Pani wiceprezydent?

Pani wiceprezydent?

Na liście osób najbardziej nadających się na prezydenta Polacy na trzecim miejscu - za Aleksandrem Kwaśniewskim i Andrzejem Olechowskim - widzą Jolantę Kwaśniewską
Czy tylko mi się wydaje, czy mamy już w Polsce wiceprezydenta? Może mamy, skoro najważniejszą osobą w polskiej delegacji wysłanej do Katynia była najwyraźniej reprezentująca prezydenta jego żona, a nie minister z jego kancelarii.
Właściwie w czym problem? Prezydent jedzie do Turcji, więc do Katynia jedzie jego żona, która jak każdy ma święte prawo złożyć tam kwiaty. A że jedzie do Katynia i składa tam kwiaty w imieniu męża? No i co z tego? Problem polega na tym, że Jolanta Kwaśniewska nie składała kwiatów w imieniu męża. Biorę do ręki Serwis Informacyjny Kancelarii Prezydenta RP, gdzie stoi jak byk: "Jolanta Kwaśniewska w imieniu prezydenta RP złożyła wiązanki kwiatów...". A więc w imieniu prezydenta. To dziwne. Może coś mi umknęło, ale wśród prezydenckich ministrów nie ma chyba nikogo o nazwisku Kwaśniewska. Czy jest to próba kształtowania nowego obyczaju konstytucyjnego w formie przekazania kompetencji prezydenta osobie prywatnej? Bo jeśli tak, to jest to fakt polityczny o sporym znaczeniu. Jolanta Kwaśniewska może robić co chce w imieniu Aleksandra Kwaśniewskiego, ale w imieniu prezydenta? Od tego prezydent ma ministrów. Jeśli ci zrobią coś nie tak, jak trzeba, mogą dostać po łapach albo nawet wylecieć z kancelarii. Żona zaś może co najwyżej odpowiadać przed mężem, który to mąż - umówmy się panowie, bo coś o tym wiemy - możliwości nałożenia sankcji na żonę ma raczej ograniczone. Sztuczny problem? Niekoniecznie. Załóżmy na przykład, że pani prezydentowa popełniłaby w Katyniu jakieś polityczne faux pas. Wiem, wiem, to niemożliwe, więc odwołuję się jedynie do głębokich pokładów wyobraźni. Co by się stało? Nic. Konstytucja i ustawy nie mówią przecież o sankcjach nakładanych na czyjąś żonę. Właściwie nie bardzo rozumiem, dlaczego Jolanta Kwaśniewska składała kwiaty w imieniu prezydenta, a nie po prostu w imieniu męża. Rola pierwszej damy, choć nieformalna, jest przecież niekwestionowana, a w wypadku pierwszej damy, która jest tak popularna, wprost ogromna. Czy pierwsza dama to już u nas za mało?
Nie da się ukryć, rywale prezydenta będą mieli w wyborach wyjątkowo trudne zadanie - będą musieli konkurować z duetem Kwaśniewskich. Prezydenta stawia to nawet w lepszej sytuacji niż ta, w której w partnerskim układzie z żoną Hillary był Bill Clinton. W 1992 r. demokraci mówili: "Get two for the price of one" (dostań dwójkę za cenę jednego). Ale już cztery lata później pierwsza dama była dla Clintona takim balastem, że w kampanii prezydenckiej trzeba ją było ukryć. A Jolanta Kwaśniewska? Przeciwnie. Sądząc z wypowiedzi żony Mariana Krzaklewskiego, jest pani Krzaklewska mądrą i sympatyczną kobietą, ale o ileż większe byłyby szanse jej męża, gdyby na użytek kampanii jego żona była obecną pierwszą damą. Przepraszam za bezceremonialne kojarzenie par. Idzie mi tylko o podkreślenie, że Jolanta Kwaśniewska jest marzeniem każdego, w każdym razie każdego polityka. Pierwsza dama dodaje punktów prezydentowi każdym swoim pojawieniem się. A że pojawia się często, punktów jest wiele. Piątek - pani prezydentowa rejestruje się jako dawca szpiku kostnego, w sobotę jako wierząca połowa małżeństwa Kwaśniewskich odwiedza papieża, w środę prezydent jest w Turcji, ona - w Katyniu. Który z kandydatów będzie mógł być jednocześnie w dwóch miejscach? Żaden. Żaden też nie będzie mógł liczyć na to, że pewien program informacyjny (no, ze słowem "program" to przesadziłem) będzie o nim i o jego żonie mówił tak, jak niemal rutynowo mówi teraz o pierwszej parze: "Pan prezydent był tu i tu, spotkał się z tym i tym, powiedział to i to... Tymczasem pani prezydentowa...". Ciężko będzie takiej machinie się przeciwstawić. Biorąc pod uwagę notowania prezydenta i jego żony, Aleksander Kwaśniewski mógłby się nawet nie ruszać z pałacu, pozostawiając na placu apolitycznego - rzecz jasna - boju swoją apolityczną - rzecz jasna - małżonkę.
Z opublikowanego przez "Rzeczpospolitą" sondażu Pracowni Badań Społecznych wynika, że na liście osób najbardziej nadających się na prezydenta Polacy na trzecim miejscu - za Aleksandrem Kwaśniewskim i Andrzejem Olechowskim - widzą właśnie Jolantę Kwaśniewską. Ktoś, kto nigdy nie miał (a przynajmniej nie mówił, że ma) aspiracji politycznych, jest więc na tej liście przed byłym prezydentem, marszałkami Sejmu i Senatu, premierami (byłym i obecnym), słynnym również na świecie wicepremierem i szanowanym także za granicą ministrem spraw zagranicznych oraz szefową banku centralnego. Prawie 40 proc. Polaków uważa, iż wybranym w powszechnych wyborach przywódcą czterdziestomilionowego kraju może być ktoś, o kim wiemy, że jest bardzo inteligentny i bardzo sympatyczny, a poza tym zajmuje się akcjami charytatywnymi oraz spotyka się z pierwszymi damami, Erosem Ramazottim i Enrique Iglesiasem. Nie mówi ten sondaż wiele o tym, kto powinien być prezydentem, ale wiele mówi o tym, jakie wyobrażenie o prezydenturze mają miliony Polaków. I nawet jeśli to wyobrażenie jest trochę nie z tej ziemi, to jednak nie jest zupełnie nie z tej ziemi. Oj, skurczyła nam się ta nasza prezydentura. Może więc niepotrzebnie się ludzie o nią zabijają.

Okładka tygodnika WPROST: 17/2000
Więcej możesz przeczytać w 17/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0