Alibi zwycięstwa

Alibi zwycięstwa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Próby dyskontowania sukcesu "Pianisty" Polańskiego jako triumfu polskiego kina mogą przynieść tylko marny zysk
Tomasz Raczek: Panie Zygmuncie, chcę pana dzisiaj namówić na rozmowę, jakiej jeszcze nie prowadziliśmy! Porozmawiajmy o filmie, którego nie widzieliśmy (!) - o "Pianiście" Romana Polańskiego.
W ten sposób znajdziemy się w sytuacji większości Polaków, którzy ciągle słyszą o tym filmie, czytają o nim, ale nie mają szansy, by go zobaczyć. Jednocześnie są świadkami kłótni, jaka rozgorzała w mediach na temat przyznania temu filmowi Złotej Palmy w Cannes. Czy jest to film polski? Czy Roman Polański jest polskim reżyserem? Czy można powiedzieć, że tegoroczna Złota Palma przypadła polskiej kinematografii?
Zygmunt Kałużyński: Słusznie pan zwraca uwagę, że ta sprawa stała się okazją, by przyjrzeć się obecnej sytuacji kina polskiego. Środowisko filmowe potraktowało triumf filmu jako zwycięstwo kinematografii narodowej.
TR: Ale przecież Polska była tylko jednym z wielu koproducentów tego filmu, obok Niemców, Francuzów, Anglików.
ZK: To zresztą nic nowego! Polscy fachowcy niejednokrotnie brali udział w produkcji filmów, które powstawały na całym świecie. Tym razem to jednak wypadek szczególny, bo przy okazji w jaskrawy sposób objawiła się neurastenia, jaka dotknęła polski film w ostatnich latach.
TR: Ma pan na myśli nerwową reakcję producenta Lwa Rywina, który w czasie telewizyjnej dyskusji z krytykiem Zdzisławem Pietrasikiem, wyrażającym wątpliwości, czy zbyt pochopnie nie podpisujemy się pod tym sukcesem, zarzucił mu działanie na niekorzyść polskiego kina?
ZK: Właśnie o to chodzi. W obecnej sytuacji na granicy przepaści i rozpaczy polskie środowisko filmowe chce sobie gwałtownie znaleźć jakieś alibi. Z "Pianisty" usiłuje zrobić podnoszącą na duchu okazję. Idzie też o to, żeby zapadły decyzje prawne w sprawie utrzymywania produkcji filmowej przez państwo. To dlatego tak bezceremonialnie wykorzystuje się w argumentacji sukces tego filmu.
TR: Chce pan powiedzieć, że w tej dyskusji chodzi o pieniądze, a nie o patriotyzm?
ZK: Tak, chodzi o pieniądze, panie Tomaszu! Polemika, o której pan wspomniał, rozwijała się w ten sposób, że Rywin stwierdził, iż jest to triumf kina polskiego. Pietrasik z kolei był zdania, że nie wolno tak kwalifikować tej sytuacji, bo przecież Polański jest filmowcem internacjonalnym. Polski epizod w jego życiu jest tylko jednym z wielu, obok francuskiego czy amerykańskiego. Poza tym film nie łączy się bynajmniej z obecną taktyką kulturalną kina polskiego.
TR: To fakt. "Pianista" powstał nie dlatego, że komuś w Polsce przyszło do głowy, aby podsunąć Polańskiemu starą, napisaną przy współpracy Jerzego Waldorffa i wydaną tuż po II wojnie światowej wspomnieniową książkę żydowskiego kompozytora Władysława Szpilmana. Zrobił to angielski prawnik reżysera Ian Birmingham. Potem Polański poprosił angielskiego dramaturga Ronalda Harwooda o napisanie na tej podstawie scenariusza filmowego. Tak to się zaczęło...
ZK: Zobaczmy, jak wygląda teraz los tego filmu. Co prawda, nie możemy go zobaczyć...
TR: ...premiera we wrześniu...
ZK: ...ale już mamy wystarczająco dużo informacji, żeby się zorientować, o co chodzi. Zapoznałem się z reakcją prasy francuskiej, która jest wstrzemięźliwa.
TR: Lew Rywin pokazywał w telewizji stronę tytułową jednego z francuskich dzienników, gdzie było napisane: triumf kina polskiego?
ZK: Ależ to przykład samobójczy, bo jeżeli Francuzi uważają "Pianistę" za triumf kina polskiego, to znaczy, że nie widzą go w ramach swojej kultury filmowej, ani też nie stawiają wysoko. Film ma opinię przyzwoitej roboty, niemniej nie dorównuje dawnym błyskotliwym pozycjom Polańskiego. Krytyka zarzuca mu wręcz niejaką monotonię, co jest paradoksalne wobec tematu, którym jest przeżycie samotnego, ocalałego z pogromu Żyda w ruinach Warszawy.
TR: Dlaczego więc przyznano temu filmowi Złotą Palmę w Cannes, bodaj najważniejsze wyróżnienie światowego kina?
ZK: To również nie jest dowodem sukcesu sztuki filmowej! Byłem parokrotnie na festiwalu w Cannes i czytałem na jego temat wiele. Wiadomo, że Cannes to ogromny rynek - nie tylko festiwalowy, ale również handlowy. Ścierają się tam dwie wielkie grupy kinematograficzne, amerykańska i europejska. Jury jest zwykle w kłopocie! Jeżeli da się nagrodę filmowi amerykańskiemu, to frustrują się Europejczycy, a gdy nagrodzi się film francuski, wtedy Amerykanie, którzy włożyli w festiwal ogromne pieniądze, będą bardzo niezadowoleni. Przyjęło się więc, że Złota Palma przypada zwykle filmowi neutralnemu, nie przynależącemu do tych dwóch potęg, ale za to reprezentującemu bieżący temat publicystyczny. Właśnie z tego powodu Złotą Palmę otrzymał swego czasu "Człowiek z żelaza" Wajdy, któremu daleko było do miana osiągnięcia artystycznego, ale wtedy było głośno o walce "Solidarności" z komunistami. Podobnie stało się z algierskim filmem "Wielkie lata naszego życia", gdy w Algierze trwała wojna. Film najbardziej wartościowy w Cannes otrzymuje zwykle Grand Prix du Jury.
TR: Tę nagrodę w tym roku otrzymał Aki Kaurismaki za film "Człowiek bez przeszłości". Ale skoro przytoczył pan nazwisko Andrzeja Wajdy, to muszę panu powiedzieć, że słyszałem, jak po sukcesie "Pianisty" sędziwy twórca "Ziemi obiecanej" wyrażał w telewizji radość, iż Polański niejako kontynuuje dzieło, które on sam podjął wiele lat temu.
ZK: Panie Tomaszu, nie trzeba być pilnym obserwatorem dziejów kinematografii polskiej, by widzieć, do jakiego stopnia świat Wajdy i świat Polańskiego są różne. To jeszcze jedno podszycie się, żeby wywołać korzystną dla naszego kina gorączkę. "Pianista" Polańskiego otrzymał w tym roku Złotą Palmę dlatego, że jego temat okazał się publicystycznie ważny.
TR: Bo wpisał się w dyskusję wokół walki Izraela z Palestyńczykami. Żydom pilnie potrzebne jest przypomnienie ich własnego męczeństwa sprzed ponad pół wieku, aby świat nie zapomniał o proporcjach, aby nagle nie okazało się, że ci, którzy do niedawna walczyli o przetrwanie jako naród, nagle zostaną w opinii publicznej uznani za brutalnych oprawców.
ZK: I taka jest intencja nagrodzenia Polańskiego! Tylko co to ma wspólnego z losem kina polskiego?!
TR: Musi pan jednak przyznać, że w realizacji filmu wzięło udział wielu polskich artystów - od scenografów i muzyków po aktorów drugoplanowych. "Zagrały" też w nim ulice warszawskiej Pragi oraz Krakowskie Przedmieście.
ZK: To ciągle za mało, żeby ten film traktować jako triumf kina polskiego, bo - jak już mówiliśmy - polscy fachowcy nieraz już uczestniczyli w produkcji filmów zagranicznych. Przypomnę z historii kina nazwisko Ryszarda Bolesławskiego. Opuścił nasz kraj, udał się do Hollywood i stał się tam czołowym reżyserem. Do tego stopnia, że reżyserował jedyny film, w którym wystąpili wszyscy członkowie rodziny Barrymore, wówczas uważanej za reprezentacyjną familię aktorską w USA. To był film o zamordowaniu Rasputina. Ethel Barrymore grała carycę. John Barrymore grał Jusupowa, oficera, który zaplanował zamach na Rasputina, a Lionel Barrymore, najbardziej charakterystyczny z trójki, grał samego Rasputina. Mało tego - Bolesławski realizował filmy z najwybitniejszymi ówczesnymi aktorkami - Olivią de Havilland czy Marleną Dietrich ("Ogród Allacha").
TR: To chyba powód, panie Zygmuncie, byśmy powiększyli naszą dumę z polskiego filmu!
ZK: Idąc dalej tą drogą i będąc złośliwym, mógłbym powiedzieć, że do polskich reżyserów powinniśmy też zaliczyć Billyego Wildera jako autora takich polskich filmów jak "Pół żartem, pół serio" z Marylin Monroe, która zresztą zagrała polską instrumentalistkę wyspecjalizowaną w grze na bandżo. Wilder pochodził przecież z Galicji i nawet mówił po polsku! Takich przykładów można znaleźć więcej, ale chyba tylko po to, żeby lepiej dostrzec, do jakiego stopnia patriotyczny sukces Polańskiego jest ciągnięty za uszy i z zajadłością lansowany. W tym wszystkim jest coś przygnębiającego i upokarzającego dla miłośnika kina polskiego. Przypomniała mi się w tym momencie anegdotka: kupa była przylepiona do kadłuba statku stojącego w porcie. Pewnego dnia statek wypłynął na morze. Płyniemy! - wykrzyknęła kupa. Jest coś pozbawionego godności w działaniu tych obrońców kina polskiego, którzy z takim zgiełkiem usiłują przypadkowy triumf "Pianisty", którego nie należy bynajmniej zaliczać do kina polskiego, zdyskontować w nadziei, że im to przyniesie jakiś marny zysk. Bo zysk z tego może być tylko marny.
Więcej możesz przeczytać w 25/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0