Kwadratura złotówki

Kwadratura złotówki

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Za mocny złoty" - płaczą eksporterzy. "Za mocny" - wtóruje im rząd, który znów może wskazać dyżurnego chłopca do bicia, czyli Radę Polityki Pieniężnej.
Sztuczne osłabianie złotego to droga donikąd

Problem polega na tym, że to nie złoty jest za mocny, lecz gospodarka za słaba. Majstrowanie przy kursie niewiele da. Zamiast próbować sztucznie i na krótko go podwyższyć, lepiej byłoby się zabrać do naprawy gospodarki, obniżania kosztów i zwiększania konkurencyjności. Lepiej, ale trudniej, dlatego możemy być prawie pewni, że gra w kelnera ("To nie ja, to kolega"), którą namiętnie uprawia rząd, trwać będzie dalej.

Przepis na cud
Wiarę w cud gospodarczy wyznaje wiele osób. Najprostsza recepta na ów cud polega na tym, aby stale obniżać stopy procentowe i dewaluować walutę krajową. Gdyby ich teza była prawdziwa, na świecie trwałby nieprzerwany wyścig obcinania stóp i obniżania kursów walutowych. Najszybciej rozwijałyby się te kraje, których stopy procentowe byłyby równe zero koma zero, a dolar kosztowałby bilion trylionów jednostek waluty krajowej.
Zwolennikom tej teorii w rządzie RP należy także uświadomić, że głosząc ją, składają deklaracje popełnienia politycznego seppuku. Jeżeli wszystko jest tak proste, to po co nam rząd? W celach oszczędnościowych należy go zlikwidować (RPP też) i wyposażyć prezydenta w prawo codziennego obniżania stóp i dewaluowania złotego.

J jak jajo
Cała rzecz jest opisana w każdym podręczniku ekonomii - dewaluacja nie powoduje ani trwałego wzrostu eksportu, ani trwałej poprawy bilansu handlowego. Wykres zmian salda handlu zagranicznego przypomina leżącą pochyloną w prawo literę "j" (j jak jajo). Oznacza to, że deficyt na krótko maleje (a eksport rośnie, jego wykres przypomina leżącą, pochyloną w prawo literę "l"). Po pewnym czasie jednak deficyt zaczyna znowu rosnąć, a eksport spadać. Po dewaluacji nie wszystko wraca do punktu wyjścia. Rynek odzyska równowagę, ale ceny będą wyższe. Efektem kolejnego takiego impulsu byłaby jeszcze wyższa inflacja itd. Aż do momentu, w którym - jak w komunizmie - w gospodarce pozostałyby tylko pieniądze.

Co ma banan do inflacji
Dlaczego po dewaluacji rosną ceny? Po pierwsze, drożeją towary importowane. To, że więcej kosztują banany, nie musi nas za bardzo przerażać. Gorzej - i to jest drugi powód - że drożeją maszyny i surowce, na przykład ropa. A jeśli drożeje ropa, to rosną koszty produkcji energii i koszty transportu. Ponieważ energia i transport wydają się niezbędne przy każdej produkcji, następuje powszechny wzrost kosztów. Drogi import poprawia koniunkturę producentów krajowych. Jeśli mazut jest droższy, można sprzedać więcej węgla. Ale przecież baronowie węglowi nie są altruistami i chętnie (powód trzeci) wykorzystają okazję, aby zażądać więcej za swój produkt. Wróćmy do bananów, drożyzna konsumpcyjna też ma konsekwencje (czwarty powód) - spadek płac realnych i żądania wzrostu płac.
O ile wzrosną ceny w następstwie, powiedzmy, dziesięcioprocentowej dewaluacji? Cztery, pięć, a może sześć procent? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Pewne jest tylko, że inflacja będzie i że będzie zjadać korzyści eksporterów z dewaluacji.

Monetarne zwężanie portfela
Negatywne skutki inflacji kosztowej można zneutralizować polityką monetarną. Jeżeli podniesiemy stopy procentowe i zmniejszymy wartość kredytów, to inflacji rzeczywiście nie będzie. Tyle że doskonale wiemy, co producenci myślą o drogich kredytach. Wiemy także, co o wysokich stopach mówi rząd. Nasza wiedza nie powinna jednak uśpić nas na tyle, abyśmy nie zauważyli, że rząd, domagając się równocześnie obniżki stóp i dewaluowania złotego, żąda niemożliwego. Przypomina zelotę, który żarliwie modlił się, aby Bóg zesłał mu żonę piękną i wierną zarazem. Nie wiedział, że takiego cudu nawet Stwórca nie potrafi uczynić.
Najgorsze mam na koniec. Przy dewaluacji pojawia się zarówno inflacja, jak i wzrost realnego oprocentowania. Impuls kosztowy nie jest bowiem jedynym bodźcem wzrostu cen. Drugim jest wzrost podaży pieniądza. Dewaluacja powoduje nie tylko zwiększony napływ dewiz, ale także zmusza do wymiany dolarów, euro itd. na złotówki po wyższym kursie. Krajowego pieniądza jest w obiegu więcej i to ciągnie ceny w górę. Były w minionej dekadzie lata, w których gwałtownie rosły rezerwy walutowe, a wymiana walut była zasadniczym źródłem emisji pieniądza. Nie trzeba dodawać, że były to lata najwyższych realnie stóp procentowych.

Masz kredyt - strzel sobie w łeb
Negatywne skutki dewaluacji występują zawsze i w każdej gospodarce. Jest jednak jeszcze jeden czynnik, z powodu którego wołanie o znaczną dewaluację złotówki jest namawianiem do katastrofy gospodarczej. Są nim kredyty. Nasze firmy (a także gospodarstwa domowe), chcąc obniżyć koszty, korzystały chętnie z kredytów denominowanych w walutach obcych. Korzystały i skorzystały - mają dług oprocentowany nie na 18 proc., lecz na 13 proc. Co stałoby się jednak, gdyby nastąpiła skokowa dewaluacja? Przy dewaluacji pięcioprocentowej (dolar po 4,2 zł) jeszcze nic. Po prostu koszt ich kredytów zrównałby się z kosztem kredytu złotowego. Jakie byłyby konsekwencje dewaluacji dziesięcioprocentowej (4,4 zł) czy piętnastoprocentowej (4,6 zł)? Straszne! Najlepsze inwestujące firmy zostałyby w jednej chwili postawione w sytuacji szczęśliwych posiadaczy najdroższych kredytów świata, a fala bankructw przepływająca przez kraj zatopiłaby i Aleje Ujazdowskie (rząd), i ulicę Świętokrzyską (Ministerstwo Finansów i NBP).

Pomału, bez cudów i deficytu budżetowego
Czy zatem doraźne interwencje na rynku walutowym, osłabiające na krótko kurs złotego, są niemożliwe? Takie działania zawsze są możliwe, a czasem nawet opłacalne. Tyle że trzeba mieć świadomość zarówno tego, o jaką skalę zmian idzie, jak i tego, że są to działania doraźne, które nie mogą przynieść trwałego efektu.
Podstawowym czynnikiem wywołującym aprecjację złotego jest napływ dewiz związany z inwestycjami zagranicznymi. Inwestycje rzeczowe niech płyną strugą jak najszerszą. Drugi kanał napływu stanowią inwestycje portfelowe, związane z zakupem papierów skarbowych. I ten strumień należy zwężyć. To jednak wymaga nie tyle (i nie tylko) obniżenia stóp procentowych, ile zmniejszenia deficytu budżetowego. Skoro budżet pożycza w ciągu roku 40 mld zł, to nawet jeśli stopa interwencyjna zmniejszy się z 9,5 proc. do 6 proc., i tak znajdą się za granicą chętni do kupowania bonów i obligacji skarbowych.
Dlatego zasadniczym sposobem trwałego osłabienia złotego jest redukcja deficytu budżetu. Dodatkowe środki związane z interwencyjnym skupem walut mogą przynieść eksporterom chwilową ulgę, ale nie mogą zmienić obiektywnej tendencji wynikającej z napływu inwestycji portfelowych. Poza tym są to zabiegi kosztowne i długotrwałe ich stosowanie przypominałoby rozrzucanie dolarów z okien centrali NBP.
Istnieją jeszcze inne środki, na przykład obniżka kosztów. Po części zależy ona bezpośrednio od producentów. W znacznie większym stopniu owe koszty kształtuje władza. Eksporter skarży się, że obecny kurs dolara nie zapewnia mu opłacalności. Jak jednak wyglądałaby efektywność przy obniżonym opodatkowaniu lub przy niższych stawkach ubezpieczeniowych? Czy nie okazałoby się wtedy, że 4 zł za dolara to cena w sam raz? 


Słaby złoty, czyli później w UE
JANUSZ JANKOWIAK
główny ekonomista BRE Banku

Zbliża się termin przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, nic więc dziwnego, że nasza waluta się umacnia. Jeśli rząd naprawdę chce osłabić złotego, powinien publicznie ogłosić, że nie interesuje nas szybkie wejście do unii czy strefy euro. Koszty, jakie trzeba byłoby wtedy ponieść, są jednak znacznie wyższe niż korzyści wynikające z osłabienia kursu złotego.
Kaucja dla spekulanta
JERZY OSIATYŃSKI
były minister finansów

Aby osłabić złotego, być może trzeba znów rozważyć zarzucony pomysł wprowadzenia kaucji, jakie musieliby wpłacać inwestorzy portfelowi spekulujący na naszym rynku. Można się także zastanowić, czy nie należałoby przesunąć terminu wprowadzenia pełnej wymienialności złotówki. W negocjacjach z Unią Europejską zobowiązaliśmy się to zrobić już w październiku roku 2002.
Interwencja to ostateczność
STANISŁAW GOMUŁKA
doradca ministra finansów

Trudno dziś liczyć na znaczne osłabienie złotego - takie działania byłyby trudne i bardzo kosztowne. Można sobie jednak wyobrazić interwencję, której efektem byłoby niewielkie osłabienie polskiej waluty, a także - co ważniejsze - zmniejszenie dużych fluktuacji jej kursu. Tego rodzaju działania to jednak ostateczność. W pierwszej kolejności Rada Polityki Pieniężnej powinna rozważyć dalsze obniżenie stóp procentowych. To przecież również ważny instrument wpływania na rynek walutowy.
Więcej możesz przeczytać w 21/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0