Urlop ojcierzyński

Urlop ojcierzyński

Polskie prawo odzwierciedla punkt widzenia typowego macho polo, który uważa, że nadmierny kontakt z dzieckiem jest zaprzeczeniem męskości. Prawdę mówiąc, uważają tak nie tylko mężczyźni
Każdy kraj ma problemy na swoją miarę. Średnia Polska zamarła w oczekiwaniu na decyzję Mariana Krzaklewskiego, który podobno wie, czy wystartuje w wyborach prezydenckich, "ale jeszcze nie powie". Wielka Brytania czeka zaś na decyzję premiera Tony'ego Blaira, który nie mówi, czy weźmie urlop macierzyński, a właściwie ojcierzyński. Nie mówi, bo cały czas nie wie. Oczywiście, dylemat Blaira jest dużo ważniejszy dla Brytyjczyków niż dylemat Krzaklewskiego dla Polaków.
Tony Blair nie wpadł sam na pomysł z urlopem ojcierzyńskim. Takie rozwiązanie zasugerowała jego żona Cherie, najwyraźniej nie konsultując się z mężem. W rodzinie Blairów to zresztą chyba pewna tradycja, bo teść Tony'ego publicznie krytykuje politykę zięcia. Tym razem nie o politykę idzie, lecz o rzecz znacznie poważniejszą - o zdefiniowanie ojcowskich powinności, co powinno być ważne także dla Polaków.
Moja żona, przynajmniej w tym punkcie, jest mniej wymagająca niż Cherie Blair. Na moją sugestię, że po pojawieniu się numeru 2 gotów byłbym wziąć dwa tygodnie urlopu, odpowiedziała: "Wystarczy tydzień, bo po dwóch oszalejesz, a ja razem z tobą". Ale załóżmy, że propozycja przypadłaby jej do gustu, a może nawet do proponowanych przeze mnie dwóch tygodni chciałaby dorzucić jeszcze kilka. Załóżmy, że uznałbym to za świetny pomysł. Załóżmy też, choć jest to założenie raczej czysto teoretyczne, że podobnie uważałby mój pracodawca. I co? Nic. W naszym prawie nie ma bowiem urlopu ojcierzyńskiego. W Polsce mężczyzna może iść wyłącznie na urlop wychowawczy i to pod warunkiem, że zarabia niewiele. Na tym urlopie też dostanie niewiele. Ostatnio jakiś mężczyzna dostał nawet w Polsce urlop na takich samych warunkach jak urlop macierzyński, jednak tylko dlatego, że jego żona zmarła w czasie porodu. Mamy więc prawo, które dyskryminuje i kobiety, bo mężczyźni nie mogą ich odciążyć, nawet gdyby chcieli, i mężczyzn, bo ojcowie mają mniejsze prawa niż matki. Proszę wziąć sobie to do serca, bo być może jest to jedyny punkt, w którym mogą się zgodzić z sobą feministki i konserwatyści (konserwatyści, a nie zakute łby). I pomyśleć, że w takiej Norwegii dwa tygodnie z noworodkiem spędza każdy ojciec, potem 90 proc. tatusiów dorzuca do tego miesiąc (są sami z dzieckiem!), a gdyby chcieli, w sumie ich urlop ojcierzyński dochodziłby do 42 tygodni (znowu sami z dzieckiem!). U nas problem nie polega nawet na tym, że większość na taki urlop by nie poszła, ale na tym, że ci, którzy chcieliby pójść, i tak by nie mogli. Prawo odzwierciedla bowiem punkt widzenia typowego macho polo, który uważa, że nadmierny kontakt z dzieckiem jest zaprzeczeniem męskości. Prawdę mówiąc, uważają tak nie tylko mężczyźni. Może dlatego, gdy idę na spacer z dzieckiem, widzę współczujące spojrzenia, głównie pań. Co, rzuciła go czy kazała zabawiać dziecko? Niewielu spotykam na tych spacerach tatusiów, którzy rozumieją, że ani to, ani to.
Tony Blair ma dylemat, bo to jego rząd wprowadził w grudniu prawo, zgodnie z którym po narodzinach dziecka ojciec może pójść na trzynastotygodniowy płatny urlop. Jasne, że gdyby nie Cherie, Tony nie wziąłby żadnego urlopu. Pracuje w końcu na Downing Street, pod tym samym adresem, pod którym mieszka, i zamiast urlopu wystarczyłoby skrócenie każdego z oficjalnych spotkań. Ale teraz najprostsze z rozwiązań nie jest już takie proste. Zawieść żonę czy kraj? Takiego problemu nie miał żaden Brytyjczyk od 150 lat, bo żadnemu urzędującemu brytyjskiemu premierowi nie rodziło się dziecko. Większość Brytyjczyków uważa, że Blair powinien się skoncentrować na rządzeniu krajem, ale jest to większość z gatunku tych, które mogą się w każdej chwili stać mniejszością. Stałoby się tak, gdyby tylko Tony powiedział "nie", a jego żona pokazałaby światu nieszczęśliwą twarz.
I co tu doradzić Blairowi? Zasugerowanie mu, by zgodnie ze swoim zwyczajem wybrał "trzecią drogę", słusznie odebrałby jako złośliwość. Cóż, Tony - można by powiedzieć - przeforsowałeś takie prawo, masz taką żonę, to trudno, słuchaj jej. Przecież wystarczy, że w czasie urlopu w sprawach służbowych będziesz przyjmował telefony, ale tylko między 17.00 a 19.00, bo po kolejnej zmianie pieluch potrzebny ci będzie sen. Nietrudno jednak doradzić coś wręcz przeciwnego. Tony, przecież z tym urlopem to histeria. Guzik cię powinno obchodzić, że Cherie spodobał się biorący urlop ojcierzyński premier Finlandii. Brytania to nie kraj reniferów. Geny mężczyzny nie są zresztą zaprogramowane, by zajmował się domowymi drobiazgami. Poza tym Cherie teraz cuduje, a za parę miesięcy sama zostawi wszystko nianiom i ruszy do pracy, w końcu lepiej płatnej niż twoja. Zresztą noworodki i tak tylko śpią i jedzą, a żadna z tych czynności nie wymaga twojej obecności. Zdążysz nadrobić zaległości, gdy dziecko trochę podrośnie, a ty nie będziesz premierem. Oczywiście, jeśli nie posłuchasz, ten moment bardzo się przybliży.
To dylematy Blairów. Naszym problemem jest to, że nawet gdybyśmy chcieli, takich dylematów nie mamy. Urlop ojcierzyński jest w Polsce fanaberią, na którą stać najbogatszych, albo świadczeniem, z którego korzystają najbiedniejsi. I tak pozostanie, chyba że ktoś w końcu zrozumie, że są sytuacje, kiedy męska rzecz to być blisko, a kobieca nie czekać.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2000
Więcej możesz przeczytać w 16/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0