B jak Bellissima

B jak Bellissima

Dodano:   /  Zmieniono: 
Gdyby feministkom chodziło tylko o hasła i sztandary, kobiety nie znałyby słowa "równouprawnienie" nawet z książek
Zawsze będziesz dla mnie najważniejsza na świecie" - mówi do córki filmowa bohaterka "Bellissimy" Artura Urbańskiego. Rewelacyjna w tej roli Ewa Kasprzyk. To zdanie to zarazem jeden z talizmanów, którymi matki zaklinają przyszłość córek. Każda definiuje ją inaczej. Jedna zrobi wszystko, by córka była szczęśliwa, druga - by była mądra i samodzielna, a inna chce dziecko uchronić przed błędami, jakie sama popełniła.
"Będziemy mieć dziecko. Jestem w ciąży". Odpowiedział: "No, co ty". Potem się odwrócił i poszedł. To znany dialog z prozy życia, tyle że tym razem sfilmowany. Matka Bellissimy rezygnuje z usunięcia późnej i nie chcianej ciąży. Umiera. Wkrótce jej starsza córka, jak kiedyś jej matka, kusi jedną z wersji kobiecego szczęścia dopiero co narodzoną dziewczynkę: "Kto będzie taki ładny jak mama? Ty będziesz taka ładna jak mama". Koło się zamyka. "Jeśli umrzesz, nim umrzesz, nie umrzesz, kiedy umrzesz" - powiadają na pocieszenie mistycy. Sentencję tę przytoczył odkryty przeze mnie za sprawą Manueli Gretkowskiej Ken Wilber, twórca prawdziwie zintegrowanego systemu filozoficznego. W "Jednym smaku - przemyśleniach nad integralną duchowością" pisze, że prawda może w każdy możliwy sposób pokonać opór świata. Czy masz rację, czy się mylisz, jedynie twoja pasja może zmusić ludzi do odkrycia prawdy. Twoim obowiązkiem jest się przyczyniać - w każdy możliwy sposób - do tego odkrycia, a więc twoim obowiązkiem jest wyrażanie prawdy z całą pasją i odwagą, jaką znajdujesz w sercu.
Może niektórym porównanie to wyda się zbyt górnolotne, ale myśl ta skojarzyła mi się z listem stu Polek, w którym wymienione z nazwiska kobiety wyraziły "zaniepokojenie charakterem publicznej debaty o sytuacji kobiet w Polsce". Jak było do przewidzenia, został on zaszufladkowany, jako "be", czyli jako manifest feministyczny. Bronisław Wildstein pisze w "Rzeczpospolitej", że to wręcz "próba narzucenia feministycznej perspektywy na ogląd sytuacji w Polsce". Według autora, ujawnia się w nim "postawa ideologiczna, która prowadzi do cywilizacyjnej wojny". Zawsze się dziwię, gdy posądza się mnie o postawę agresora. Trudno mi też wyobrazić sobie Wisławę Szymborską, Marię Janion, Krystynę Jandę i dziewięćdziesiąt siedem pozostałych kobiet w wojskowych panterkach, z bronią w kaburze i to w zwarciu na rzeczowe argumenty, a nie ideologiczne granaty.
Wildstein zarzuca zwolenniczkom liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, że izolują od sprawy mężczyzn. Których mężczyzn? Czy tych, którzy jak Tadeusz Boy-Żeleński wiedzieli, na czym polegało piekło kobiet, czy tych, którzy dziś sprowadzają je do wymiarów obyczajowej rozwiązłości? Dlatego nadużyciem jest stwierdzenie Wildsteina, jakoby autorki listu "nie dostrzegały moralnego problemu aborcji i przechodziły nad nią bezrefleksyjnie, jakby stanowiła najwyżej emocjonalny kłopot potencjalnej matki". W ten sposób nie mówi się już o brzuchu kobiety w Europie, do której nie tylko publicysta, ale i podpisane pod listem, chcą wejść. Gdy już osądził, podważył i odebrał racje autorkom listu, niespodziewanie podpowiada, tak po cichu i na ucho, że należało, w imię spraw wyższych, z tym tematem "poczekać". Wejdziemy do unii, to zawsze będzie można do niego wrócić. O co więc chodzi - o czas akcji, czy o samą materię? Odrzucam jako wynikający z braku orientacji w przedmiocie zarzut, że feministkom chodzi tylko o hasła i sztandary. Gdyby tak było, do dziś kobiety siedziałyby na społecznym drzewie, a słowo "równouprawnienie" nie byłoby im znane nawet z książek. Nawet z tych na indeksie. Mam też trudności z logiką zarzutu, że feminizm to emancypacja człowieka od tradycji. Od tradycji, czyli także od patriarchalnego poddaństwa? Do niedawna kobiety nie miały praw wyborczych właśnie w zgodzie z wielowiekową tradycją. Miało tak zostać?
"Zwiększyła się znacznie i osiągnęła zdecydowaną większość liczba mieszkańców Polski, którzy uważają aborcję za zło"- pisze Wildstein. To wspaniale i tylko się z tego faktu cieszyć. Nikt zdrowy na umyśle nie może myśleć inaczej. Rozwrzeszczana na barykadach feministka też nie. Różnimy się bowiem nie stosunkiem do aborcji i jej klasyfikowaniem w kategoriach społecznego zła, ale w kwestii złagodzenia jednej z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych w Europie. "Refleksja i niepokój moralny wobec takiej sprawy jak aborcja jest zjawiskiem znacznie bardziej pozytywnym niż traktowanie jej jako kosmetycznego zabiegu"- pisze Wildstein. Panie Bronisławie, niech pan wierzy, żadna zdrowa na ciele i umyśle kobieta nie traktuje zabiegu przerywania ciąży jak usunięcia pryszcza. Gdy pan w to uwierzy, łatwiej będzie panu spojrzeć na "sprawę kobiet" z innej perspektywy. Dzisiaj widzi pan ją w krzywym zwierciadle. Pyta pan, dlaczego podpisałyśmy ten list. Nie dla haseł, nie dla sztandaru i ideologii. Nie bezmyślnie, nie w zacietrzewieniu i nie w ideologicznej malignie, ale dla dobra sprawy. B jak Bellissima, B jak Bronisław, B jak....

Więcej możesz przeczytać w 15/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0