Wstyd

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wymiar sprawiedliwości reaguje obecnie z przesadną energią na każde podejrzenie o pedofilię. Nie tylko zresztą wymiar sprawiedliwości. Bijąc się w piersi, trzeba przyznać, że my - dziennikarze - też
Mało jest rzeczy bardziej odrażających niż pedofilia. Obrzydliwe jest jednak też publiczne linczowanie ludzi, którym bez zastanowienia przypina się etykietki pedofilów. Opinia publiczna w całej Europie jest na tę problematykę szczególnie uwrażliwiona co najmniej od belgijskiej afery z dziewczynkami, uprowadzonymi i zamordowanymi przez Marca Dutroux. Wymiar sprawiedliwości, oskarżany wówczas o niedołęstwo i bezczynność, reaguje obecnie z przesadną energią na każde podejrzenie z tej dziedziny. Nie tylko zresztą wymiar sprawiedliwości. Bijąc się w piersi, trzeba przyznać, że my - dziennikarze - też.
Nie tak dawno obiegła świat wiadomość o procesie pod każdym względem niezwykłym. W Mâcon we Francji postawiono przed sądem 61 osób tworzących sieć rozpowszechniania kaset o charakterze pedofilskim. Proces ten był owocem gigantycznej operacji pod kryptonimem "Ado 71", podczas której 2,5 tys. żandarmów przeprowadziło rewizje u 814 osób, a zatrzymało 686 spośród nich. Formalne zarzuty postawiono ponad setce, przy czym akt oskarżenia objął w końcu wspomnianą sześćdziesiątkę. Łatwo zauważyć, że liczby te na każdym etapie prowadzenia operacji radykalnie malały, a liczba skazanych będzie zapewne nieporównanie mniejsza niż oskar-żonych. Sędzia, wnosząc po jego reakcjach, już po dwóch dniach procesu zorientował się, że sprawa jest mocno naciągana. Prokurator chyba to zauważył, bo w końcu zażądał kary pozbawienia wolności od roku do lat trzech (w niektórych wypadkach z zawieszeniem) jedynie wobec czterech oskarżonych, w tym głównego dystrybutora kaset. Dla zwykłych posiadaczy kaset domaga się czterech do pięciu miesięcy więzienia z zawieszeniem. I nic dziwnego, bo im głębiej zagląda się w akta sprawy, im uważniej analizuje przebieg rozprawy, tym wyraźniej widać, że nie jest to proces potworów, tylko - w większości wypadków - zbiór bardzo smutnych anegdot.
Dowiadujemy się na przykład, że w tym procesie "pedofilów" ani jeden podsądny nie jest oskarżony o chociażby dotykanie dzieci bądź młodzieńców, nie mówiąc już o aktach jeszcze bardziej nagannych. Połowie z nich zarzuca się posiadanie jednej jedynej podejrzanej kasety wideo, przy czym okazuje się, że występujący w tych filmach aktorzy wyglądają wprawdzie na 15-18 lat, ale w rzeczywistości są starsi. Co więcej, kasety zostały kupione w legalnie istniejących sklepach albo w odpowiedzi na ogłoszenia zamieszczone w oficjalnie dopuszczonych do sprzedaży gazetach. W trakcie dochodzenia nie został przesłuchany ani jeden ich sprzedawca, chociażby po to, by zapytać, czy umieszczane na kasetach napisy, że występują aktorzy dorośli, ale wyglądający na młodszych, to tylko mydlenie oczu czy święta prawda. Nie wezwano także na przesłuchanie nikogo z firmy rozpowszechniającej te kasety, choć zgłosiła ona na piśmie, iż jest gotowa przekazać organom ścigania wszelkie dowody na to, że aktorzy są naprawdę dorośli. Firmie nie postawiono też żadnego zarzutu, mimo że wysłano przed sąd jej klientów.
Prokurator - jak się okazuje - sam nie przeglądnął zakwestionowanych kaset, a ocenę, czy widać na nich osoby dorosłe, czy nie, powierzył dwóm ekspertom, którzy nie byli z zawodu lekarzami, lecz... fotografami. A nawet ci eksperci nie zgadzali się z sobą w ocenach. Nie dość, że niektórym oskarżonym zarzuca się posiadanie zaledwie jednej kasety, to chodzi w dodatku o taśmę, którą podczas poprzednich "nalotów" tego typu policjanci oddawali im po przeglądnięciu, nie zgłosiwszy żadnych zastrzeżeń. Jeden z nich wyznaje, że był przekonany, iż może ją sobie zatrzymać, a teraz z jej powodu znalazł się w kompletnej izolacji. Nie może widywać swoich dzieci, zabroniono mu pokazywania się na chrzcinach wnuka... W jego wypadku skutki wskazania go palcem jako "pedofila" były jeszcze stosunkowo mało dotkliwe. Od samego początku operacji "Ado 71" presja społeczna wywierana na podejrzanych była kolosalna. Pierwszego dnia już od świtu uprzedzone o niej ekipy telewizyjne z Paryża czekały w Mâcon na zwożonych przez żandarmerię "winowajców". W niektórych regionach objętych "obławą" reporterzy lokalnej prasy asystowali przy rewizjach i zatrzymaniach. W prasie regionalnej ukazały się zdjęcia, wzbogacone informacjami o nazwiskach, zawodach i miejscach pracy zatrzymanych. Prokurator określił to jako "użyteczną profilaktykę społeczną". Nie we wszystkich wypadkach zapobiegła ona jednak nieszczęściom. W Bordeaux rzuca się do rzeki nauczyciel. W Givors wiesza się inwalida. W trzech innych miastach Francji odbierają sobie życie zaraz po przesłuchaniach pracownik zakładów zbrojeniowych, inspektor pocztowy i dyrektor szkoły. Pięć trupów to nieźle jak na jedno dochodzenie, nawet szeroko zakrojone.
Okazuje się, że - jak zauważył jeden z adwokatów - w XX w. można jeszcze doprowadzić ludzi do śmierci ze wstydu. Nie wiadomo, czy powinna ogarniać nas radość na myśl, że są jeszcze osoby tak bardzo wrażliwe, czy raczej przerażenie na myśl o tym, jaki je otacza ocean niewrażliwości.
Więcej możesz przeczytać w 17/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0