Bogactwo nędzy

Bogactwo nędzy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z HERNANDEM DE SOTO, peruwiańskim ekonomistą

Hernando de Soto
Urodził się przed 60 laty w Limie. Młodość spędził w Szwajcarii. Do Peru wrócił w 1980 r. W okresie prezydentury Alberta Fujimoriego został doradcą rządu peruwiańskiego. Był doradcą prezydentów: Władimira Putina (Rosja), Vicenta Foxa (Meksyk), Hosni Mubaraka (Egipt) i Bertranda Aristidea (Haiti). Napisał dwa światowe bestsellery: "Inny szlak" oraz wydaną właśnie w Polsce "Tajemnicę kapitału". Jest laureatem wielu prestiżowych wyróżnień, między innymi Nagrody im. Adama Smitha, nagród Instytutu Goldwatera i Międzynarodowego Stowarzyszenia Edukacji Ekonomicznej.


Jan M. Fijor: Uważa pan, że zamach na World Trade Center był ciosem wymierzonym w system kapitalistyczny. Komu zależy na niszczeniu kapitalizmu?
Hernando de Soto: Tym, którzy wbrew oczywistym faktom twierdzą, że jest to system niesprawiedliwy, utrzymujący wyzysk i nierówność. Powodem ataku nie były stosunki na linii Waszyngton - Tel Awiw - Palestyńczycy. To był jedynie pretekst. Gdyby nie Arabowie, pojawiłby się ktoś inny. Ugrupowań nienawistnych kapitalizmowi jest wiele - trockiści, antyglobaliści, ekstremiści spod znaku ochrony zwierząt, przyrody etc. Atakują USA, bo tam - zgodnie ze wskazaniami Lenina - znajduje się "kręgosłup" systemu. Chcą go osłabić.
- Dlaczego?
- Spośród sześciu miliardów ludzi zamieszkujących Ziemię tylko miliard żyje w systemie kapitalistycznym, reszta zaś w różnych socjalizmach, feudalizmach i innych represyjnych i antyrynkowych systemach utrwalających ubóstwo. Bin Laden jest ich reprezentantem. Wiedział, że nie jest w stanie zniszczyć Stanów Zjednoczonych bezpośrednio, posłużył się więc starą chińską taktyką prowadzenia wojny przez skłócanie społeczeństwa. On zdaje sobie sprawę, że poparcie ma niewielkie, a zatem otacza się sfrustrowanymi biedakami z Bliskiego Wschodu i krajów muzułmańskich. Tymczasem każdy, nawet najbiedniejszy człowiek, jest z natury przedsiębiorcą. Rewolucjonistą staje się niechętnie, i to dopiero wtedy, gdy system, władza uniemożliwiają mu prowadzenie biznesu. W Peru legalizujemy dzisiaj działania kilkuset tysięcy drobnych przedsiębiorstw działających dotychczas nielegalnie czy może raczej pozalegalnie, czyli w sposób nie usankcjonowany przez obowiązujące przepisy. Równocześnie tworzymy podstawy prawne systemu własności działek i innych nieruchomości. Tworzymy system prawny, który będzie chronił własność. Jeśli my tego nie zrobimy, zastąpią nas terroryści. Oni odgrywają rolę państwa zastępczego, służącego ludziom znajdującym się poza marginesem legalności. Na czym polegała działalność Ismaela Guzmana, przywódcy peruwiańskich terrorystów Świetlistego Szlaku? Na tym, że gwarantował ludziom, właśnie biedakom, prawo do tego, co de facto posiadali, a co de iure nie było ich własnością.
- Czy wnioski płynące z sytuacji w Peru można rozciągać na inne kraje?
- Oczywiście. W Peru do niedawna prawie półtora miliona osób uprawiało liście koki. Ich działalność była nielegalna, kiedy potrzebowali ochrony, dostarczał jej właśnie Guzman i jego ludzie. Naciskaliśmy więc z prezydentem Fujimorim na Waszyngton, tłumacząc Amerykanom, że walka z wieśniakami nie ma sensu, bo to nie oni są winni rozprzestrzeniania się narkomanii, lecz bossowie karteli i "narcotraficantes", czyli producenci i przemytnicy narkotyków. Dajmy chłopom tytuł własności ziemi, nauczmy ich uprawiać inne rośliny i problem zniknie. Nie zniknął całkowicie, ale produkcja liści koki po uwłaszczeniu peruwiańskich chłopów zmniejszyła się o ponad 70 proc. Podobne problemy istnieją w Kolumbii, Boliwii, Afganistanie czy niektórych azjatyckich republikach byłego ZSRR. Znaczna część ludności uprawia tam kokę, mak na opium czy prowadzi inną działalność zakazaną prawem. Rodzi to frustrację i sprzyja rozprzestrzenianiu się sił wrogich kapitalizmowi.
- Dla tych biedaków produkcja narkotyków oznacza jednak "być albo nie być", bez niej umrą z głodu...
- I właśnie dlatego nie można ich zostawiać samym sobie. Trzeba się dowiedzieć, gdzie żyją, dać im możliwość legalnej działalności i problem zacznie znikać. Należy zinwentaryzować majątek należący do biedaków i wskazać im inne sposoby jego wykorzystania, tak jak zrobiono to kiedyś w Japonii czy później w Peru.
- Czy majątek biedaków z Trzeciego Świata ma w ogóle jakąś wartość? Czy wystarczy do stworzenia fundamentów lepszego bytu?
- Wbrew pozorom tak. Na przykład w Haiti, jednym z najbiedniejszych krajów, wartość majątku ludzi biednych czterokrotnie przewyższa wartość 123 największych (legalnych) przedsiębiorstw, wliczając filie koncernów amerykańskich i francuskich. Podobnie jest w Egipcie - tam nie zalegalizowany, "dziki", a przez to "martwy kapitał", z którego nie można korzystać, wart jest 30 razy więcej niż aktywa przedsiębiorstw notowanych na giełdzie w Kairze. W Meksyku - poza legalnym obiegiem gospodarczym, a więc poza kontrolą czy wpływem rządu - funkcjonuje do 70 proc. zasobów prywatnych. W Rosji majątek biedaków był do niedawna źródłem ponad 50 proc. dochodu narodowego brutto. Powiedziałem rok temu prezydentowi Putinowi, że jeśli zostawi tę podziemną gospodarkę na pastwę losu, to zajmie się nią mafia. Alternatywą podziemia jest włączenie szarej strefy w legalną gospodarkę. W krajach Trzeciego Świata, w rękach najuboższych, którzy stanowią ponad 80 proc. ich populacji, znajduje się majątek o wartości 10 bilionów dolarów. To ogromne bogactwo! Co z tego, skoro ten kapitał w części jest marnotrawiony, a w części "martwy". W Egipcie w rękach biedaków znajduje się 55 razy więcej walorów, niż wynosi wartość wszystkich inwestycji zagranicznych poczynionych w tym kraju przez ostatnie 200 lat. Równocześnie ponad 90 proc. Egipcjan żyje w nędzy, nie mogąc tego kapitału formalnie wykorzystać do pomnażania majątku. Nie posiadają hipotek, tytułów własności, pozwoleń itp. Nie mogą go ubezpieczyć, zastawić, legalnie spieniężyć czy wykorzystać w inny sposób. Każdy slums ma potencjalną wartość...
- Czy to znaczy, że kraje biedne nie są wcale takie biedne?
- Ich problemem nie jest brak kapitału, lecz niemożność jego ekonomicznego wykorzystania. Na przeszkodzie stoi system własności, a raczej jego brak. Zresztą podobnie jest w krajach byłego obozu komunistycznego. Większość ziemi w byłym ZSRR nie ma hipotek; to są te wszystkie "wieczyste dzierżawy", majątki pokołchozowe, mieszkania spółdzielcze, służbowe, popaństwowe, popartyjne, ziemia niczyja, nie zinwentaryzowana. Zachód miał podobne problemy, ale 200 lat temu. W Kalifornii funkcjonowało wtedy aż 800 różnych systemów inwentaryzacji własności ziemskiej. Na szczęście ktoś wpadł na genialny pomysł, aby system uporządkować i ujednolicić. Podobny proces dokonał się w XVIII wieku w Niemczech, Francji i Anglii, gdzie osłabiając "boski" majestat władców i królów, nadano masom między innymi prawo własności. Dzięki temu, a także dzięki kodeksowi Napoleona - wbrew proroctwom Marksa o akumulacji "coraz większego majątku w rękach coraz mniejszej liczby ludzi" - udało się wciągnąć biednych w orbitę systemu kapitalistycznego. Powstała klasa średnia, która później stała się motorem rozwoju. W krajach Trzeciego Świata i byłego obozu komunistycznego kapitalizm jest wciąż domeną elit. Teza, że ludzie biedni nie potrafią się dostosować do kapitalizmu, jest aberracją. Spójrzmy, z jaką mrówczą energią pracują szare strefy Meksyku, Polski czy Filipin. Jeśli o tych ludziach zapomnimy, kapitalizm będzie zagrożony nie dlatego, że jest zły, lecz dlatego, że stał się dla nich niedostępny. Rozwinięty Zachód musi pomóc biednym. Nie chodzi o wysyłkę koców, lekarstw czy kontenerów z żywnością, lecz o pomoc w uruchomieniu drzemiącego w nich potencjału. Jeśli kraje Zachodu tego nie uczynią, zrobią to za nich terroryści! Innego wyjścia nie ma.

Więcej możesz przeczytać w 25/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0