Kiełbaska wyborcza

Kiełbaska wyborcza

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kandydaci wariaci zdarzają się wszędzie. Na szczęście, demokracja może być zdrowa nawet z wariatami na karku
System wyborczy wymaga od kandydatów na prezydenta Francji zgromadzenia pięciuset podpisów od osób popierających daną kandydaturę i pełniących funkcje z wyboru. Nie każdemu się to udało, ale gwoli historycznej prawdy warto - choćby ku przestrodze - wspomnieć o paru postaciach, które próbowały.
Do rywalizacji o stanowisko prezydenta Francji stanął m.in. pies Saucisse (Kiełbaska). Jest to zadbany jamnik, który na przedstawiającej go witrynie internetowej wystąpił w garniturze i pod krawatem. Swój udział w kampanii wyborczej motywował pragnieniem udzielenia głosu przyjaciołom zwierząt.
Na inny typ przyjaciół liczyła kolejna kandydatka. "Zachęcam was do przyłączenia się do mnie w łonie Partii Rozkoszy, byśmy razem zbudowali Francję bardziej seksowną" - pisze w liście do wyborców przewodnicząca rzeczonej partii, była striptizerka Cindy Lee. Oczywiście zaraz dodaje, że chodzi także o Francję "sprawiedliwszą, bardziej otwartą i przyjemniejszą" i o "obronę tolerancji, wolności i solidarności". Zabieg ten ma wywołać u czytelnika chwilę wahania, czy aby jednak nie ma do czynienia z osobą, którą należy potraktować poważnie. "Program wyborczy" jest skonstruowany na podobnej zasadzie - rzewne bzdury wymieszane z postulatami wybranymi z listy pobożnych życzeń socjalistów, lewaków i zielonych. Zajmijmy się jednak twórczym, oryginalnym wkładem Cindy Lee w konstruowanie wizji przyszłości Francji. Czytamy zatem o konieczności stworzenia "uczuciowego pogotowia ratunkowego", które miałoby udzielać pomocy "osobom samotnym i spragnionym miłości". Inne projekty są równie - jak sama nazwa partii wskazuje - rozkoszne. "Wprowadzić jeden dzień wolny od pracy w roku, poświęcony miłości. Każdemu zagwarantować prawo do rozkoszy. Upowszechnić rozmównice seksualne w więzieniach. Wprowadzić koedukacyjne lekcje uwodzenia w liceach. Propagować nudyzm, zagospodarować dla niego nowe strefy, w tym również w środowisku miejskim. Zalegalizować domy publiczne w celu zapewnienia higieny i bezpieczeństwa. Przywrócić prezerwatywy za 10 centów". By rozpowszechnić swoje żądania, Cindy Lee wzięła udział w audycji popularnej rozgłośni Europe-2. Siłę jej wypowiedziom miało nadać to, że siadła przed mikrofonem goła. Niestety, przez radio słabo było to widać.
Obsesja erotyczno-polityczna Cindy Lee i jej dyskretna reklama własnych wdzięków to jednak jeszcze nic w porównaniu z delirium w wydaniu Edwige de Bourbon Caudie. Przedstawia się ona jako potomek rodu Burbonów i nawet w adresie e-mailowym używa skrótu S.A.R. (Son Altesse Royale - Jej Królewska Wysokość). Jakby tak wysokiego pochodzenia było mało, kandydatka dodaje, iż pracowała z Billem Gatesem, "kiedy rozkręcał swoją firmę we Francji". Ma to zapewne nasunąć wyborcy myśl, iż potęga Microsoftu jest jej bezpośrednią zasługą. Poza tym pisze o sobie: "Edwige de Bourbon Caudie została sklasyfikowana jako tajemnica NATO ze względu na najwyższą pozycję w łonie sojuszu - stanowisko A6, czyli najwyższe w hierarchii NATO". W innym miejscu przedstawia się jako "instruktor szkoleniowiec NATO" i grozi "dochodzeniem" francuskiemu MSW. Według niej, ministerstwo próbuje ją "zdestabilizować" w odwecie za to, że sąd nakazał mu zapłacenie 80 tys. franków za jej "misję Thomson/NATO w bazie Monsanto w Portugalii". Usiłowania destabilizacji mają polegać na publicznym nazwaniu jej przez jednego z funkcjonariuszy MSW fałszywą arystokratką, szaloną księżniczką, najbardziej bredzącą kandydatką i dziwaczką. Program wyborczy Edwige de Bourbon Caudie zawiera się w trzech punktach. Pierwszy: "Rozwijać politykę cyfrową, antycypując rozwój nowych technologii". Drugi: "Przeprowadzać akcje przeciwko krajom stosującym karę śmierci, a szczególnie karę śmierci przez ukamienowanie". Trzeci punkt programu, to pytanie: "Jak sobie radzić z klęskami żywiołowymi?".
Można jednak wysunąć optymistyczną hipotezę, że cała ta paranoja jest tylko zasłoną dymną kryjącą całkiem realistyczny i przemyślany powód brania udziału w kampanii wyborczej. Edwige de Bourbon Caudie zaznacza m.in., że należy do "rodziny hodowców koni arabskich". Jej wyborcza witryna internetowa nosi nazwę - nigdy byśmy nie zgadli! - ArabianHorse, czyli Koń Arabski, i zachęca do przełączenia się na stronę prowadzonego przez rodzinę kandydatki ośrodka jeździeckiego. Ot tak, gdyby między pierwszą a drugą turą wyborów ktoś chciał sobie troszeczkę pogalopować…
Jak widać, kandydaci wariaci zdarzają się nie tylko w Polsce. Tyle tylko, że żadnej z omówionych osób nie udało się zebrać wspomnianych pięciuset podpisów i wziąć udziału w wyborach. Na szczęście, demokracja może być zdrowa nawet
z wariatami na karku.
Więcej możesz przeczytać w 16/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0