Dwie Polski w Jedwabnem

Dwie Polski w Jedwabnem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Komunikat IPN o zbrodni w Jedwabnem jest jak otwarcie okna w zatęchłym pokoju


 

Komunikat Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie mordu w Jedwabnem, ogłoszony w przededniu 61. rocznicy zbrodni, stał się tego dnia jednym z głównych tematów "Wiadomości" TVP. O rocznicy, przypadającej nazajutrz, w "Wiadomościach" nawet nie wspomniano. Trudno o dobitniejszy dowód na to, że od samej zbrodni ważniejsze stało się to, jak będzie rozumiana i pamiętana. Od przeszłości ważniejsza okazała się przyszłość.

Jednak sąsiedzi
Wyniki śledztwa nie zostawiają miejsca na wątpliwości. "Mordowali sąsiedzi" - głosi 10 lipca na pierwszej stronie "Gazeta Wyborcza", jednoznacznie potwierdzając podstawową tezę Jana Grossa, za którą autor "Sąsiadów" był wielokrotnie i napastliwie krytykowany. Sama "Gazeta" miała najwyraźniej z tą tezą problem, skoro o Jedwabnem zaczęła pisać dopiero jesienią 2000 r., pół roku po tym, jak tematem odważnie zajęła się na ogół konserwatywna i ostrożna "Rzeczpospolita". "Jednak sąsiedzi" - potwierdza niechętnie ta z kolei gazeta, która jakby się przestraszyła własnej odwagi i później otworzyła swe łamy także dla tych, którzy za nic z Grossem nie chcieli się zgodzić. Ci, jak zwykle, znaleźli schronienie na łamach "Naszego Dziennika" zapewniającego swych czytelników, że "Polacy [zostali] oskarżeni bez dowodów". W nieco podobnym duchu wypowiedziało się "Życie". Swój dramatyczny tytuł "Polacy byli winni" uzupełniło ogromnym zdjęciem rabina Warszawy Michaela Schudricha z wyciągniętym oskarżycielsko palcem - jakby to on, a nie IPN, wydał wyrok. A wyrok ten nie był, według "Życia Warszawy", "za" zbrodnię w Jedwabnem, lecz "na" miasteczko. "Wyrok na Jedwabne" - brzmiało jednoznaczne orzeczenie stołecznego dziennika. Nagłówki gazet odtworzyły podstawowe wątki jednej z najważniejszych postpeerelowskich debat. Jedynie "Super Express" i "Trybuna" nie uczyniły z raportu IPN głównego tematu pierwszej strony.

Samotność Żydów
Komunikat IPN nie zawierał niespodzianek, bo i nie mógł. Relacje świadków, dowody rzeczowe i ludzka pamięć są jednoznaczne: choć zbrodnia odbyła się "z niemieckiej inspiracji", to rola Polaków była "decydująca". Przybywali oni tego dnia do Jedwabnego "z zamiarem brania udziału w zaplanowanej wcześniej zbrodni zamordowania żydowskich mieszkańców tej miejscowości". Komunikat słusznie zwraca uwagę, że grupa bezpośrednich sprawców była ograniczona: "mężczyźni, w liczbie co najmniej 40". Nie mniej niż bezpośredni udział w zbrodni ważne było jednak "bierne zachowanie się większości ludności miasteczka w obliczu zbrodni". Komunikat nie przesądza, bo po 61 latach nie sposób, przyczyn tej bierności: przyzwolenie? obojętność? strach? Pewne jest natomiast, że bez niej zbrodnia miałaby mniejszy zasięg. W relacjach świadków rozpaczliwie brak informacji o sąsiadach, którzy by nie to, że sami ratowali Żydów, jak wspaniała Apolonia Wyrzykowska (nie ma się wszak prawa od nikogo oczekiwać bohaterstwa), ale chociaż wskazywali bezpieczną drogę ucieczki, odwrócili uwagę prześladowcy, podali kromkę chleba.
W obliczu polujących na nich sąsiadów Żydzi w Jedwabnem byli tego dnia sami. Trudno o bardziej dramatyczne potwierdzenie zasady, że dla triumfu zła wystarczy, by ludzie przyzwoici nie czynili nic.
Tych zaś, którzy byli tego dnia triumfującym obliczem zła, komunikat z imienia i nazwiska nie nazywa - i słusznie. Po 61 latach proces nielicznych żyjących jeszcze sprawców groziłby przekształceniem się w farsę. Ich czeka już niebawem inny proces i inny sędzia. I rzesza straszliwych świadków.
Komunikat IPN jest jak otwarcie okna w zatęchłym pokoju. Nawet jego polszczyzna jest prosta, czytelna i jasna - jak zawsze, kiedy słowa nie służą do tego, by coś zafałszować czy ukryć, lecz przeciwnie, użyte zostają po Bożemu: by po prostu powiedzieć, jak było. Trudno nie pochylić głowy nad trudem: naukowym, prokuratorskim i moralnym prokuratora Radosława Ignatiewa i profesora Leona Kieresa. Jak to dobrze, że Polska mówi ich głosem. Jak to dobrze być z takiej Polski.

Moralne minimum
Inaczej niż rok temu, gdy na pierwszych obchodach rocznicy zbrodni obecność prezydenta, nieobecność episkopatu i rządu, wzruszenie przybyszów i wroga obojętność mieszkańców ściągnęły na Jed-wabne uwagę kraju i świata, w tym roku pod pomnikiem było cicho i pusto. Kilkudziesięcioosobowa grupa Żydów z Warszawy, którzy przyjechali do Jedwabnego z rabinem Schudrichem i prezesem gminy Kadlcikiem, odczytała żałobne psalmy. Kadisz zmówił ocalały z podobnej jak w Jedwabnem rzezi (w sąsiedniej Wiznie) przybyły z Izraela pan Levin. "Tam w Wiznie było jeszcze gorzej, jeszcze gorzej" - powtarza. Pod pomnikiem źle skoszona trawa, niedopałki papierosów. Na płycie ktoś nieudolnie wydrapał gwoździem "Hitler". Dziennikarz PAP będzie się zresztą zastanawiał, czy aby na pewno "Hitler", bo litery są niewyraźne. Na pomniku stojącym na cmentarzu widać świeże ślady skuwania pojedynczych liter napisu oraz ślady po zmytych maźnięciach farbą. "Ogólnie rzecz biorąc, pomniki przetrwały rok w zaskakująco dobrym stanie" - zauważa ktoś znad modlitewnika. Miejscowy zakład robót komunalnych informuje, że nie otrzymał zlecenia na opiekowanie się pomnikiem. Dla miasteczka to obcy pomnik, postawiony przez obcych dla obcych. Burmistrz, który rok temu przemawiał na uroczystości, dziś jest na emigracji w USA.
Mamy więc pomnik, na którym napis opłakuje pomordowanych, lecz nie nazywa sprawców rzezi po imieniu. Rok temu uzasadniano to tym, że IPN jeszcze prowadzi śledztwo. Dziś już wiemy, jak wiedzieliśmy zresztą przed rokiem, że zrobili to sąsiedzi. Czy teraz napis winien zostać zmieniony? Dla mnie, podobnie jak dla indagowanego w tej sprawie Jana Grossa, najważniejsze jest to, że w napisie nie ma fałszu. Tak jak od wyskrobanego "Hitler" na tablicy ważniejsze jest, że pomnik jednak przetrwał. To moralne minimum, prawo zabitych do takiej obecności, na jaką zechcą się zgodzić żywi potomkowie sprawców. Reszta to już sprawa ich sumienia. Tego, na ile uda się je otworzyć i ile prawdy może pomieścić.

Jedwabne jak Westerplatte
"Prawda w sprawie Jedwabnego leży pośrodku" - zauważył tuż po ogłoszeniu komunikatu IPN biskup Tadeusz Pieronek. W pierwszej chwili chciałem zapytać - pośrodku czego? Dzień później, po modlitwie przed miejscem po tej straszliwej stodole, już wiem. Pośrodku szczerego polskiego pola. Między kościołem a laskiem. "Wtedy też było takie niskie zboże, nie dało rady się schować" - wspomina pan Levin. Mamy więc prawdę o Jed-wabnem i wiemy, gdzie ona leży. A teraz najważniejsze jest, co z nią zrobimy.
Jedwabne winno się stać, jak Westerplatte i jak Przytyk, jak grudzień 1970 r. i jak marzec 1968 r., częścią polskiej zbiorowej świadomości. Powinno być jedną z tych spraw, o których będzie się w Polsce myślało, gdy padnie słowo "my". Powinno być tematem szkolnych lekcji historii Polski. Nie, nie po to, by się samobiczować. Nie wolno przecież zapomnieć, że gdyby nie Niemcy, Jedwabnego by nie było. I nie po to, by używać go jak liczmana w upiornej moralnej arytmetyce, że wprawdzie Jedwabne, ale wszelako Żegota. Tego się nie da zsumować. Żegoty nie można użyć jako alibi dla Jed-wabnego. Jedwabne nijak nie bruka krystalicznej czystości Żegoty. O Jedwabnem musimy pamiętać po to, by nie ulec pokusie samookłamywania się. Byśmy mogli, jak pisała Joanna Tokarska-Bakir w najbardziej przenikliwym tekście, jaki na ten temat powstał, wreszcie zrozumieć to, co inni do nas mówią.
To strasznie trudne zadanie. Dzięki Radosławowi Ignatiewowi i Leonowi Kieresowi staje się ono jednak możliwe. Bo w Jedwabnem Polski są dwie. Ta, która o zbrodni milczy lub kłamie, odwraca się do niej i jej ofiar plecami, skuwa litery na pomniku. I ta, która odważnie i śmiało nazywa po imieniu zbrodnię i jej sprawców. Ta druga Polska, przyznając się do zbrodni, zarazem się od niej uwalnia.

Israel Gutman
Uczestnik powstania w getcie warszawskim, więzień Majdanka, Oświęcimia i Mauthausen, profesor historii na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i doradca akademicki centrum naukowego Instytutu Pamięci Narodowej Yad Vashem
Komunikat IPN to wypowiedź odpowiedzialna, odważna i ścisła z punktu widzenia prawnego. Przeprowadzone śledztwo zasługuje na uznanie. W swoim czasie instytut Yad Vashem proponował, żeby się nie spieszyć z napisem na pomniku, nie czynić niczego pochopnie i poczekać na wyniki śledztwa. Teraz mamy już pełen obraz. Napis powinien wyrażać nie tylko uczucia dzisiejszych mieszkańców Jedwabnego, a nawet nie tylko społeczeństwa polskiego, ale powinien być pewnego rodzaju epitafium. Warto w porozumieniu z jakąś organizacją, na przykład z przedstawicielstwem Żydów, którzy mieszkali w Jedwabnem, ustalić właściwy napis. Byłoby dobrze, gdyby taka inicjatywa wyszła od mieszkańców Jed-wabnego. Moim zdaniem, przygotowanie jedynie listy ofiar to za mało, a poza tym - czy to w ogóle jest możliwe? Za mord Żydów w Jedwabnem nie jest odpowiedzialny naród polski, ale ludzie, którzy byli Polakami. I to powinno być wyrażone na pomniku.

Zapis zbrodni
Śledztwo w sprawie zbrodni w Jed-wabnem rozpoczęte we wrześniu 2000 r. było najgłośniejszym dochodzeniem pionu śledczego IPN. Dla prowadzącego je prokuratora białostockiego oddziału IPN Radosława Ignatiewa punkt wyjścia stanowiły akta procesu z 1949 r., w którym dwunastu mieszkańców Jedwabnego zostało skazanych za współudział w mordzie dokonanym - jak wówczas twierdzono - przez Niemców. Materiały z tego procesu stały się jednym z głównych źródeł książki Jana T. Grossa "Sąsiedzi", której publikacja nadała rozgłos całej sprawie. Prokurator przesłuchał prawie stu świadków (w tym także mieszkających w Izraelu), zbadał akta łomżyńskiego UB, odpowiedzialnego za przygotowanie procesu, a także doprowadził do przeprowadzenia w czerwcu 2001 r. ekshumacji na terenie stodoły Bronisława Śleszyńskiego, w której spalono Żydów. Wyniki śledztwa zakwestionowały liczbę ofiar szacowanych przez Grossa na 1600. W ocenie prokuratora podczas rzezi 10 lipca 1941 r. zamordowano w Jedwabnem 250-350 Żydów, a mord ten był dziełem grupy co najmniej czterdziestu Polaków. Tego dnia w miasteczku przebywała grupa umundurowanych Niemców, nie zdołano jednak ustalić, jaką rolę odegrali w tej zbrodni. Sprawa ta pozostanie zapewne przedmiotem nie kończących się kontrowersji, do których nowego materiału dostarczy przygotowywana przez IPN tzw. biała księga (ma się ukazać w październiku). Nie będzie też nowego procesu morderców z Jedwabnego. Zdecydowana większość z nich nie żyje, a pozostali byli już sądzeni i nie mogą ponownie odpowiadać za te same czyny. (AD)
Więcej możesz przeczytać w 29/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0