Stany Zjednoczone Świata

Stany Zjednoczone Świata

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z PAULEM WOLFOWITZEM, zastępcą sekretarza obrony USA
Nathan Gardels: Stany Zjednoczone są dziś potężniejsze niż niegdyś imperium rzymskie czy brytyjskie - uważa historyk Paul Kennedy. W jaki sposób Ameryka wykorzysta tę dominującą pozycję?

Paul Wolfowitz: Wszystkie dane statystyczne o przewadze naszych sił zbrojnych niewiele znaczą. Z jednej strony, potęga Ameryki jest nawet większa, niż pan sugeruje, ponieważ większość najsprawniejszych militarnie krajów to nasi sojusznicy. Nawet Rosja zaczyna się przesuwać z pozycji wroga w stronę potencjalnego sprzymierzeńca. Z drugiej strony, Rzymianie nigdy nie musieli się martwić o terrorystów, którzy dysponują bronią jądrową czy inną o podobnej sile rażenia.
Nie żyjemy w czasach rzymskich - dla nas potęga militarna ma znaczenie obronne. O ogromnej sile USA nie decyduje wojsko, lecz gospodarka. Jeszcze większą przewagę zapewnia nam potęga polityczna - to, za czym się opowiadamy. Nawet w krajach, których rządy nas nienawidzą, ludzie podziwiają nasz system polityczny.
- Nawet Chris Patten, zwykle proamerykański polityk europejski, po przemówieniu prezydenta Busha na temat osi zła głośno mówił o swoich niepokojach związanych z "instynktem jednostronności".
- Słowo jednostronność źle się kojarzy. Prezydent wyraźnie powiedział, że Ameryka została zaatakowana i poczynimy odpowiednie kroki, by się bronić. Będziemy współpracować z tymi, którzy są z nami. Dlatego odrzucamy oskarżenie o jednostronność. Problemem nie jest przeciwstawianie jednostronności i wielostronności, ale to, czy USA przewodzą, czy nie. Poprosiliśmy naszych przyjaciół i sprzymierzeńców o zajęcie stanowiska, o zastanowienie się nad pytaniem: "Co wy zrobilibyście w takiej sytuacji?", a nie o stwierdzenie, że nie ma problemu. Mogą nazwać nasze działania jednostronnymi, jeśli dojdą do wniosku, że problem nie istnieje. Nie mamy zamiaru bezczynnie się przyglądać, jak wrogie rządy rozbudowują arsenały broni masowej zagłady i popierają terrorystów.
Możemy sięgać po różne środki. Prezydent w żadnym wypadku nie wykluczył metod dyplomatycznych. Prawdę mówiąc, jeśli chcesz być skutecznym dyplomatą, musisz dysponować odpowiednią siłą. Reżimów, o których mówimy, nie uda się zmienić jedynie za pomocą miłych słów. Byłoby uproszczeniem stwierdzenie, że albo można działać wielostronnie, albo jednostronnie. Tak samo jak uproszczeniem jest wybór między dyplomacją Europejczyków a siłą militarną. Te dwa elementy się uzupełniają. Przemówienie prezydenta Busha spotkało się z żywą reakcją w Europie. Europejczycy zrozumieli, że Stany Zjednoczone nie straciły głowy i nie mają zamiaru podejmować szalonych kroków. Z upływem czasu ich poglądy zbliżyły się do naszych. To oznacza prawdziwe przywództwo i poważne traktowanie sprzymierzeńców.
- Czy stwierdzenie, że będziecie bronili Ameryki sami, jeśli nikt was nie poprze, czyni z pana jastrzębia amerykańskiej administracji?
- Nie lubię etykietki "jastrząb", ponieważ sugeruje, że ktoś ma ochotę na szybką wojenkę - wszystko jedno kiedy i z kim. Na pewno nie odnosi się to do mnie. I nie mam zamiaru się kajać za swoją postawę. To, co zrobiliśmy w Afganistanie, było absolutnie słuszne. Nie można było odpowiedzieć na atak 11 września, chodząc w kółko i przeprowadzając międzynarodowe badania opinii publicznej. Przywództwo oznacza przekonywanie ludzi, że to, co się robi, jest słuszne. Prezydent ma rację - nie możemy dłużej żyć w cieniu zagrożenia ze strony krajów nieprzyjacielskich, czynnie popierających terrorystów. Musimy coś zrobić. Gdyby można było osiągnąć cel drogą polityczną i dyplomatyczną, wybrałbym te metody, ale to nie uczyniłoby ze mnie gołębia. Chcemy efektu, który ochroni narodowe interesy amerykańskie.
- Czy Pentagon ma gotowe plany ataku na Irak w przyszłym roku?
- Wojskowi są gotowi do różnych działań. Ciągle zastanawiamy się i planujemy. Oczywiście, jesteśmy przygotowani nie tylko na moment podjęcia przez prezydenta decyzji, ale również na sytuację, gdyby Saddam Husajn uczynił coś głupiego.
- 30 maja ma się odbyć głosowanie ONZ nad rezolucją o ponownym wysłaniu inspektorów do Iraku. Wierzy pan w skuteczność takiej misji?
- Mamy podstawowy problem: za każdym razem, gdy inspektorzy natrafiali na coś podejrzanego, Irakijczycy przeszkadzali im w pracy. Udało się wiele ustalić głównie dlatego, że szwagier Saddama, który był szefem programu zbrojeń nuklearnych, uciekł i przekazał nam mnóstwo danych.
Zaczynamy teraz od nowa, od czterech lat nie było żadnych inspekcji. Irakijczycy mieli wiele możliwości ukrycia broni. I nie mamy żadnego szwagra, który mógłby nam udzielić informacji. By przygotować program inspekcji, który byłby do zaakceptowania przez Irak, trzeba mieć zgodę ONZ. Rezolucja 687, na mocy której Irak miał się pozbyć broni masowej zagłady, nie została wprowadzona w życie. I to gwałcenie prawa musi się skończyć. Udowodnienie, że Irak nie dysponuje bronią jądrową, na pewno będzie wymagało czegoś więcej niż wysłania inspektorów błądzących bez celu po pustyni.
- Które cele amerykańskiej wojny z terroryzmem są zbieżne z interesami Izraela?
- Istotą problemu jest to, że taktyka zamachów samobójczych rozwiała nadzieje na proces pokojowy, a także utrudniła zdefiniowanie, o co nam chodzi w walce z terroryzmem. Błędem jest twierdzenie niektórych, w tym wielu Europejczyków, że jedne akty terrorystyczne są do przyjęcia, a inne nie. To rozróżnianie między dobrym a złym terrorem.
Jednocześnie jest dla nas ważne obstawanie przy postulacie, że jedynym rozwiązaniem problemu izraelsko-palestyńskiego jest ugoda polityczna oparta na rezolucji ONZ nr 242, powołującej do życia państwo palestyńskie. Przeszkodą we wprowadzeniu takiego rozwiązania jest jednak sprawa zamachów samobójczych. Arafat może się nie przejmować cierpieniem swojego narodu, ale jest wrażliwy na głos światowej opinii publicznej. Pomogłoby nam, gdybyśmy usłyszeli dobitniej wyrażane opinie Europejczyków, jak bardzo w powstaniu państwa palestyńskiego przeszkadzają samobójcy z bombami.
- Czy wyobraża pan sobie sytuację, że żołnierze amerykańscy wchodzą w skład sił pokojowych rozdzielających Izraelczyków i Palestyńczyków?
- Gdyby chodziło o rzeczywiste utrzymanie pokoju, to tak. Ale coraz częściej zdarza się, że tzw. siły pokojowe nie rozwiązują problemu. 20 lat temu, gdy nasze wojska stacjonowały w Libanie w celach pokojowych, setki komandosów zginęły w wyniku samobójczych ataków. Na razie to, co słyszę, to głos desperacji: "Nie stójcie bezczynnie, zróbcie coś". Desperacja nie jest najlepszym doradcą.
- Na całym świecie wielu ludzi dochodzi do wniosku, że USA stają się "samotnym hegemonem" - wycofują się z układu o redukcji arsenału nuklearnego, z protokołu z Kioto, zapewne ze Stałego Międzynarodowego Trybunału Karnego, a nawet, jak niektórzy podejrzewają, z układu o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej.
- To wszystko nonsens. Jesteśmy zaangażowani w działania zmierzające do redukcji broni nuklearnej na skalę największą w historii. Mówienie o tym, że rezygnujemy z zasady nierozprzestrzeniania broni masowej zagłady, że nie obchodzi nas kontrola broni jądrowej, jest wierutną bzdurą. To prawda - są pewne układy, które nie były dobrze wynegocjowane przez USA. Wyjazd do Kioto i podpisanie dokumentu, który został następnie odrzucony przez 97 ze 100 naszych senatorów, nie jest najlepszym sposobem ochrony amerykańskich interesów. Nie przyjmuję też do wiadomości oskarżenia USA o swego rodzaju egoizm. Walczymy o to, do czego dąży większość świata, również muzułmańskiego. Byłem ambasadorem w Indonezji, największym muzułmańskim kraju. Zdobyte tam doświadczenie przekonało mnie, że obywatele Indonezji chcą żyć w takim świecie, jaki my, Amerykanie, chcemy zbudować. Problemem świata muzułmańskiego jest to, że wieloma państwami rządzą skorumpowane reżimy. Wola zmiany tego stanu rzeczy nie czyni z nas agresorów, przeciwnie - czyni z nas sprzymierzeńców olbrzymiej większości ludzkości.




Paul Wolfowitz
Zastępca sekretarza obrony USA Donalda Rumsfelda jest weteranem kilku republikańskich administracji waszyngtońskich. Uchodzi za czołowego rzecznika "wyrazistej" polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. To pod jego kierownictwem pracował na początku lat 90. zespół opracowujący koncepcje polityki zagranicznej USA. Później - jako dziekan i profesor Szkoły Zaawansowanych Studiów Międzynarodowych na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa - Wolfowitz krytykował prezydenta Clintona za to, że - jego zdaniem - nie potrafił "sugestywnie zdefiniować interesów narodowych".
Więcej możesz przeczytać w 20/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0