Polowanie na Saddama

Polowanie na Saddama

Dodano:   /  Zmieniono: 
Sześć sposobów na obalenie irackiego dyktatora


Weźmiemy się za Saddama Husajna i on o tym wie" - George W. Bush, prezydent USA, nie pozostawił cienia wątpliwości, że jego celem jest odsunięcie od władzy irackiego dyktatora. Amerykanie mają do wyboru kilka scenariuszy ataku.

Sposób pierwszy: dzień szakala
Łatwym rozwiązaniem - przynajmniej z technicznego punktu widzenia - wydaje się klasyczny zamach na Husajna. Bagdad to jednak nie Paryż - nie sposób tam podejść do prezydenta z futerałem na gitarę. Husajn zresztą raczej nie pokazuje się publicznie. Poza tym byłby to typowy mord polityczny, a więc środek z arsenału terrorystów, przeciwko którym USA walczą. Łatwiej wyobrazić sobie ograniczoną wojskową akcję specjalną, która doprowadzi do śmierci Saddama. Taki plan zasugerował niedawno dziennik "Washington Post", podając, że Bush upoważnił CIA do podjęcia tajnych operacji w Iraku.
Sęk w tym, że podobna akcja nie powiodła się w 1993 r., gdy Amerykanie zbombardowali centralę wywiadu w Bagdadzie. Przestrogę mogą też stanowić doświadczenia afgańskie. Mimo ogromnego wsparcia z powietrza i sojuszników na lądzie siłom specjalnym nie udało się tam dopaść ani Osamy bin Ladena, ani mułły Omara. Mało prawdopodobny jest też zamach na dyktatora przeprowadzony przez samych Irakijczyków.

Sposób drugi: bomba atomowa
Niedawno ujawniono, że plany Pentagonu zakładają możliwość użycia broni jądrowej wobec kilku krajów, w tym Iraku. Trudno sobie jednak wyobrazić nawet użycie małego ładunku taktycznego - na przykład w celu zniszczenia bunkra, w którym ukrywałby się Husajn. Polityczne skutki takiego przedsięwzięcia mogłyby być nieobliczalne. Wizerunek USA jako mocarstwa broniącego praw i wolności ludzi ległby w gruzach, a pozamilitarne możliwości oddziaływania na inne państwa zostałyby zredukowane do zera. Przeciek z Departamentu Obrony USA nastąpił raczej po to, by przestrzec Husajna przed pokusą użycia irackiego arsenału masowego rażenia.

Sposób trzeci: wariant afgański
Blitzkrieg w Afganistanie zrodził w głowach amerykańskich strategów pomysł skopiowania tamtej akcji w Iraku. Tym bardziej że atak na Irak byłby spektakularnym przykładem zastosowania nowej doktryny wojskowej USA. Zakłada ona wyprzedzające uderzenie ze strony Ameryki jako najlepszy oręż w walce z takimi zagrożeniami, jak użycie broni masowego rażenia i terroryzm. Bush junior chciałby dokończyć to, co nie udało się jego ojcu podczas "Pustynnej burzy" w 1991 r. Amerykanie działaliby z powietrza, a miejscowa opozycja na lądzie. Do pomocy chcą namówić krajowych i zagranicznych wrogów reżimu w Bagdadzie. Amerykańscy politycy i dyplomaci, w tym wiceprezydent Dick Cheney, odwiedzili wiele krajów, głównie Bliskiego Wschodu i rejonu Zatoki Perskiej, by zbudować koalicję przeciw Husajnowi. Chodzi im o poparcie polityczne, ale także o dostęp do przestrzeni powietrznej, baz i informacji wywiadowczych.
Szkopuł w tym, że zarówno zachodni sojusznicy (poza Wielką Brytanią), jak i kraje regionu nie kwapią się do antyirackiej koalicji. Nowa, krwawa faza konfliktu izraelsko-palestyńskiego sprawiła, że wprzęgnięcie dziś do antyirackiej koalicji jakiegokolwiek kraju arabskiego wydaje się niemożliwe. Saddam przekonuje arabskich liderów, że nie ma już zamiaru atakować Kuwejtu. Namawia ich też do szantażowania Zachodu nową "wojną naftową". Przy okazji podwyższył - do 25 tys. dolarów - wypłaty dla rodzin palestyńskich samobójców. Robi wszystko, by konflikt bliskowschodni odwrócił uwagę Zachodu od Iraku.
Co prawda wśród arabskich liderów trudno znaleźć miłośników "słońca Iraku", ale też obawiają się oni, że operacja przeciw irackiemu dyktatorowi może im przynieść więcej szkody niż pożytku i zdestabilizować sytuację w regionie. Kilka krajów ryzykuje utratę wielkich zysków z przemytu irackiej ropy (między innymi Jordania). Arabskim przywódcom trudno przy tym otwarcie wystąpić przeciw Husajnowi, który w oczach wielu Arabów uchodzi za obrońcę przed amerykańskimi zakusami.
Poza tym nie wiadomo, kto miałby wziąć na siebie główny ciężar działań zbrojnych na lądzie. Do odegrania roli afgańskiego Sojuszu Północnego najlepiej nadają się w Iraku kurdyjskie grupy z północy kraju. Turcja nie zechce jednak wziąć udziału w operacji przeciwko Husajnowi, jeśli pierwsze skrzypce odgrywaliby Kurdowie. Władze w Ankarze obawiają się, że Kurdowie będą dążyli do utworzenia niepodległego państwa, choć Waszyngton jest temu przeciwny (w Turcji żyje 12 mln Kurdów). Sami Kurdowie też nie rwą się do walki. Obie główne partie irackich Kurdów oświadczyły, że nie pomogą w obalaniu Husajna, nie wiedząc, kto miałby go zastąpić. Jeden z kurdyjskich liderów Massud Barzani stwierdził bez ogródek: "Nie jesteśmy rewolucjonistami do wynajęcia. Nie będziemy narzędziami w rękach USA". Amerykanie dysponują jednak poważnym atutem - gwarantują Kurdom autonomię na północy Iraku. Gdyby nie tarcza w postaci amerykańskich samolotów, Husajn już dawno by się z nimi rozprawił.
Jeszcze trudniej wyobrazić sobie współdziałanie amerykańskich lotników z szyitami z południa Iraku. Stanowią oni 65 proc. ludności kraju, więc współpraca z nimi wydawałaby się najbardziej logiczna. Perspektywa rządów szyickich w Bagdadzie nie jest jednak dla Waszyngtonu zbyt kusząca, zważywszy na ich bliskie związki z wrogim Ameryce reżimem szyickich ajatollahów w Iranie. O poparciu dla szyitów nie chce też słyszeć Arabia Saudyjska. Zresztą ani Kurdowie, ani szyici nie mają sił zdolnych skutecznie się przeciwstawić irackiej armii.

Sposób czwarty: inwazja
Nawet gdyby naloty wywołały daleko idącą demoralizację w irackiej armii, to i tak jeszcze pozostałyby zdyscyplinowane jednostki Gwardii Republikańskiej. Antyreżimowe pospolite ruszenie nie byłoby w stanie stawić jej czoła. Wszystko wskazuje na to, że Waszyngton musiałby wysłać nie tylko oddziały specjalne, ale też spory kontyngent sił lądowych, by wesprzeć na lądzie miejscową rewoltę przeciwko Husajnowi. Nie można wykluczyć, że Amerykanie będą zmuszeni przeprowadzić całą operację, polegając niemal wyłącznie na własnych siłach, i pozostać w Iraku na dłużej. Wtedy mieliby większą gwarancję, że Husajna nie zastąpi ktoś podobny. Przygotowania do samodzielnej inwazji (lub z udziałem sojuszników z NATO) zajęłyby Amerykanom kilka miesięcy, potrzebnych na przygotowanie i przerzucenie w rejon walk przynajmniej 200 tys. żołnierzy. Zbiegły za granicę generał Wafik Samrai, były szef irackiego wywiadu wojskowego, powiedział libańskiej gazecie "The Daily Star", że szeroko zakrojona operacja przeciw Irakowi zakończy się dlań katastrofą, ale i ciężkimi stratami napastników. Obawia się on, że przyparty do muru Husajn użyje broni biologicznej i chemicznej.

Sposób piąty: pucz wojskowy
Analityk Leith Kubba z waszyngtońskiego National Endowment for Democracy głosi, że w walce z dyktatorem największym sojusznikiem Ameryki może się stać jego własna armia. Przejęcie władzy przez grupę oficerów mogłoby być wygodne dla sąsiadów, na przykład dla Turcji. Dawałoby gwarancję zachowania integralności terytorialnej Iraku. Taki wariant jest jednak możliwy chyba dopiero wtedy, gdy siły powietrzne USA odbiorą irackim oficerom nadzieję na przetrwanie pod rozkazami Husajna. Inaczej trudno sobie wyobrazić, że wystąpią oni przeciw przywódcy, który nawet podejrzenia o nieprawomyślność karał śmiercią, a wieloletnie trwanie przy władzy zawdzięcza bezwzględnej kontroli nad armią, siłami specjalnymi i rządzącą partią Baas. Pomagają mu w tym cztery spokrewnione z dyktatorem klany. To swoisty klanowy totalitaryzm. Nawet wobec krewniaków Husajn nie ma litości. Zamordował między innymi dwóch kuzynów, a zarazem zięciów, którzy w 1995 r. zbiegli wraz z rodzinami za granicę, a później pokajali się i wrócili do Iraku. Zabito też ich matkę i zbezczeszczono jej zwłoki.

Sposób szósty: powtórka z Zatoki Świń
Ten, kto nie był w Iraku, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo obywatele mogą się bać swej władzy. Opozycjoniści iraccy są albo za granicą, albo nie żyją. Nie należy przeceniać znaczenia utworzonej w Londynie rady wojskowej z udziałem między innymi dowódcy rewolty na południu kraju stłumionej przez Husajna po zakończeniu "Pustynnej burzy". Rada twierdzi, że ma w Iraku zwolenników, którzy pomogą obalić dyktatora. Nawet jednak największa organizacja na wychodźstwie, jaką jest Emigracyjny Iracki Kongres Narodowy, ma bardzo małe znaczenie nie tylko w kraju, lecz i w ponaddwumilionowej diasporze. Oparcie akcji przeciw Husajnowi na tej organizacji mogłoby co najwyżej oznaczać powtórkę pamiętnego fiaska akcji CIA przeciw Fidelowi Castro w kubańskiej Zatoce Świń.

Więcej możesz przeczytać w 30/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0