Świętokradztwo

Świętokradztwo

Najbardziej zagorzali strażnicy demokracji próbowali jej bronić w niedemokratyczny sposób

Sejmowa Komisja do spraw Służb Specjalnych działa według wyjątkowych reguł. Mają one zagwarantować opozycji wgląd w sprawy okryte ścisłą tajemnicą państwową. Służy temu zasada, że tylko przedstawiciel opozycji może być przewodniczącym komisji. Co więcej, zmienia się go co pół roku, by nie dopuścić do ustanowienia jakiegokolwiek monopolu.
Na tym tle doszło ostatnio do poważnej awantury. Liderzy parlamentarnej opozycji - Lech Kaczyński (PiS), Maciej Płażyński (PO) i Antoni Macierewicz (LPR) - oraz członkowie sejmowej Komisji do spraw Służb Specjalnych - Konstanty Miodowicz (PO) i Zbigniew Wassermann (PiS) - na wspólnej konferencji prasowej skrytykowali wybór posła Andrzeja Grzesika z Samoobrony na przewodniczącego speckomisji. Protestujący zarzucili posłom koalicji rządowej uniemożliwienie wybrania na nowego szefa komisji właśnie ich przedstawiciela. Chcieli, by został nim Macierewicz, bo Grzesika nie uznają za wiarygodnego reprezentanta opozycji.
Uwzględnienie tego protestu oznaczałoby przyznanie jego autorom prawa wyrokowania, kto jest, a kto nie jest prawdziwą opozycją. Wymagałoby to niemałej rewolucji, bowiem do tej pory za opozycyjne uznawano wszystkie kluby parlamentarne nie wchodzące w skład koalicji rządowej. Sami się tak określali oraz tak byli postrzegani przez opinię publiczną posłowie Platformy Obywatelskiej, Prawa i Sprawiedliwości, Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony.
Reinterpretacja tego stanu, w największej mierze opartego na samookreśleniu, narażałaby na poważne kłopoty. W ślad za samozwańczymi recenzentami pojawiliby się kolejni autorzy politycznych certyfikatów i niedługo przyszłoby czekać na moment, w którym nic już nie byłoby pewne.
To stwierdzenie nie jest hipotezą. Nazajutrz po wspomnianej konferencji prasowej liderów PO, PiS i LPR w prasie ukazało się oświadczenie polityków Unii Wolności. Podobnie jak poprzednicy skrytykowali oni wybór Grzesika, ale za równie niedopuszczalną uznali kandydaturę Antoniego Macierewicza, zarzucając mu, że "jest odpowiedzialny za używanie służb specjalnych do celów ściśle politycznych, łącznie z kompromitującym sposobem przeprowadzenia lustracji".
Owo podwójne zdezawuowanie uczyniło całą historię dość niepoważną. Można byłoby się nią w ogóle nie zajmować, gdyby nie fakt, że tak naprawdę wiąże się ona ze sprawą znacznie poważniejszą. Zakwestionowanie kandydatury Grzesika i Macierewicza oznacza zanegowanie ich legitymizacji, uzyskanej w demokratycznym akcie wyborczym. Stąd już tylko krok do rozciągliwego traktowania reguł demokracji, a w dalszej perspektywie do usankcjonowania zachowań niedemokratycznych.
Zważywszy na niezłomne przywiązanie środowiska Unii Wolności do kanonów demokracji, brzmi to jak kalumnia, ale historia dostarcza niejednego przykładu, kiedy to najbardziej zagorzali strażnicy demokracji próbowali jej bronić w zgoła niedemokratyczny sposób. Tak było w połowie lat dwudziestych z inteligenckimi partiami II Rzeczypospolitej. Nie potrafiły się one pogodzić z wynikami wyborów, które skazywały je na marginalizację, a rząd dusz i przewagę w parlamencie oddawały znienawidzonej Narodowej Demokracji. Ratunek widziały w chwilowym porzuceniu demokracji i poparciu zamachowych planów marszałka Józefa Piłsudskiego, traktowanych jako ostatnia szansa na uzdrowienie systemu. Okazało się to zwykłą mrzonką, bowiem Polska po zwycięskim zamachu majowym grzęzła coraz głębiej w autorytaryzmie.
Historia zna i inne, bardziej optymistyczne przykłady szokowego leczenia schorzeń ludowładztwa. Lepiej jednak nie liczyć na te pozytywne scenariusze i w obawie przed najgorszym zrezygnować z najbardziej nawet niewinnego podważania reguł demokracji. Takie działanie pozostaje świętokradztwem, nawet jeśli zachęcają do niego politycy uchodzący za arcykapłanów ludowładztwa.
Okładka tygodnika WPROST: 33/2002
Więcej możesz przeczytać w 33/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0