Przewodnik Budrewicza

Przewodnik Budrewicza

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dziesięć propozycji na niezwykłe wakacje


Gdzie spędzić wakacje, jeśli nie mamy ochoty na urlop w kurorcie z pierwszych stron turystycznych przewodników? Zachęcam do odwiedzenia Warszawy w Karolinie Północnej i Arabów żyjących na bagnach w Iraku, do obejrzenia alei baobabów na Madagaskarze i obelisku wyznaczającego środek Azji, do zwiedzenia wysp na wodach zatoki Vancouver, gdzie ostrygi można zbierać garściami, i poznania jeszcze kilku miejsc leżących z dala od wydeptanych przez turystów ścieżek.

Brazylia: biały orzeł w dżungli
Miasteczko przycupnęło w brazylijskim stanie Espírito Santo. Nie tylko tkwi w dżungli, ale do tego jeszcze w cieniu sławnego Rio de Janeiro (zaledwie pół tysiąca kilometrów na północ od niego - cóż to za odległość w tym kraju!). Nazywa się Aguia Branca, czyli Orzeł Biały. Jedzie się tam krętą szosą z nadoceanicznej Vitórii przez Săo Gabriel wśród krajobrazów niezwykłej urody. Dominują obłe, skaliste góry, samochód przesuwa się jak wśród szpaleru Głów Cukru z Rio. Gaje bananawców, plantacje kawy, fioletowe i czerwone kwiaty, strumienie szumiące w bujnej zieleni.
W osadzie mieszka dwa tysiące ludzi, co czwarty z nich jest pochodzenia polskiego. Zwożono ich tu od 1929 r. prawie do wybuchu wojny. Wielu osadników nie wytrzymało - uciekli na inne obszary, niektórzy padli ofiarą żółtej febry, malarii, ukąszeń jadowitych żmij. Ale to już historia.
Aguia Branca, właściwie jedno skrzyżowanie, przy którym stoi kilka parterowych i jednopiętrowych domów, dwa bary, stacja benzynowa oraz sklep z mydłem i powidłem pana Franciszka Zarównego. Parkuje kilka samochodów, pasie się koń. Wszystko wygląda jak dekoracja z kowbojskiego filmu. Z czasem osadnicy przywykli do życia w kraju, gdzie jest inna ziemia, inne słońce, inne deszcze. Największy dochód daje im kawa. W miasteczku są dwa kościoły, ale nie ma polskiego księdza. Na jednym ze wzgórz rozciąga się urokliwy cmentarzyk, gdzie widnieje polski napis "Pod Twoją obronę uciekamy się". W środku dżungli, w pobliżu granicy stanu Bahia, w Aguia Branca i Săo Gabriel de Palha czasem ktoś nagle zawoła po polsku: "Maryś, trzeba krowę wydoić!".

Zatoka Vancouver: wiadro pełne ostryg
Zaproszono mnie na jedną z wysp w zatoce Vancouver. Są ich setki - przeważnie skały sterczące z morza, ale i większe kawałki lądu, gdzie stoją domy mieszkalne i weekendowe, a nawet małe osady. To Southern Gulf Islands, archipelag między brzegiem Kolumbii Brytyjskiej a wyspą Vancouver, gdzie rośnie stary bór i znajduje się miasto Victoria, bardziej angielskie niż wiele miast Anglii.
Na wysepki w zatoce dociera się promem, żaglówką lub awionetką (jeżeli akurat ktoś ma tutaj przyjaciół). Są to m.in. Cabriola, Thatis, Galiano i Mayne. Niektóre z wysp są własnością prywatną, lecz do wielu można przybić promem i znaleźć tani nocleg. Mieszkają tam artyści, pisarze, emeryci. To także raj dla wędkarzy (w pobliżu pływają podobno największe na świecie łososie). Bujna jest też roślinność, a w wodzie buszują lwy morskie, orki, foki. Ponad głowami przelatuje wspaniałe ptactwo: kormorany, czaple, głuszce. Pewnego razu po przypływie dano mi wielkie wiadro i polecono z mokrego piasku plaż zbierać ostrygi. Po kwadransie wiadro było wypełnione.

Rosja: obelisk w środku Azji
Sami o swoim kraju mówią Republika. Dodajmy: autonomiczna, w dodatku część Federacji Rosyjskiej. Do 1930 r. byli niepodległym państwem. Tuwa, niegdysiejszy Urianchaj, to kraj jurt i chat, wiosek i osad, a przede wszystkim stepów, koni, owiec i wielbłądów. Pogranicze Mongolii, miejsce spotkania różnych epok i różnych światów, ojczyzna koczowników, Sojotów, szlak bojowy Chińczyków i hord Czyngis-chana. Antoni Ferdynand Ossendowski pisał: "To jest kraina mogił, jedno olbrzymie historyczne cmentarzysko. Narody, plemiona, szczepy ciągnęły tymi stepami jak widma nocne, pozostawiając za sobą mogiły, kurhany, monolity".
W stolicy Tuwy Kyzyle, nad rzeką Jenisej, która tutaj jest jeszcze wąska jak Wisła w Warszawie, ustawiono obelisk wyznaczający środek Azji, obiekt ceniony przez fotoamatorów. Na ulicach miasta ruch kołowy prawie nie istnieje; miałem szczęście, bo w tej pustce, która jest jak cudowny sen kierowców ze świata cywilizacji, zderzyły się dwa pojazdy! Nawet lokalny szaman nie mógł takiego incydentu przewidzieć.
Przetrwały jaskinie, a tam naskalne rysunki. W kurhanach Scytów i Kirgizów drzemią skarby. Można wypuścić się aż do mongolskiej granicy, nad rzekę Naryn, gdzie cwałują konie i wielbłądy w otoczeniu tysięcy owiec. Nad nimi panują czabani, tutejsi pasterze. Odstawiają cyrkowe popisy! Później należy oczekiwać zaproszenia na bimber do najbliższej jurty.

Bhutan: prawdziwy Tybet
Himalajskie królestwo Bhutan, w którym przetrwały liczne skarby buddyzmu, ciągle należy do rzadko odwiedzanych marginesów świata, a tam można się jeszcze spotkać z prawdziwym Tybetem. Perłą w koronie egzotycznej monarchii jest klasztor w dolinie Paro, od którego - być może - wszystko się w tych stronach zaczęło. Nazywa się Taktsang Pelphug, ale mówi się przeważnie Tygrysie Gniazdo. Tutaj guru Rinpocze w bajeczny sposób "sfrunął" w VIII wieku na grzbiecie tygrysa. Przybył z Tybetu.
W "gnieździe" medytowali przez stulecia święci mędrcy buddyzmu. Sanktuarium w wysokich górach istnieje do dziś w postaci siedemnastowiecznego kompleksu; kilkakrotnie w przeszłości popadało w ruinę. Do trzech podniebnych świątyń i wyżej na skałach położonych obiektów w pocie czoła dociera się pieszo po stromym stoku i schodach lub wjeżdża się na grzbiecie leniwego, wypożyczonego u stóp gór konia. Kto osiągnie cel, ogląda w świątyniach obrazy, w tym portret Buddy, portrety guru Rinpoczego, osobliwe malowidła religijno-obyczajowe, dokumenty jedynego na świecie kraju, w którym praktykowana jest tantryczna forma buddyzmu mahayana. Ze szczytów wzrokiem można ogarnąć wspaniałą panoramę bhutańskich łańcuchów górskich.
Tam, gdzie niegdyś szybował na grzbiecie tygrysa świątobliwy guru, schodzą teraz do lądowania lub wznoszą się po starcie samoloty odrzutowe królewskich bhutańskich linii lotniczych Druk-Air.

Nigeria: królestwo kacyków
Nigeria jest republiką, w której panuje wielu królów. To przeważnie lokalni kacykowie, szefowie plemion, niektórzy - jak emir Kano czy sułtan Sokoto - mają dużą realną władzę i wielki prestiż u podwładnych. Gdzieś nad środkowym Nigrem, w Idah, pokrytej kurzem i otoczonej tropikalnym lasem osadzie, miałem zaszczyt złożyć wizytę królowi Mallama Ali Obaje, używającemu tytułu Atta of Igala. Od 1979 r. kacykowie nie mają w Nigerii formalnej władzy, ale ich wpływy są ogromne, a ceremoniały na ich dworach pompatyczne.
W Idah istnieje egzotyczny bazar oraz pokryty olejną farbą afrykański pomnik niejakiej Inikpi, która dała się niegdyś żywcem pogrzebać, aby przebłagać złe moce i pokonać nadciągającego wroga. Do Idah można dojechać samochodem od strony miasta Nsukka lub od Abudży, nowej stolicy Nigerii, promem przez Niger. Wielkimi literami wypisano tam ostrzeżenie: "Pasażerowie podróżują na własne ryzyko".

Sułtanat Brunei: wioska na wodzie
Sułtanat Brunei na wyspie Borneo cieszy się sławą arcybogatego państwa. Częścią stolicy kraju, Bandar Seri Begawan, jest największa w świecie wieś o nazwie Kampong Ayer, gdzie bogactwo trudno dostrzec. Do wsi, a raczej dzielnicy stołecznego miasta, gdzie wszystkie domy sterczą na palach, płynie się łodzią taksówką za cenę jednego brunejskiego dolara. Z otwartych okien dochodzą dźwięki azjatyckiej i amerykańskiej muzyki, migają ekrany telewizorów, pachnie rybami i ostrymi przyprawami. W mieszkaniach widać portrety sułtana i jego żon, a na zewnątrz kilometry kładek ulic. Mieszkańcy wyruszają stąd na połowy ryb, suszą i naprawiają sieci.
W Kampong Ayer mieszka kilkadziesiąt tysięcy ludzi, wioskę odwiedza co roku kilkaset tysięcy turystów, w tym nieliczni biali. Każdy przybysz musi wypełniać w kwestionariuszu rubrykę "rasa".

Archipelag Galapagos: oko w oko z jaszczurami
Trochę lat już minęło od chwili, kiedy wyszły na mnie te potwory, a ciągle jeszcze pojawiają się one w moich złych snach. Siedziałem pod wieczór na południowym brzegu wyspy Santa Cruz, w samym środku archipelagu Galapagos. Gapiłem się przed siebie, trochę odpoczywałem po męczącym dniu. Nagle stanął przede mną dziwny stwór. Kiedy uniósł się na sztywnych nogach i popatrzył mi w oczy, czułem, jak mi się włosy jeżą na głowie. Miał może półtora metra długości, duży czarny łeb, opancerzony tułów, ostry grzebień na plecach.
Po krótkim czasie oblegały mnie ze wszystkich stron wielkie jaszczury morskie. Przypomniał mi się Karol Capek i jego przerażająca wizja świata opanowanego przez gady. Nic mi się nie stało, te straszne na oko zwierzęta o wielkich zębach nie są groźne. Groźniejszy jest jeden malaryczny komar.

Madagaskar: aleja baobabów
Na wielkiej wyspie Madagaskar flora i fauna odznaczają się niezwykłością (że wspomnę chociażby lemury). Rosnące tutaj ogromne baobaby nie są rośliną endemiczną kraju Malgaszów - te drzewa spotyka się w pozostałych częściach Afryki, a także na innych kontynentach. Ale taką aleję wielkich baobabów, jaka istnieje na Madagaskarze na północ od Morondavy, można zobaczyć tylko tam! Mają po 35 metrów wysokości, są niezwykle szerokie. Wysmukłość, ale i butelkowate kształty baobabów od lat zdumiewają przybywających w te strony turystów.

Irak: arabska Wenecja
Żyją w rozlewiskach i bagnach opodal Basry - Arabowie bez piasku. Wiodą osobliwy byt w wielkim, tajemniczym uroczysku na południu Iraku. Poruszają się wąskimi łodziami po lagunach i kanałach wodnych. Mieszkają w gęstwinach trzcin, w chatach ustawionych na sztucznych, uplecionych z trzcin wyspach. Mówi się, że są potomkami Sumerów, może spadkobiercami babilońskiego królestwa Ur. Nie cieszą się sympatią Saddama Husajna, który podejrzewa, że na bagnach kryją się dezerterzy i rebelianci, że tędy przebiegają szlaki przemytników broni. Bywało, że wojsko pacyfikowało te strony. Dociera się tu z przystani przy szosie w miasteczku Chebayaish.
Ci ludzie hodują bydło, są rybakami, wyplatają przedmioty z trzciny. Byli współtwórcami trzcinowego okrętu Thora Heyerdahla "Tigris". Mężczyźni ubierają się w rodzaj pasiastych pidżam, wielu z nich siedzi godzinami na przyzbie i rozmawia. Płoną ogniska, na nawozie krowim i bawolim piecze się placki, ryby, kury, cebulę. Na dziobach wypływających wieczorem na połów łodzi dyndają naftowe lampki. Powietrze przepełnione jest wonią kawy, tytoniu i odorem zgnilizny. Świat przesłaniają dymy i mgły. A także liczne tajemnice dziejowe i obyczajowe.
Mieszkańcy bagien trzymają się kurczowo trudnego życia w arabskiej Wenecji, która być może powstała w wyniku wielkiej powodzi z roku 620 p.n.e., kiedy Tygrys i Eufrat wystąpiły z brzegów i zalały gigantyczne obszary.

Stany Zjednoczone: czarna Warszawa
Znajduje się w USA, w Karolinie Północnej. Jest w Ameryce jednym z kilkunastu miast i osad o nazwie identycznej ze stolicą Polski. Do 1838 r. miasto nazywało się Mooresville. Wtedy przejechał tędy pierwszy pociąg; do dzisiaj po jednej stronie torów mieszkają biali, a po drugiej czarni, zresztą w dużej harmonii. Zastępcą burmistrza karolińskiej Warszawy jest czarnoskóry Walter Faster. Skąd wzięła się Warszawa na tradycyjnym południu USA? Jednym z zaskakujących źródeł powstawania amerykańskich Warszaw stała się książka angielskiej pisarki Jane Porter pod tytułem "Thaddeus of Warsaw". Ta fabularyzowana biografia Kościuszki była w początkach XIX wieku w USA bestsellerem.


Więcej możesz przeczytać w 30/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0