Dzieło sztuki, dzieło wojny

Dzieło sztuki, dzieło wojny

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zrealizowana za niewielkie pieniądze "Ziemia niczyja" w dotkliwie celny sposób wyraża prawdę o bezsensie wojny
Tomasz Raczek: Panie Zygmuncie, film "Ziemia niczyja", opowiadający o wojnie w Jugosławii, otrzymał w tym roku Oscara w kategorii najlepszy film zagraniczny. Zostało to przyjęte ze zdziwieniem, a nawet rozczarowaniem, bo obserwatorzy liczyli, że Oscara dostanie "Amelia" - optymistyczna francuska bajka kojąca nerwy i frustracje. Tymczasem "Ziemia niczyja" dowodzi, że świat bynajmniej nie jest bajkowy.
Zygmunt Kałużyński: Ależ "Amelia" to sympatyczna, inteligentna komedyjka, złożona z oryginalnych pomysłów i nic więcej. Rozgłos tego filmu jest zgoła niezasłużony. "Ziemia niczyja" natomiast, która opowiada historię jednego dnia z życia kilku żołnierzy na froncie, jest w kinie wojennym wyjątkowym osiągnięciem.
TR: A przecież to dzieło debiutanta - reżysera i scenarzysty Danisa Tanovicia - zrealizowane za niewielkie pieniądze. Wyraża prawdę o wojnie, której innym reżyserom nie udaje się pokazać nawet wtedy, gdy mają do dyspozycji ogromne fundusze. Prawdę o jej bezsensie.
ZK: Jeszcze więcej, panie Tomaszu, bo film wojenny skłania widza do identyfikacji: do uczuciowego przyłączenia się do jednej ze stron. Zwykle popieramy "naszą" stronę albo tę, którą uważamy za słuszną, tymczasem tutaj mamy dwóch żołnierzy przeciwnych armii, Serba i Bośniaka, a nasza emocja nie może "się zaczepić" na żadnym z nich. Obydwaj w gruncie rzeczy są negatywni.
TR: Bo w tym filmie negatywni są wszyscy bohaterowie! Najpierw widzimy, jak oddział bośniacki gubi w nocnej mgle drogę, a gdy mgła się podnosi, staje na wprost serbskich czołgów. Padają strzały, wszyscy giną, tylko dwóm rannym udaje się dostać do opuszczonego okopu. Tu, na ziemi niczyjej, odnajdują ich dwaj wysłani na zwiad Serbowie. Zamiast sobie pomóc, wzajemnie oskarżają się o spowodowanie wojny. Po chwili dołączają kolejni bohaterowie: ONZ-owscy żołnierze UNPROFOR i przedstawiciele zagranicznych mediów. Dziennikarze relacjonujący dramatyczną sytuację filmują Bośniaka leżącego w okopie na minie przeciwpiechotnej. Najmniejsze poruszenie może spowodować jej detonację.
ZK: Więc na kim może "się zaczepić" nasza sympatia?
TR: Wszyscy zawodzą nasze nadzieje!
ZK: Właśnie! Czyli jest to film kompletnie pesymistyczny. Jego nowością jest właśnie to, że ignoruje naszą potrzebę, aby kogoś poprzeć. Przeciwnicy wciąż się nienawidzą. Mogliśmy się spodziewać, że zamknięci w takiej sytuacji wreszcie zrozumieją, że uczestniczą w niedorzeczności, i podadzą sobie ręce, choćby w przenośni. Tutaj jednak tego nie ma! Również Narody Zjednoczone zostały skompromitowane jako bezsilne i unikające mieszania się w konflikt, a więc także ratowania ludzi; wreszcie jako figuranci starający się udawać wobec międzynarodowej opinii, że są pożyteczni. Z punktu widzenia emocjonalnej potrzeby widza mamy tu kompletnie czarną plamę!
TR: Bo wojna została przedstawiona jako teatr absurdu. Tanović przyznaje zresztą, że gdy sam był żołnierzem w czasie tej wojny (po stronie bośniackiej), miał wrażenie, że sytuacja przypominała sztukę Becketta "Czekając na Godota". Czekali na rozwiązanie sytuacji, która okazała się sytuacją bez wyjścia.
ZK: Tutaj jest jeszcze więcej! Tanović pokazał, dlaczego wojna jest absurdalna: bo jest poza zasięgiem wszystkich jej uczestników. Oglądając "Ziemię niczyją", przypomniałem sobie lekturę "Wojny peloponeskiej" Tukidydesa w tłumaczeniu Kumanieckiego. Ta genialna książka pokazuje, że wojna ma swój mechanizm, który właściwie przestaje być zależny od ludzi. Wojna peloponeska między Spartą a Atenami trwała trzydzieści lat, a jej rezultatem było w zasadzie zniszczenie cywilizacji greckiej. Nikt jednak nie potrafił jej przerwać, ponieważ - zdaniem Tukidydesa - motorem wojny jest strach. Każda ze stron boi się, że ta druga może być dla niej groźna, i jest to nie do uniknięcia. W tej historii widać, że wojna to jest coś, co przerasta ludzkie możliwości. Podobnie jest w "Ziemi niczyjej". Uważam, że to wielka nowość w kinie, jeśli idzie o myślenie o wojnie.
TR: "Ziemia niczyja" to także dowód na potwierdzenie tezy, że kluczem do sukcesu filmu jest dobry scenariusz. Reżyser musi go potem z talentem ubrać w obrazy. Tymczasem w większości filmów, które się obecnie realizuje, regułą jest, że kiepski scenariusz próbuje się ratować efektowną realizacją wizualną.
ZK: Tylko że ten scenariusz został napisany nie przez samego Tanovicia, ale i przez sytuację, czyli wojnę domową. A taka wojna zawsze jest prowadzona z wyjątkowym okrucieństwem, bo ludzie, którzy żyli z sobą drzwi w drzwi, muszą się zdecydować na zabijanie sąsiada, co sprawia, że zadają sobie gwałt. Żeby go zrekompensować, zachowują się tak okrutnie, jak nigdy nie bywa w wojnach imperialnych. Ta sytuacja pozwoliła reżyserowi osiągnąć niezwykły efekt.
TR: Osiągnął też czystość dramaturgiczną równą antycznej tragedii.
ZK: Bo to jest antyczna tragedia, która powiada, że wojna to fatum pozostające poza naszym zasięgiem.
TR: Ale przecież mamy tu także akcenty komediowe, prawie że farsowe!
ZK: Bo tragedia ostateczna ma w sobie komizm, i to zostało wydobyte. Z tego filmu można by wyjść przygnębionym jak z żadnego innego filmu wojennego, ale zostaje coś, co nas podtrzymuje - sztuka. "Ziemia niczyja" jest dziełem sztuki i to jedyne pocieszenie, które z tej tragedii wynosimy.
Więcej możesz przeczytać w 35/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0