Autobusy śmierci

Autobusy śmierci

Dodano:   /  Zmieniono: 
16 godzin na dobę jeżdżą polscy kierowcy autobusów
Przyczyna wypadków polskich autokarów, w tym najtragiczniejszego - w Balatonszentgyörgy, gdzie zginęło 19 osób, a 32 zostały ranne, sprowadza się do jednej liczby - 1,5 proc. Taka jest rentowność polskich firm zajmujących się międzynarodowymi przewozami autokarowymi. Na rynku konkuruje 2740 spółek eksploatujących ponad 13 tys. pojazdów. - Co roku podnosiliśmy ceny o 50 groszy na kilometrze. Jednak od dwóch lat ceny nie tylko nie rosną, ale wręcz spadają. Wiele firm wzięło autokary w leasing, więc by mogły one na siebie zarabiać, muszą przejechać przynajmniej 15 tys. kilometrów w miesiącu - opowiada Krzysztof Wawrzyńczak, właściciel biura podróży Miliarder w Katowicach. Firm nie stać na zatrudnianie dodatkowych kierowców, zatem ci, którzy są, muszą jeździć nawet po 16 godzin na dobę.

1630 kilometrów dziennie
- Kierowcy tłumaczą, że pracodawcy wymagają od nich pracy w takim wymiarze godzin, iż przekracza to ich fizyczne możliwości. Przedsiębiorcy zaś utrzymują, że stawki w transporcie są niskie, więc autokary muszą kursować non stop, by firma mogła zarabiać - mówi Tomasz Połeć, zastępca szefa Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego.
W jednej ze szczecińskich firm kierowcy już w maju przejechali 150 godzin nadliczbowych, czyli cały roczny dozwolony limit. Z kolei jedna z opolskich firm wyznaczała swoim pracownikom dzienne trasy wynoszące nawet 1630 kilometrów! - Wielokrotnie kierowcy sami prosili o zatrzymanie dowodu rejestracyjnego. Opowiadali, że nieraz zwracali uwagę właścicielowi firmy na przemęczenie zbyt długą pracą, ale ten tylko straszył ich zwolnieniem - wyjawia podkomisarz Zbigniew Płudowski z Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. - Kierowcy, którzy wieźli pielgrzymów do Medjugorie, całą trasę mieli pokonać w 25 godzin! To jest nierealne nawet dla dwóch kierowców. Do granicy powinien jechać jeden kierowca, a na granicy powinno go zmienić dwóch innych - tłumaczy Mieczysław Muszyński, wiceminister infrastruktury.

Niebezpieczni kierowcy
- Winę za większość wypadków ponoszą przemęczeni kierowcy - podkreśla Marek Jewuła, z zarządu ruchu drogowego Komendy Głównej Policji. Z danych policji wynika, że w ubiegłym roku kierowcy autobusów byli sprawcami 522 wypadków, w których zginęły 33 osoby, a 903 zostały ranne. Kierowcy autokarów łamią wszelkie reguły, bo właściwie nie ma przepisów, które regulowałyby zasady ich pracy (tak jak to jest w wypadku kierowców tirów). Państwowa Inspekcja Pracy może kontrolować czas pracy kierowców i karać pracodawców za jego przekraczanie. Jednak inspektorzy nie mogą sprawdzać pojazdów na trasach. Mogą to robić policjanci, którzy powiadamiają z kolei PIP. I tak koło się zamyka. W ubiegłym roku inspekcja pracy kontrolowała firmy zajmujące się pasażerskimi przewozami międzynarodowymi - w 91 proc. z nich stwierdzono naruszenia przepisów dotyczących czasu pracy.
W autobusach muszą być zamontowane tachografy rejestrujące czas pracy kierowców, lecz dane z nich są w prosty sposób fałszowane. - Istnieje obowiązek posiadania tachografów, ale nie ma obowiązku codziennego wymieniania tarcz do nich. Jeden wykres nakłada się na drugi i nie można nic odczytać - stwierdza komisarz Krzysztof Smaga z Wydziału Ruchu Drogowego KWP w Opolu.
- Nasi kierowcy robią wszystko, by dojechać do celu jak najszybciej. Nikt nie zwraca uwagi na bezpieczeństwo - mówi Jolanta Grzywińska, rzecznik Państwowej Inspekcji Pracy. Zarówno na Węgrzech, jak i w Austrii kierowcy jechali zbyt szybko, dlatego nie mogli zapobiec przewróceniu się autokarów. - Za granicą kierowcy autobusów bardziej się pilnują, bo wiedzą, że tamtejsza policja nie jest pobłażliwa. Natomiast na krajowych drogach szarżują. To prawdziwy horror - uważa Ilona Buttler, psycholog z Instytutu Transportu Samochodowego w Warszawie.

Autokarem najtaniej
Od początku tego roku firmy zajmujące się międzynarodowym przewozem osób muszą uzyskać stosowną licencję, która wydawana jest przez resort infrastruktury. Przyznanie licencji nie wiąże się jednak ze szczegółową kontrolą taboru. - Właściwie nikt nie wie, jak wyeksploatowane są autokary. One mają być tylko sprawne - mówi Tomasz Michalski, z Departamentu Transportu Ministerstwa Infrastruktury.
Aż 13 tys. autokarów należących do polskich firm kursuje po europejskich drogach. Wynika to z faktu, że polscy przewoźnicy oferują tańsze usługi. Cena przejazdu autobusem do Paryża, Rzymu, Londynu czy Madrytu jest trzykrotnie niższa od przejazdu koleją i dziesięciokrotnie niższa od cen przelotów samolotem. Kilkadziesiąt polskich miast ma stałe (4-5 razy w tygodniu) połączenia autobusowe z miastami na zachodzie Europy. Około 30 proc. z nich funkcjonuje nawet zimą. Najwięcej połączeń mamy z Niemcami. Z Wrocławia, Szczecina, Poznania, Zielonej Góry regularnie kursują autobusy do Berlina, Drezna, Hanoweru, Bonn, Monachium czy Hamburga. Kilkaset autobusów miesięcznie kursuje do Rzymu. Powodzeniem cieszą się także połączenia z Wiedniem, Brukselą, Paryżem, Wenecją, Sztokholmem, Zurychem, Stambułem, Atenami i Londynem.

Wyścig po klienta
Jeszcze większe zagrożenie niż autobusy jeżdżące na trasach międzynarodowych stanowią pojazdy przewożące ludzi po Polsce. Krótkie lokalne trasy obsługują zwykle małe firmy, które posiadają stary, zużyty tabor - większość autobusów ma ponad 15 lat (a nawet ponad 25 lat) - Rynek jest zapchany, więc przewoźnicy walczą o klienta wszelkimi sposobami. Kierowcy starają się pierwsi dojechać do przystanku, by odebrać klientów konkurencji - podkreśla Michał Czeszejko-Sochacki, komendant policji w podwarszawskim Otwocku. Z tego miasta kursy do Warszawy organizuje kilka firm. - Regularnie kontrolujemy te autobusy, ale o naszych akcjach kierowcy szybko się dowiadują, bo są w stałej łączności między sobą - dodaje Czeszejko-Sochacki. Najczęściej zastrzeżenia budzą niesprawne hamulce, układ kierowniczy, wadliwe oświetlenie, zniszczone ogumienie, wycieki oleju.
Policja stara się też regularnie kontrolować autobusy przewożące dzieci. Od kilku lat prowadzone są specjalne akcje: "Bezpieczne ferie" czy "Bezpieczne wakacje". - Każdy, kto wybiera się w dłuższą podróż autokarem, może zadzwonić do najbliższego komisariatu i poprosić o kontrolę samochodu oraz kierowcy - mówi Teresa Kałużyńska z zachodniopomorskiej policji. W ubiegły poniedziałek bytomska drogówka nie pozwoliła odjechać kierowcy, który miał zawieźć parafialną wycieczkę do Limanowej. - Trzy razy dmuchał w balonik i za każdym razem wskaźnik zawartości alkoholu w wydychanym powietrzu był wyższy - relacjonuje oficer ze śląskiej komendy.
- Zmiany przepisów i częstsze kontrole nie zapobiegną tragicznym wypadkom. Kierowcy i właściciele firm transportowych muszą mieć świadomość, że nie przewożą buraków, tylko ludzi. Może 99 razy im się uda, ale ten setny będzie tragiczny - zauważa Mieczysław Muszyński. Sposób na poprawę bezpieczeństwa jest prosty. Firmy, których autobusy uczestniczyły w wypadkach, powinny płacić wysokie składki ubezpieczenia, by nie opłacało się im ryzykować życia i zdrowia pasażerów.


Tragedia w Balatonszentgyörgy
Pierwszego i trzeciego lipca w wypadkach polskich autokarów na Węgrzech i w Austrii zginęło 21 osób, a 60 zostało rannych. Na Węgrzech zginęli pielgrzymi z Lubelszczyzny, którzy podróżowali do sanktuarium maryjnego w Medjugorie (Bośnia i Hercegowina): dziesięciu mężczyzn, siedem kobiet i dwoje dzieci. Najmłodsza z ofiar, 5-letnia dziewczynka, pojechała na pielgrzymkę wraz z rodzicami. Zginęła cała trójka. Małżeństwo osierociło trzech synów w wieku 9-14 lat. Kazimierz Sobieszek, wójt Czemiernik, wysłał na pielgrzymkę swoje córki - 21-letnią Marzenę i 18-letnią Martę. To miała być nagroda za dobre wyniki w nauce. Obie przeżyły.
Organizatorem pielgrzymek do Bośni był franciszkanin, ojciec Stefan Banaszczuk. - Brat starannie przygotowywał się do wyjazdu. Zawsze wybiera najbezpieczniejsze trasy i korzysta ze sprawdzonych firm. W czasie podróży siadał zwykle blisko kierowcy, obserwował drogę - opowiada Włodzimierz Machulak, przełożony Banaszczuka. Stefan Banaszczuk jest ciężko ranny - leży w klinice w Budapeszcie. Wojewoda lubelski ogłosił 4 lipca dniem żałoby w województwie. Odwołano wszystkie imprezy kulturalne. W Konstantynowie, Czemiernikach oraz Wisznikach, skąd pochodzili pielgrzymi, opuszczono flagi na gminnych urzędach. W Wisznikach tablice szkolne przepasano kirem na znak żałoby po trojgu nauczycielach, którzy zginęli w wypadku. Jedna z nauczycielek osierociła czworo dzieci.

Bezpieczne wakacje?
Latem ubiegłego roku policja skontrolowała 21 697 autobusów. W 5980 stwierdzono usterki techniczne, a 2709 w ogóle nie dopuszczono do dalszej jazdy. Najwięcej niesprawnych autokarów - 1101 - jeździło po drogach województwa podkarpackiego. Najczęściej powtarzające się wady w autobusach:
  • 961 brak gaśnicy
  • 775 zły stan ogumienia
  • 544 niesprawny tachograf
  • 399 niesprawny układ kierowniczy
  • 306 uszkodzone drzwi
  • 240 niesprawny układ hamulcowy
 
Więcej możesz przeczytać w 28/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0