Seks, wojna i rock and roll

Seks, wojna i rock and roll

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ciągle pojawia się jakiś Hitler czy bin Laden, który chce zabijać w imię ideologii, rasy lub religii, więc trzeba się umieć bić
W ciągu dwóch dni dwa spośród najciekawszych francuskich programów telewizyjnych - Arte i Planéte - pokazały niezależnie od siebie dwa filmy dokumentalne, które właściwie powinny być nadane jeden po drugim, a następnie stać się przedmiotem dyskusji. Filmy na pozór nie mają z sobą nic wspólnego. Ten z Planéte nazywa się "Tak było w Lotaryngii", jest pierwszym odcinkiem trzyczęściowego filmu "Lekcja z historii Francji" i opowiada o tym, jak Francuzi przeżywali - a niektórzy do dziś przeżywają - klęski w starciach z Niemcami w roku 1914 i 1940. Drugi jest produkcji austriackiej, nazywa się "Let It Bleed" i przez dwie i pół godziny opowiada historię zespołu rockowego The Rolling Stones. Arte nadało go z okazji czterdziestej rocznicy powstania tej grupy.
Jeden z bohaterów filmu "Tak było w Lotaryngii" tłumaczy, że w 1940 r. Francja przegrała z Niemcami nie tyle dlatego, że miała gorszy sprzęt, ile dlatego, że Niemcy chcieli się bić, zdobywać i podbijać, a Francuzi nie bardzo. Zdaniem tego obserwatora, po I wojnie światowej Francja stopniowo traciła męskość, aż w końcu utraciła ją całkowicie. Zniewieściała i popadła w dekadencję. W głowie jej było tylko zarabianie pieniędzy, przyjemności, ciuchy, zabawy, frywolne marzenia i relaks. Inna uczestniczka wydarzeń opowiada o ojcu, który przestrzegał w rodzinie zasad bardzo ścisłej dyscypliny, i o tym, jak stopniowo stawał się w tej dziedzinie społecznym wyjątkiem. Jeszcze ktoś inny przedstawia się jako członek "pokolenia rozczarowanego ojcami".
Film "Let It Bleed" mógłby uchodzić w tym kontekście za ilustrację tezy o powtarzaniu się historii. Jego autorzy śledzą przez pryzmat losów The Rolling Stones historię pokolenia, które wyrosło po wojnie i nie chce mieć nic wspólnego z czymkolwiek, co mogłoby przypominać przygotowania do boju. Pokolenie to w pewnym momencie wylansowało modę na stroje w stylu wojskowym, noszone do długich włosów i spodni w kwiatki, a zamiast orderów przyczepiało sobie plakietki z napisem "Make love, not war". Seks, narkotyki i rock and roll. Kompletna dekadencja. Zupełna zniewieściałość. Wola walki zerowa. O dyscyplinie nawet nie wspominajmy, żeby nie umrzeć przedwcześnie ze śmiechu.
W "Let It Bleed" też są bezpośredni uczestnicy wydarzeń. Jeden z nich prawie traci dech z oburzenia, kiedy mówi o tych, którzy napadają na Rolling Stonesów, przedstawiając ich jako uosobienie zła i dekadencji. Jak można - powiada - mówić tak o kimś, kto przyczynił się do odciągnięcia całego pokolenia od agresji i wojny? Dodajmy, że z filmu wynika wyraźnie, iż przedstawianie tego zespołu i podobnych mu idoli wyłącznie jako symboli seksu, narkotyków, zniewieściałości i naiwnego pacyfizmu byłoby głupim i powierzchownym uproszczeniem. Pomińmy już ewidentne akcenty "macho" w muzyce Micka Jaggera i jego kolegów. Ważniejsze, że The Rolling Stones są równocześnie przykładem morderczej pracy, dążenia do perfekcji i osiągania dzięki temu sukcesu. W filmie słyszymy m.in. wspomnienia osób, które asystowały przy ich pracy i które fizycznie nie mogły już wytrzymać słuchania całymi dniami tego samego nagrania, przerabianego i ulepszanego dziesiątki razy, zanim osiągnęło ostateczną formę.
Pytanie na szczeblu pokoleniowym brzmi, czy owoce swojej pracy inwestować w nowe narzędzia (choćby to była gitara) oraz rozrywki, czy też w poszerzanie wpływów i podporządkowywanie sobie innych. W terminach skrajnie konkretnych byłoby to pytanie, czy bardziej nam odpowiadają młodzi ludzie leżący w łóżkach z innymi przedstawiciel(k)ami swojego pokolenia, podrygujący w dyskotekach i czasem majaczący pod wpływem środków chemicznych, czy też młodzi ludzie leżący na polu bitwy w kałużach krwi lub podrygujący równo w takt defiladowego marszu.
Obie wersje młodzieżowej rzeczywistości już znamy. Przydałaby się jakaś rozsądna synteza - tym bardziej że rzeczywistość nie rozdziela tych stylów życia tak ostro i trwale. Teoretycznie, lepsza i pożyteczniejsza byłaby "dekadencja", pod warunkiem że godziliby się na nią wszyscy. Wiemy jednak, że w praktyce ciągle pojawia się jakiś Hitler czy bin Laden, który chce zabijać innych w imię ideologii, ojczyzny, rasy lub religii, więc trzeba się umieć bić. Trzeba też wyciągać wnioski z historii. Pod wieloma względami współczesność może przypominać "dekadencję" w stylu Francji lat trzydziestych. Tym razem jednak wygląda na to, że demokracja umie lepiej obserwować samą siebie i lepiej się bronić, więc może pełnej powtórki z historii nie będzie.


Więcej możesz przeczytać w 30/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0