Koncert mumii

Koncert mumii

Dodano:   /  Zmieniono: 
The Rolling Stones to najdłużej grający zespół rockandrollowy świata
Wynurzyli się z obskurnego klubu bluesowego w londyńskim Ealing. Pierwszy publiczny koncert dali latem 1962 r. i do dziś koncertują nieprzerwanie. Przetrwali wszystkie muzyczne rewolty i mody. The Rolling Stones wciąż biją rekordy ustanowione przez siebie samych.
Przypadające właśnie czterdziestolecie istnienia zespołu Stonesi zamierzają uczcić wydaniem albumu "Forty Licks". Obok 36 utworów przypominających najważniejsze muzyczne wydarzenia w ich karierze znajdą się cztery zupełnie nowe piosenki: "Dont Stop", "Keys To Your Love", "Losing My Touch" i "Stealing My Heart". Do sklepów trafi także komplet dwudziestu kilku wczesnych brytyjskich i amerykańskich albumów - po raz pierwszy w cyfrowych wersjach. 3 września koncertem w Bostonie Stonesi rozpoczną kolejne "mamucie" tournée - w ciągu dwóch lat zagrają czterdzieści koncertów w Ameryce Północnej, później ruszą w objazd Europy, Australii i Dalekiego Wschodu. Po raz pierwszy zawitają do Chin.

Wyjście z cienia
Od początku uosabiali tzw. ciemną stronę brytyjskiego rocka. Seks, narkotyki, ekscesy obyczajowe to była ich codzienność. Bzdurą jest teoria, że Rolling Stonesi w latach 60. walczyli o palmę pierwszeństwa z Beatlesami. Tak naprawdę Stonesi toczyli walkę o utrzymanie się na drugiej pozycji. Tę zaś zdobyli w 1965 r. wielkim rockowym hymnem tamtej epoki: "Satisfaction". W latach 70. obwołani zostali największym rockandrollowym zespołem świata. Zawsze jednak na plecach czuli oddech innych grup - The Who i The Kinks czy The Yardbirds. Gdy nadciągnęła "druga fala", zwiastowana przez Cream, Pink Floyd, Jimmyego Hendrixa i Led Zeppelin, byli świetnie przygotowani do jej odparcia. Mick Jagger i Keith Richards zdążyli już okrzepnąć jako tandem kompozytorski, zrozumieli, iż nie zajdą wysoko jako antyteza Beatlesów, nagrywając płyty pod dyktando "epoki". Przygotowaniem i realizacją nowej strategii zajął się Jagger. I udało się. Wiosną 1970 r., gdy nadszedł moment, by sięgnąć po koronę abdykujących Beatlesów, The Rolling Stones byli poza wszelką konkurencją.

Potęga gitarowego riffu
W studiu byli zdani na siebie, uczyli się wyłącznie na własnych błędach. Menedżera Stonesów Andrew "Loog" Oldhama interesował nie tyle sam zespół, ile zamieszanie wokół niego. Swych podopiecznych widział jako gang chuliganów z "Mechanicznej pomarańczy" i robił wszystko, by tak samo patrzyła na nich publiczność. W 1967 r. Jagger pokazał mu drzwi. Jagger pozyskał najpierw Jimmyego Millera jako producenta, a po pozbyciu się Jonesa - gitarzystę Micka Taylora. To były posunięcia rozstrzygające o przyszłości zespołu.
Muzyka Stonesów od początku była inspirowana klasycznym bluesem - w końcu to od utworu Muddyego Watersa "Rolling Stone" zespół wziął nazwę. Wykonawcą, który odegrał kluczową rolę w kształtowaniu się tożsamości zespołu, był jednak Chuck Berry. Na jego prostych utworach, osadzonych na gitarowych riffach, uczyli się rzemiosła wszyscy wykonawcy lat 60. Stonesi poszli jednak dalej. Podjęli ryzyko przystosowania przestarzałej już nieco archetypowej estetyki Berryego do autorskich kompozycji. Tak właśnie narodził się ów charakterystyczny styl Stonesów, owo niepowtarzalne brzmienie. Zdefiniowały je single "Jumping Jack Flash", "Street Fighting Man" oraz albumy "Beggars Banquet" i "Let It Bleed". Parę lat później (1975), gdy grającego finezyjnie Micka Taylora zastąpił Ron Wood z The Faces, styl ów osiągnął doskonałość. Muzyk z tej samej szkoły co Keith Richards udowodnił, że jeden krótki, mocarny gitarowy riff jest więcej wart niż piętnastominutowa solówka.

Epitafium dla pokolenia Woodstock
Słynny Robert Johnson oddał ponoć duszę diabłu, by stać się najwybitniejszym bluesmenem z Delty. Może dlatego Stonesi też rozpoczęli krótki - lecz decydujący o ich nowym wizerunku - flirt z okultyzmem. Zaznaczył się on na "Their Satanic Majesties Request". W 1968 r. nagrali "Sympathy For The Devil" - krótką opowieść o ludzkiej nikczemności (narratorem opowieści jest szatan). Wypadki roku 1969 wprawiły fanów Stonesów w stan podszytej zabobonnym lękiem ekscytacji. Wyrzucony z zespołu Brian Jones - uzależniony od narkotyków i niechętny zmianom - miesiąc później utonął w basenie w swej posiadłości w Sussex. Podczas kończącego tournée po USA koncertu w Altamont, w trakcie "Sympathy For The Devil" najęci do ochrony imprezy Hells Angels ranili śmiertelnie nożem jednego ze słuchaczy. Ledwie cztery miesiące upłynęły od Woodstock. Otoczeni czarną legendą The Rolling Stones wkraczali w nową dekadę jako triumfatorzy. Logo zaprojektowane przez Andyego Warhola - karminowy jęzor wywalony z nabrzmiałych, rozchylonych lubieżnie warg - stał się znakiem firmowym wartym miliony dolarów.

Kasa i narkotyki
Finanse Stonesów, uwikłanych w sądowy spór z byłym menedżerem Allenem Kleinem, były zamrożone. Brytyjski fiskus zgarniał ponad 90 proc. dochodów zespołu. Uporali się z tym, wybierając w 1971 r. życie emigrantów podatkowych na południu Francji. Największym zagrożeniem były jednak dla Stonesów zawsze narkotyki. Keith Richards przejął po zmarłym Brianie Jonesie modelkę Anitę Pallenberg i jej uzależnienie od heroiny. Tak rozpoczęła się prawdziwa odyseja gitarzysty ku samozagładzie. Nałóg kosztował ową parę 10 tys. dolarów miesięcznie. W pewnym momencie oboje musieli się wynieść z posiadłości w Villefranche-sur-Mer (gdzie powstał album "Exile On Main Street") do Szwajcarii. Gdy i tam policja zaczęła węszyć, uciekli do Londynu. W porzuconym domu znaleziono 50 gramów heroiny i kokainy oraz 5 tys. zużytych strzykawek. Zespołowi groził rozpad. "Black And Blue" z 1976 r. - "ćpuńska muzyka", jak ją dziś nazywa Richards - wytyczyła dolną granicę stonesowskich standardów.
Otrzeźwienie przyszło po nalocie policji na hotelowy pokój gitarzysty w Toronto. Wraz ze zniknięciem panny Pallenberg z orbity zespołu sytuacja wróciła do normy, czyli do... kontrolowanego zażywania kokainy. W efekcie między "Sticky Fingers" (1971) a "Steel Wheels" (1989) nie powstało nic, co zasługiwałoby na miano stonesowskiego arcydzieła.
Tylko Jaggerowi Stonesi zawdzięczają wydobycie się z finansowej zapaści. To także on uczynił z nich maszynę do zarabiania pieniędzy. Dziś jego majątek szacowany jest na 150 mln funtów, do czego trzeba dodać warte 10 mln funtów nieruchomości: zamek La Forchette koło Ambois w dolinie Loary, urządzoną w japońskim stylu posiadłość Stargroves na karaibskiej wyspie Mustique, elegancką kamienicę w nowojorskiej Upper West Side. Dzięki jego opiece finansowej Richards może się poszczycić majątkiem wycenionym na 130 mln funtów. Sukcesy finansowe zwieńczył upragniony tytuł szlachecki, nadany mu niedawno z rekomendacji Tonyego Blaira przez królową Elżbietę II w ramach obchodów złotego jubileuszu jej panowania.

Starsi panowie "bez godności"
Na początku 1989 r. Stonesi zostali wprowadzeni do Rock and Roll Hall of Fame. Podczas uroczystości w nowojorskim Waldorf-Astoria rekomendujący ich Pete Townshend z The Who powiedział: "Cokolwiek chłopcy robicie, nie próbujcie się starzeć z godnością. To do was nie pasuje". Jakby w odpowiedzi na te słowa zespół nagrał jeden z najlepszych od lat albumów: "Steel Wheels". Po nim były nie mniej znakomite "Bridges To Babylon".
Recepta Stonesów na długowieczność jest zaskakująco prosta: nigdy nie odrywać się od korzeni rocka - bluesa, rhythm and bluesa i soulu. Dlatego ich muzyka ma dziś wartość ponadczasową i ponadpokoleniową. Stonesi łączą wszystkie rockandrollowe generacje - tym silniej, im bardziej postępuje polaryzacja gustów publiczności i skuteczne zatarcie granic między autentycznym rockiem a niby-rockową konfekcją w stylu na przykład Bon Joviego. Nie traktują jednak sceny jak ambony czy trybuny, bo nie wierzą, iż muzyka może zmienić czy zbawić świat. "To tylko rock and roll, ale to mi odpowiada" - śpiewają w utworze z 1974 r., który stał się mottem ich działalności na następne trzydzieści lat. I to im historia przyznała rację. Mimo upływu lat wciąż świetnie prezentują się na scenie. (Choć złośliwi, najczęściej zapomniani koledzy mówią o nich: żywe mumie.) Tyle że w świetle reflektorów lepiej być chudym i zasuszonym jak mumia niż spasionym - jak nie przymierzając Elvis - w końcowej fazie swojej kariery. Przynajmniej buntownicze deklaracje i epatujące seksem teksty nie brzmią wtedy groteskowo.

Więcej możesz przeczytać w 35/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0