny - tylko głupiec mógłby się na nie dać nabrać.
ZK: W tym filmie występują jednak i wierzby, i bociany, co świadczy o usiłowaniu stworzenia aluzji do patriotyzmu...
TR: ... bardzo powierzchownym i namiastkowym.
ZK: Pytanie jednak, czy można było tego uniknąć, jeśli chce się sprzedać film szerokiej publiczności. Zastawiające jest, że to nie pierwszy film o Chopinie, który pokazuje osiem lat związku artysty z George Sand. Film Żuławskiego, "Błękitna nuta", "Lato w Nohant" Iwaszkiewicza...
TR: ... ale sztuka Iwaszkiewicza przynajmniej była dobrze napisana i skonstruowana. Na jej tle scenariusz filmu "Chopin - pragnienie miłości" jest amatorską wprawką gimnazjalistki.
ZK: Iwaszkiewicz w "Lecie w Nohant" chciał pokazać, że Chopin był wyzyskiwany, a może nawet i zniszczony właśnie przez swoją kochankę. Ale dlaczego ciągle wraca ta historia miłości, która zresztą nie tłumaczy sztuki Chopina? Idzie przecież tutaj o głupie, familijne rozróby emocjonalne, które mogłyby się zdarzyć w każdej rodzinie jakiegoś tam Mordasa czy Kikuta: że ma się pożycie z panią, a ona ma dzieci; dzieci są zazdrosne, wszyscy się kłócą między sobą. Ten fragment życiorysu Chopina zupełnie nie wyjaśnia jego sztuki. I nie może wyjaśnić, bo familia Sand to byli przeciętni, z fałszywymi ambicjami pseudoartyści, a sama George Sand... Panie Tomaszu, Baudelaire nazwał ją krową obfitującą w atrament. Próbowałem czytać jej "Małą Fadette" i załamałem się przy trzecim rozdziale. To grafomania z minionego stulecia. Wiktor Hugo opisuje, że gdy był z wizytą u George Sand, ona, rozmawiając z nim, kończyła swoją kolejną powieść. Napisała ostatnią kartkę i słowo "koniec", po czym wzięła kolejną kartkę i od razu, jeszcze w jego obecności zaczęła pisać następną powieść.
TR: Jeśli idzie o sztukę George Sand, to też niczego się nie dowiadujemy, choć niewątpliwie dzięki grze Danuty Stenki ta postać chwilami prawie że żyje na ekranie.
ZK: Dobrze, ale ona też mi nic nie daje, jeśli idzie o informację o Chopinie. Jest jakiś paradoks w tym, że polscy artyści, którzy starają się propagować Chopina, nie potrafią wydobyć tego, co może być światowym sukcesem - mianowicie kompletnej odmienności jego sztuki i rewolucji, jaką on przeprowadził w muzyce. Chopin traktowany jest przez tradycję kulturalną w sposób fałszywy. Niech pan weźmie jego portrety - wszystkie przedstawiają go jako romantyka ze łzami w oczach albo jako gruźlika. W gruncie rzeczy jest jeden jedyny prawdziwy portret Chopina - fotografia zrobiona przez Nadara, gdzie widzimy jaki on był naprawdę: wściekły, zamknięty w sobie, żyjący we własnym świecie. Jego wielkość polega na tym, że zaczął w sztuce coś, co wręcz ją zrewolucjonizowało. Dlaczego tego nie ma w tych familijno-głupich interpretacjach? Przecież Chopin wywołał furię w świecie muzycznym!
Inna rzecz, że miał podwójny charakter. Z jednej strony, był salonowcem i koncertował wyłącznie dla towarzystwa. Dlatego napisał całą kupę różnych walców i mazurków. Do tego miał bardzo małą rękę, co widać na odlewach, szczególnie w porównaniu z Lisztem, który miał łapę dusiciela i jak walił w fortepian, to struny pękały. Czytałem w pamiętniku pewnej Polki, mieszkającej na emigracji, która trafiła na jego koncert i siedziała w piątym rzędzie, że mało co słyszała, tak delikatnie i cicho grał. On w ten sposób zarabiał i wykonywał tę pracę z pogardą i wściekłością. To właśnie widać na tej fotografii. Z drugiej strony, jego ballady, etiudy to było coś, od czego się zaczęła nowoczesność w muzyce. Dostrzegamy tu eksperymentowanie, poszukiwanie akordów będących na granicy dysonansów. Chopin kierował się pasją, uczuciem. Można powiedzieć, że nie byłoby jazzu, który wyraża wolnego w instynktach współczesnego człowieka, gdyby nie Chopin.
TR: Panie Zygmuncie, smutne jest to, że w tym filmie żadnej ze spraw, o których pan opowiada, nie poruszono.
ZK: A wystarczyłoby się nawet ograniczyć do charakteru Chopina, który był złośliwą małpą. Mam opis, jak wyglądał na jednym z koncertów: frak granatowy, guziki złote, brylant w krawacie, najcieńsze batysty, bielizna z najlepszych szwalni paryskich, spodnie barwy perłowej ze srebrnymi sprzączkami, maleńki zegarek damski i niepokalanie białe rękawiczki. A więc w dodatku był jeszcze gogo. Gdyby chociaż film pokazał go takim, a nie jako rozmazanego gluta, to przynajmniej byłoby coś ludzkiego.
Więcej możesz przeczytać w 15/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1