Opiekunkom dziękujemy

Opiekunkom dziękujemy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Doyle proponuje kobietom, by zapomniały o "micie równości", który sprawdza się w biurze, ale w małżeństwie nie ma dla niego miejsca
Wydawało się, że syndrom żony uległej, jak wiele innych, został już na tyle ośmieszony i rozebrany na czynniki pierwsze, że nic nowego w tej sprawie nie da się powiedzieć. Nic bardziej mylnego. Chętnych, którzy ponownie pragną się przyjrzeć głównej bohaterce większości domowych dramatów, nie brakuje.
Właśnie okazało się, że żona uległa nie jest - jak sądzono do niedawna - niewolnicą małżeńskiej alkowy czy przykutą do garnków specjalistką od włoskich sosów, ale dzieckiem feministycznych przemian. To podobno dzięki Betty Friedan i jej ideologicznym koleżankom kobieta zniewolona może sobie nareszcie pozwolić na totalne wyluzowanie. Nie musi już kurczowo bronić dostępu do własnego konta w banku ani egzekwować od bliskiego sercu mężczyzny bycia bohaterem na miarę czasów. Nic już nie musi i dlatego stać ją na szeroko rozumianą uległość. Tak przynajmniej twierdzi w "Żonie uległej" Laura Doyle, autorka tego amerykańskiego bestsellera. Wóz albo przewóz, czyli albo mąż wraz z odkryciem w swojej żonie gejszy zmieni się na lepsze, albo pokaże swój podły charakter i trzeba będzie się z nim pożegnać. Jedno, według pani Doyle, żony pana Doylea, nie ulega wątpliwości, żeby się przekonać, z kim się jest, trzeba zawsze spuścić z tonu.
"Bohatersko zrezygnować z pozycji dominującej w związku i raz na zawsze odzwyczaić się od dawania otuchy, okazywania wytrwałości i nieugiętości bez względu na cenę, jaką przyjdzie za to zapłacić". Mężczyzna domowy musi radzić sobie sam. Żeby go nie spłoszyć, należy się wystrzegać wszelkiej krytyki, wykluczone jest także wydawanie poleceń i przejmowanie inicjatywy. Niech robi wszystko po swojemu. Płaci rachunki z opóźnieniem, nosi za długie włosy i sweterki, które już dawno wyszły z mody. Tylko wówczas żona uległa dowie się, jaki naprawdę jest jej mąż. Głupi, beztroski i bezmyślny czy też mądry, rozważny i całkiem do rzeczy. "Poza tym, jeśli nie przestaniesz układać mu życia, nigdy nie dowiesz się, jak to jest mieć męża" - zachęca do rewolucji Doyle.
My, kobiety, rezygnujemy z tej szansy już po ślubie, gdy wraz z założeniem na palec obrączki zaczynamy dyrygować rozkładem dnia naszego mężczyzny - decydujemy, z ilu jajek ma zjeść jajecznicę i z którymi kolegami nie wolno mu się spotykać. Jeśli się w porę nie przyhamujemy, ten odarty z godności własnej facet zamknie się w sobie. Raz na zawsze i nawet się nie spostrzeżemy, a już będziemy miały u boku kandydata na Dulskiego. Czy naprawdę chcemy?
"To oczywiste, że nikomu nie jest łatwo z własnej i nieprzymuszonej woli pozbawić się etatu domowego kontrolera, ale mimo wszystko - pisze Doyle - czy mężczyzna, którego możesz kontrolować, nie jest gorszy od tego, którego kontrolować nie możesz?". Jest również pewne, że koniec uległego męża prawie zawsze oznacza początek uległej żony.
Pozostaje tylko pytanie, jak długo trzeba czekać na dobroczynne efekty tej metamorfozy. Niestety, i tu trzeba się uzbroić w cierpliwość. "Zwłaszcza że - jak zauważa Doyle - niektóre żony tak pracują nad doskonaleniem mężów, że już same nigdy nie mogą stać się dobrymi żonami". Inne z kolei są w stanie przymknąć oko na zły gust męża i jego siorbanie przy stole, ale szyfru do sejfu nie mają zamiaru wyrzucić z pamięci. Jeśli jednak nawet ta najbardziej rozmiłowana w finansach nie zrezygnuje z ich kontrolowania, na zawsze pozostanie dla swego męża nie żoną, lecz mamusią. Brrr.
"Nie trzeba więc dusić i pytać, co mu leży na wątrobie, wreszcie nie jesteś jego mamusią ani terapeutką" - irytuje się Doyle, a mimo to kobietom ciągle niesłychanie trudno świadomie zrezygnować z posady opiekunki. Gdy zatem którejś z nas spontanicznie przyjdzie do głowy, aby zapytać pana domu o samopoczucie, pomyślmy, jak byśmy się czuły, gdyby ten publicznie zapytał nas o to, ile ważymy. Przyznam, że do tego momentu książka Doyle wydawała mi się całkiem zabawna i nie pozbawiona życiowego sprytu. Zrozumiałam, jak jest w swej przewrotności niebezpieczna, gdy Doyle bez zająknięcia proponuje kobietom, aby zapomniały o "micie równości". Ten sprawdza się - jej zdaniem - w biurze, gdzie kobieta może sobie pofeminizować, ale w małżeństwie nie ma dla niego miejsca.
Doyle proponuje także nową interpretację korzyści, które płyną z feminizmu. Umożliwia on kobietom podjęcie decyzji, kiedy i w jakich sytuacjach chcemy i możemy być bezradne i uległe. Podążając tym tropem, feministka ť la Doyle wyrzuca ze swojej główki seksistowskie skrupuły i koncentruje się na doskonaleniu sypialnianego repertuaru. Ma być kobieca, ma wzdychać do księżyca w koronkowym dezabilu i dla poprawy mężowskiego samopoczucia mistrzowsko udawać orgazm. Nie zaszkodzi przynajmniej raz dziennie, jak radzi Doyle, ścisnąć mężowskie ramię i powiedzieć: "Och, ależ ty jesteś silny". W świecie mężczyzn należy działać dyplomatycznie, co w języku Doyle oznacza milczenie, kłamstwa i robienie z tata wariata. Żeby jednak ogłupić własnego męża, z samej siebie też trzeba uczynić kretynkę. Wtedy podobno wszystko się zbilansuje, mężczyzna i kobieta będą sobie bliżsi, a ich związek przetrwa wszystkie zawirowania. Brrr.
Więcej możesz przeczytać w 25/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0