Kondrat I Wielki

Kondrat I Wielki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Marek Kondrat jest obecnie najlepszym aktorem polskiego kina


Gdy miał sześć lat i spotkaliśmy się przy okazji nagrywania audycji dla dzieci, grał jak stary chłop. Złośliwi twierdzą, że grał lepiej niż teraz. Ale tak serio, to Marek Kondrat jest najlepszym aktorem współczesnego polskiego kina - mówi Jan Kobuszewski. Kondrat jest także aktorem, który świetnie się czuje na wolnym rynku: nie narzeka na brak państwowego mecenatu, nie ogłasza upadku kultury, nie podpisuje łzawych apeli o opiekę nad twórcami. On sam jest lepszym gwarantem powodzenia filmowych przedsięwzięć niż gwarancje bankowe.
- Marek jest ogromnie pracowity, otwarty na uwagi, rozumie, co się do niego mówi. Chociaż aktor nie musi być inteligentny, Marek jest inteligentny, a nawet - śmiem twierdzić - jest mądry. Roman Wilhelmi po obejrzeniu materiału roboczego do "Zaklętych rewirów" powiedział: "Kondrat jest fanastyczny, on gra jak anioł" - opowiada reżyser Janusz Majewski.

Najpiękniejsza maszyna do grania
Kondrat należy do trójki najlepiej zarabiających aktorów w Polsce - obok Bogusława Lindy i Cezarego Pazury. Za jeden dzień zdjęciowy otrzymuje około 7 tys. zł. Trzysta tysięcy złotych dostał za udział w telewizyjnej reklamie funduszu emerytalnego. Zagrał niemal w setce filmów i ponad trzydziestu sztukach teatralnych. W środowisku uchodzi za wzór profesjonalisty, świetnego kompana i kopalnię anegdot zza kulis teatru i filmu. W uznaniu klasy aktora łódzki Grand Hotel przygotowuje dla niego bezpłatny apartament.
Wojciech Wójcik , reżyser "Ekstradycji", nazywa go najpiękniejszą maszyną do grania. Nic w tym dziwnego, pochodzi przecież z rodziny o wielkich tradycjach aktorskich. Jego ojca, Tadeusza Kondrata, pamiętamy choćby jako Papkina z ekranizacji "Zemsty" czy Szlangbauma z kinowej "Lalki" Wojciecha Hasa. Stryj Józef grał między innymi ministra oświaty w "Królu Maciusiu I".

Mistrz dobrych manier
Po raz pierwszy stanął przed kamerą w 1961 r. w "Historii żółtej ciżemki" Sylwestra Chęcińskiego. Zagrał chłopca ze wsi, który zostaje uczniem Wita Stwosza. Prawdziwym debiutem była jednak rola początkującego kelnera w "Zaklętych rewirach" Janusza Majewskiego według powieści Henryka Worcella. Film miał świetne recenzje, a na 25-letniego aktora spadł deszcz pochwał i pierwsze nagrody. Wiele lat później żartował, że wyniesione z domu dobre maniery, w tym wiedza, jak się nakrywa do stołu i z jakich kieliszków pije wino, pozwoliły mu pokonać kilkuset rywali w castingu.
Związki ze światem gastronomii odświeżył niedawno, zakładając z Bogusławem Lindą, Zbigniewem Zamachowskim i Wojciechem Malajkatem Prohibicję. Z menu można się dowiedzieć, że Kondrat szczególnie poleca pieczeń z dzika lub jagnięciny na czterdziestu ząbkach czosnku. Wiadomo też, że jest dumny ze swej kolekcji win. Dumny jest też z żony Ilony Kondrat (kiedyś dziennikarki, a teraz wziętej scenarzystki) i dwóch synów. Być może starszy, absolwent zarządzania, podtrzyma rodzinne tradycje, bo zagrał już u Władysława Pasikowskiego. Młodszy chce zostać skrzypkiem.

Pożyteczna katastrofa
W 1990 r. Marek Kondrat miał poważny wypadek samochodowy. Nie załamał się, mimo że miał mocno pokiereszowaną twarz. "Po dwóch tygodniach leżenia w szpitalu po raz pierwszy spojrzałem w lustro i ujrzałem twarz Frankensteina" - wyznał w jednym z wywiadów. "Wtedy poczułem się wolny i zdrowy. Być może człowiekowi potrzebna jest katastrofa" - tłumaczył.
Nim stał się wzorem ekranowego twardziela, występował w komediach, między innymi w filmie "C.K. Dezerterzy". Był też panem Mareczkiem w telewizyjnym "Kabareciku" Olgi Lipińskiej. Aktor grał wówczas dużo - tak dużo, że jak sam twierdzi, większości swoich ról z tego okresu nie pamięta. Główne role w ważnych filmach powierzano wtedy Danielowi Olbrychskiemu, Andrzejowi Sewerynowi czy Wojciechowi Pszoniakowi. Do Kondrata przylgnęła opinia aktora charakterystycznego, który zagra dobrze, nawet jeśli niewiele ma do zagrania. Twardych facetów nikt mu nie proponował. I nagle w "Psach" Władysław Pasikowski obsadził go w roli cynicznego i inteligentnego ubeka. Z drugoplanowej postaci Marek Kondrat stworzył najciekawszą sylwetkę tego filmu. Wprawdzie zdemoralizowany Olo zginął z ręki Franza Maurera (Bogusława Lindy), ale dla aktora rozpoczęła się seria sukcesów.
Masową publiczność podbił rolą twardego, melancholijnego i uczciwego do bólu komisarza Halskiego w "Ekstradycji" Wojciecha Wójcika. W "Nocnym graffiti" Macieja Dutkiewicza zagrał byłego komandosa walczącego z narkotykowymi bossami. W "Operacji Samum" Władysława Pasikowskiego był agentem polskiego wywiadu. Kondrat nie kokietował publiczności, nie zgrywał się na polskiego Jamesa Bonda. Jego bohater wygrywał dzięki determinacji i wierze w to, że słuszność jest po jego stronie. Miał też momenty zwątpień i zawahań, bywało, że uronił łzę, mocno obrywał i zaglądał do kieliszka. "Mężczyzna po przejściach" stał się aktorską wizytówką Marka Kondrata.

Reżyser
Niedawna rola w "Dniu świra" Marka Koterskiego może być zaskoczeniem tylko dla tych, którzy kojarzą Kondrata z filmami sensacyjnymi. Warto przypomnieć, że po raz pierwszy aktor zagrał Adasia Miauczyńskiego już osiemnaście lat temu, w "Domu wariatów". - Kiedy przeczytał scenariusz, był zaskoczony, że tyle o nim wiem. A pisałem ten tekst z myślą o nim, chociaż wcale się nie znaliśmy - opowiada Marek Koterski. Kondratowi udało się coś, co nie udało się Cezaremu Pazurze (który wcielił się w Miauczyńskiego w filmie "Nic śmiesznego") - jego Miauczyński nie jest prostakiem, lecz postacią, z którą każdy może się utożsamiać. Po raz kolejny udowodnił, że doskonale sprawdza się w inteligentnych komediach - wcześniej dobrze wypadł w filmie "Pieniądze to nie wszystko".
Kondrat jest jednym z nielicznych aktorów, którzy "czytają" rolę. Doskonale analizuje dramaturgię, o czym można się było przekonać, oglądając choćby telewizyjny dokument o jego pracy nad "Mazepą" Słowackiego w reżyserii Gustawa Holoubka. Reżyserski debiut był więc tylko kwestią czasu. Na debiut wybrał sensacyjne "Prawo ojca". Film nie był wielkim sukcesem, ale Kondrat pokazał świetny warsztat: dramaturgicznie obraz był bez zarzutu.

Somnambuliczno-wybuchowy sceptyk
Reklama wódki, kabaretowy pan Mareczek, serial "W labiryncie", "Mazepa" Gustawa Holoubka, "Weiser" Wojciecha Marczewskiego - to zestawienie daje wyobrażenie o skali zainteresowań i możliwości Kondrata. Podobnie jak Robert De Niro Kondrat może zagrać każdą postać. Często sam wymyśla swoje filmowe dialogi. Narzeka, że w Polsce nie ma dla niego odpowiednich partnerek. Dorota Stalińska twierdzi, że są, tylko nikt im gry z Kondratem nie proponuje. - Częściej niż na scenie spotykamy się na zawodach wędkarskich. Mogę zapewnić, że w tym też jest doskonały - opowiada aktorka.
Kondrat mówi o sobie, że jest "somnambuliczno-wybuchowym sceptykiem". Krążą o nim dziesiątki anegdot. Podobno swoją pierwszą wódkę (ratafię!) wypił w ubikacji kina Muranów. Także znad pisuaru (zagranicznego) widział Charliego Chaplina, którego, niestety, nie poznał. Słynie z talentu parodystycznego. Imitując Edwarda Dziewońskiego, umówił się przez telefon z Grażyną Barszczewską. Pod nieobecność Andrzeja Wajdy odczytał publicznie list reżysera jego głosem.
Chyba tylko jedna rola była porażką Marka Kondrata: na początku kariery wystąpił w polsko-brytyjskiej "Smudze cienia" Wajdy. Nie poradził sobie z Conradowskim tekstem, ale nie bez winy był tu Wajda, który pochopnie obsadził w roli doświadczonego kapitana człowieka nie całkiem jeszcze wtedy dojrzałego.
Teraz Marek Kondrat jest poza konkurencją - stał się instytucją. Może przebierać w propozycjach ról, może reżyserować, być producentem. Mając pięćdziesiątkę, większość jego kolegów zaczyna już myśleć o emeryturze - Kondrat jest natomiast w coraz lepszej formie. 



Ważniejsze role
1. 1961 r. - "Historia żółtej ciżemki" (Wawrzek)
2. 1975 r. - "Zaklęte rewiry" (Roman Boryczko)
3. 1982 r. - "Danton" (Barere de Vieusac)
4. 1984 r. - "Dom wariatów" (Adaś Miauczyński)
5. 1985 r. - "C.K. Dezerterzy" (Jan Kania)
6. 1988 r. - "W labiryncie" (Adam Racewicz)
7. 1992 r. - "Psy" (Olo)
8. 1995 r. - "Pułkownik Kwiatkowski" (tytułowa)
9. 1998 r. - "Ekstradycja" (Olgierd Halski)
10. 1999 r. - "Ogniem i mieczem" (Jan Kazimierz)
11. 1999 r. - "Pan Tadeusz" (Hrabia)
12. 2000 r. - "Weiser" (Paweł Heller)
13. 2002 r. - "Dzień świra" (Adaś Miauczyński)

Nagrody
  • 1995 - Wiktor
  • 1997 - Złota Kaczka
  • 1998 - Wiktor,Super Wiktor
  • 1999 - własna gwiazda w Alei Sław w Łodzi
  • 1999 M- nagroda za debiut reżyserski ("Prawo ojca")
  • 1999 - Wiktor

Więcej możesz przeczytać w 30/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0