Kaukaska szachownica

Kaukaska szachownica

Wojna w Czeczenii utrwaliła prozachodnią orientację Gruzji i Azerbejdżanu
 

Wielonarodowy tygiel między Morzem Czarnym a Morzem Kaspijskim wciąż pozostaje beczką prochu. O wpływy w tym gorącym regionie leżącym na granicy Europy i Azji rywalizowało w historii wiele imperiów. Ostatnio nie chodzi jednak wyłącznie o kontrolę nad Jedwabnym Szlakiem, lecz przede wszystkim o petrodolary. Na Kaukazie ścierają się interesy Rosji i Stanów Zjednoczonych. Zdaniem prof. Zbigniewa Brzezińskiego, region ten stanowi istotny fragment światowej szachownicy, na której toczy się globalna gra.
Ostatnio do większej aktywności na Zakaukaziu zmusiła wiele "figur" wojna w Czeczenii. Rosja nie ustaje w zastraszaniu państw tego regionu, a politycy Stanów Zjednoczonych spieszą z daleko idącymi obietnicami wsparcia. Przywódcy Gruzji i Azerbejdżanu, obawiając się rozszerzenia konfliktu, zacieśnili kontakty z Zachodem. Azerbejdżan wyraził wolę ścisłej współpracy z NATO, a Gruzja mówi otwarcie, że chciałaby zostać członkiem paktu. W listopadzie ubiegłego roku kilku wysoko postawionych amerykańskich urzędników zadeklarowało, że w razie rozszerzenia się czeczeńskiego konfliktu na Zakaukazie Zachód będzie wspierać niepodległość Gruzji i Azerbejdżanu i udzieli tym krajom konkretnej pomocy.
Rządzący Gruzją od 1992 r. Eduard Szewardnadze wielokrotnie dawał do zrozumienia, że jego kraj wybrał orientację prozachodnią, ale starał się też utrzymywać poprawne stosunki z Moskwą. Ostatnia wojna w Czeczenii stała się jednak swego rodzaju cezurą. Szewardnadze zgłosił aspiracje Gruzji do członkostwa w NATO. - Gruzja jest najbardziej narażona na skutki wojny w Czeczenii, gdyż ma z nią wspólną granicę. Od początku kampanii kraj ten stał się też celem wyjątkowej agresji propagandowej ze strony Rosji - zauważa Wojciech Górecki, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich.
Szewardnadze, który przed dwoma tygodniami przedłużył swe rządy o kolejne pięć lat, wie, co czyni. Rosja jest wprawdzie za słaba, aby podporządkować sobie Zakaukazie, ale dysponuje wystarczającymi instrumentami, by wywierać na ten region istotny wpływ. Jak zauważa Wojciech Górecki, w wyniku wojny czeczeńskiej Gruzja znalazła się między młotem a kowadłem - agresja propagandowa Rosji świadczyła o tym, że znowu może ona wywoływać wewnętrzne konflikty. Równocześnie obecność dobrze uzbrojonych licznych oddziałów czeczeńskich na terenach przygranicznych jest dużym zagrożeniem dla państwa. Gruzja ma więc powody, by się bać i Rosji, i Czeczenii.
Rosji obawia też Azerbejdżan, który coraz śmielej wyciąga rękę w kierunku Zachodu. Podstawowym problemem tego państwa jest jednak Górny Karabach, choć ostatnio nastąpiło duże przyspieszenie procesu pokojowego w tym rejonie. Jest to w dużym stopniu rezultat wysiłków amerykańskiej dyplomacji, która zabiegała o to, by posadzić przy jednym stole zwaśnionych przywódców - Gajdara Alijewa i Roberta Koczariana. - Stany Zjednoczone postanowiły przeciwstawić pokój w Karabachu wojnie w Czeczenii. Porozumienie pokojowe związałoby ręce Moskwie, nie mogłaby ona wykorzystywać Karabachu jako instrumentu nacisku na Azerbejdżan. Uniemożliwiłoby to eskalację konfliktu na rejon Zakaukazia - podkreśla Wojciech Górecki. Rozwiązanie problemu Górnego Karabachu umożliwi realizację projektów związanych z transportem ropy naftowej i stworzy realne szanse rozwoju gospodarczego całego regionu.
Teraz dużo będzie zależało od polityki Zachodu, od jego konsekwencji. W górach "gorącego Kaukazu" nie brakuje bowiem iskier, które w każdej chwili mogą się stać zarzewiem kolejnego konfliktu.
Okładka tygodnika WPROST: 17/2000
Więcej możesz przeczytać w 17/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0