Przyjmę każdą pracę!

Przyjmę każdą pracę!

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy dwudziestoprocentowe bezrobocie może być zbawienne dla rynku pracy?
Wysokie bezrobocie pomaga dekomunizować rynek pracy

Choć brzmi to jak herezja, tak właśnie dzieje się w Polsce. Polacy wreszcie przestają być obrażeni na pracę. Podobnie działo się kilka lat temu w Hiszpanii: gdy bezrobocie przekroczyło 23 proc., pracę zaczęto szanować, zniknęła kategoria pracy nieopłacalnej, a związki zawodowe pozwoliły rozluźnić prawo pracy - dzięki temu stopa bezrobocia spadła tam do 12 proc. Podobnie jak w II Rzeczypospolitej na przełomie lat 20. i 30., coraz więcej Polaków deklaruje, że przyjmie każdą pracę. Tylko związkowa nomenklatura próbuje zawrócić te procesy. "Solidarności" udało się jeszcze przywieźć 30 tys. osób na manifestację w Warszawie w ubiegły piątek. Był to już chyba jednak ostatni taki "sukces" związku. Już 69 proc. bezrobotnych podjęłoby każdą pracę, 67 proc. jest gotowych zmienić zawód, 54 proc. godzi się pracować w nocy, 52 proc. w niedzielę, zaś 30 proc. zmieniłoby miejsce zamieszkania (to wyższe wskaźniki mobilności niż w Niemczech, Francji, Austrii czy Szwecji) - wynika z badań PBS. Wedle danych prof. Mieczysława Kabaja z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, wieloletniego eksperta ONZ i Międzynarodowej Organizacji Pracy w Genewie, w ubiegłym roku pracę zmieniło w Polsce 1,6 mln osób, z czego połowa zmieniła równocześnie miejsce zamieszkania. Aż 69 proc. spośród tych, którzy mają pracę, zgodziłoby się przejść na niższe stanowisko, a 63 proc. spośród nich pracowałoby za niższą płacę.


Obrażeni na pracę
Dopóki obrażanie się na rynek pracy było możliwe, dopóty bezrobotni nie godzili się na podejmowanie wielu prac albo zatrudniali się tylko po to, by nie stracić zasiłku. Doszło do tego, że jeszcze dwa lata temu było około 200 tys. ofert pracy, których nikt nie chciał przyjąć. Dominowała odziedziczona po PRL mentalność, wedle której pracodawca był przede wszystkim opiekunem pracownika. W 1993 r. aż 75 proc. pracobiorców uważało, że pracodawca powinien im zapewnić wyżywienie w taniej zakładowej stołówce, 71 proc. oczekiwało dofinansowania wczasów, 60 proc. chciało, żeby pracodawca pomagał w spłacie pożyczek, kredytów, rat, a 28 proc. twierdziło nawet, że zakład winien opłacać im udział w imprezach rozrywkowych. Te czasy się skończyły: obecnie mamy do czynienia z dekomunizacją pracy w Polsce. Już 51 proc. pracobiorców zdaje sobie sprawę z tego, że stawianie zbyt wygórowanych wymagań może być przyczyną utraty pracy. Większość Polaków nie czeka już na mannę z nieba - gotowi są wiele zrobić, żeby zademonstrować swoją przydatność. Aż 71 proc. spośród mających pracę jest gotowych przekwalifikować się lub zdobyć dodatkowe umiejętności (wśród bezrobotnych ten wskaźnik sięga 82 proc.). - Szacuję, że około 2 mln osób rocznie przechodzi różne formy przeszkolenia i to zwykle na własny koszt - mówi prof. Mieczysław Kabaj. Zmianę nastawienia do pracy wymusiła sytuacja na rynku: w 2001 r. na jedną ofertę w urzędach pracy przypadało 585 bezrobotnych, podczas gdy jeszcze rok wcześniej - około 470, a w 1996 r. - 250. W ubiegłym roku bezrobocie najbardziej wzrosło w najbogatszych regionach: w Wielkopolsce (o 23 proc.), na Śląsku (o 20,6 proc.) oraz na Mazowszu i Pomorzu (o 19,4 proc.). W 2001 r. bezrobocie w grupie osób z wyższym wykształceniem wynosiło 6 proc., podczas gdy w połowie lat 90. - tylko 0,8 proc. Prawa popytu i podaży sprawiły, że praca zaczęła być równie cenna jak zdrowie (72 proc. badanych przez OBOP przyznaje, że posiadanie pracy jest dla nich równie ważne jak dobre zdrowie). Badania PBS, CBOS, GUS, SMG/KRC, a także najnowszy sondaż Pentora wykonany na zlecenie "Wprost" dowodzą, że wreszcie sprawdza się powiedzenie: "żadna praca nie hańbi". Prawie połowa badanych przez Pentor przyznaje, że trudności z utrzymaniem i znalezieniem pracy wynikają z tego, że pracobiorcy nie umieją się dostosować do sytuacji na rynku.

Związek zawodowy dupochronów
To, czym żyją pracobiorcy, w ogóle nie obchodzi działaczy związków zawodowych. Przecież problemy, które są przedmiotem negocjacji związkowców i organizacji pracodawców, to dla walczących o utrzymanie miejsca pracy i bezrobotnych czysta abstrakcja. Co ich obchodzi wysokość wynagrodzenia za godziny nadliczbowe, jeśli ich pracodawca nie ma zbytu na towary, więc pracownicy nie mają co robić nawet w normalnym czasie pracy?
Związkowa nomenklatura broni zapisów kodeksu pracy, bo dzięki temu jest uczestnikiem politycznej gry, istnieje na rynku, uzasadnia potrzebę swojego istnienia. Nomenklatura związkowa zawiera w Komisji Trójstronnej porozumienia, które służą wyłącznie im samym. Zachowują się racjonalnie - tylko w ten sposób uzasadniają swoje istnienie, tyle że pracobiorcom to wręcz szkodzi. - Jedno miejsce pracy dla związkowca blokuje powstanie dwóch innych stanowisk - uważa prof. Juliusz Gardawski, socjolog ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, który związkowe stanowiska nazywa "dupochronami".
Rozziew między tym, co robi związkowa nomenklatura, a tym, czego potrzebują pracobiorcy, wyraźnie widać w nastawieniu tych ostatnich do strajków. W ubiegłym roku zorganizowano ledwie jedenaście strajków, w których uczestniczyło niecałe półtora tysiąca osób. W 1999 r. strajków było 920 (protestowało 27 tys. osób), natomiast w 1993 r. - aż 7443 strajki (protestów było ponadpięciokrotnie więcej niż osób strajkujących w 2001 r.). Niedawne badania CBOS dowodzą, że już ponad 80 proc. Polaków nie wierzy w skuteczność strajków.

Związkowe samoograniczenie
Charakterystyczne jest to, że w krajach, w których obowiązuje elastyczny kodeks pracy, pracownicy wykazują większą skłonność do wyrzeczeń. Im silniejsza pozycja związków zawodowych, tym mniejsze przyzwolenie na uszczuplanie uprawnień socjalnych. Tak było w Hiszpanii pod rządami socjalisty Felipe Gonzáleza. Dopiero prawicowy rząd José Marii Aznara, który odbiurokratyzował gospodarkę, obniżył podatki i uelastycznił kodeks pracy, zmusił związki zawodowe do realizmu. - Oprócz rewolucji neoliberalnej rząd Aznara zmienił stosunek mentalny Hiszpanów do pracy. Dziś są oni gotowi do rezygnacji i ustępstw z przywilejów płacowych, co jeszcze kilka lat temu byłoby nie do pomyślenia - mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych.

Cięcie kosztów
Coraz więcej pracobiorców godzi się na wprowadzane przez pracodawców specjalne programy oszczędnościowe, m.in. redukcję pozapłacowych świadczeń dla pracowników - służbowych telefonów komórkowych, dofinansowywanych obiadów, opłacania basenu itp. - Programy oszczędnościowe jest szalenie trudno w Polsce wdrożyć, bo w naszej kulturze pracy nie jesteśmy przyzwyczajeni do elastycznego działania. Kiedy jest koniunktura - firmy stać na więcej, kiedy jej nie ma - trzeba redukować koszty. Dobrze, że coraz więcej osób to rozumie - mówi Paweł Dziechciarz, kierownik działu badań i rozwoju w firmie doradztwa personalnego HRK Partners.
W zachodnich firmach programy oszczędnościowe są czymś normalnym i między innymi dzięki nim można utrzymać chociaż część miejsc pracy. Na początku lat 80. linie lotnicze British Airways znalazły się na skraju bankructwa. Uratował je wyznaczony przez Margaret Thatcher nowy prezes - sir John King, który przeprowadził restrukturyzację koncernu, zwolnił około 20 tys. osób, zdobył miliony nowych klientów. Pod koniec lat 80. zyski ze sprzedaży General Motors spadły do najniższego poziomu w okresie powojennym. Po pięciu latach GM został największym amerykańskim eksporterem. Firmę uzdrowił Roger Smith, szef koncernu. Radykalnie odmienił i odchudził strukturę zarządzania molochem. W połowie lat 90. firma Apple traciła miliard dolarów kwartalnie. Na ratunek wezwano ojca-założyciela koncernu - Stevea Jobsa. Zredukował on zatrudnienie. W centrali Apple z 21 tys. pracowników zostało 5,8 tys. Produkcję z drogiej Japonii i USA przeniesiono do państw z tańszą siłą roboczą (m.in. do Czech). Od trzeciego kwartału 1997 r. Apple zaczął przynosić zyski - 150 mln USD kwartalnie.

Zbawienny kryzys
Co cię nie zabije, to cię wzmocni - mówi znane porzekadło. Wysokiemu bezrobociu zawdzięczamy to, że pozytywnie zmienia się rynek pracy. Pracobiorcy są samodzielniejsi, aktywniejsi, zaczynają więcej wymagać od siebie niż od pracodawcy. - Sytuacja na rynku pracy pokazuje, jakie możliwości tkwią w mechanizmach rynkowych. Nie tylko wymuszają one większą wydajność, ale korzystnie wpływają też na zmianę odziedziczonej po PRL mentalności Polaków. Stajemy się bardziej kreatywni, mobilni, odporniejsi na zmiany - zauważa Michał Boni, były minister pracy.




Praca na rynku

1988 r.
  • pracobiorcy nie mieli wysokich oczekiwań finansowych, gdyż nie działały jeszcze mechanizmy rynkowe
  • pracobiorcy mogli liczyć na pozapłacowe bonusy: m.in. przydział mieszkania zakładowego, wczasy, obiady w zakładowej stołówce
  • nie przestrzegano dyscypliny pracy: wielu pracowników załatwiało w godzinach pracy osobiste sprawy

1995 r.
  • praca zaczęła być towarem
  • karierę robili ludzie przebojowi, młodzi, kreatywni i mobilni
  • mniejszą wagę przywiązywano do wykształcenia i doświadczenia
  • pracobiorcy mieli często wygórowane oczekiwania finansowe
  • pozapłacowymi bonusami były najczęściej telefony komórkowe, karty wstępu na basen lub siłownię, bezpłatne szkolenia

2002 r.
  • w ogromnie wzrosła konkurencja na rynku pracy - tylko najlepsi absolwenci mają szansę na znalezienie pracy
  • dokonuje się rynkowa weryfikacja menedżerów
  • pracownicy ograniczają wymagania wobec pracodawcy
  • zatrudnieni gotowi są na cięższą pracę i większe wyrzeczenia
Więcej możesz przeczytać w 18/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0