Triumf Pianisty

Triumf Pianisty

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Pianista" pozwolił nam poznać dwie prawdy: to film wybitny i nie polski

Sierpień 1939 roku w Warszawie: ruch na ulicach i w Ogrodzie Saskim, wszędzie pełno elegancko ubranych ludzi, pędzących samochodów, tramwajów. Afisze na słupach reklamują różnorodne atrakcje - to dokument z tamtych czasów. Potem mamy już fabularną część opowieści, opartą na autentycznych wspomnieniach zmarłego dwa lata temu pianisty i kompozytora. Letnie powietrze rozbrzmiewa muzyką Chopina. To nokturn cis-moll grany przez Władysława Szpilmana i transmitowany przez Polskie Radio. Muzyka nie wybrzmiewa jednak do końca, bo podczas koncertu niemieckie samoloty bombardują miasto, a także rozgłośnię radiową. Z okien lecą szyby, na głowy sypie się gruz. Szpilman wraz z innymi ucieka do schronu. Ma lekko zranione czoło.
Dalej idą obrazy z wielkim wyczuciem ułożone w historię warszawskiej rodziny żydowskiej podczas niemieckiej okupacji. Obserwujemy, jak harmonijnie dotąd skonstruowany świat 28-letniego pianisty rozpada się na dwie części z powodu jego żydowskiego pochodzenia. Począwszy od napiętnowania opaską z gwiazdą Dawida (nakaz władz okupacyjnych wprowadzono 1 grudnia 1939 r.), przez przymusową przeprowadzkę do getta (15 listopada 1940 r.), po ostateczną eksterminację Żydów: spędzenie na Umschlagplatz i wywiezienie do obozu zagłady w Treblince (lipiec-sierpień 1942 r.). Szpilman znał i opisał tę żydowską część życia, odgrodzoną wysokim murem getta od reszty też nieszczęśliwego świata. Polański, który również przeżył wojnę w getcie, tyle że krakowskim, dostrzegł w tej relacji materiał na klarowną, logiczną i przejmującą opowieść o Holocauście - łatwą do zrozumienia dla współczes-nego widza (nawet tego całkiem młodego). Bez potrzeby stosowania hollywoodzkich chwytów, z których tak obficie korzystał dla osiągnięcia tego samego celu Steven Spielberg, realizując prawie dziesięć lat temu "Listę Schindlera".

Jak to było?
Oglądanie "Pianisty" - w miarę jak życie bohaterów filmu popada w odbierającą godność konwulsję - wywołuje u widzów postępujący skurcz całego organizmu, z sercem włącznie. Ten film zrobiono tak, by można było sobie wyobrazić "jak to było". Co się czuje, gdy codzienna egzystencja zamienia się w równię pochyłą, na której tylko najdzielniejsi, najbardziej wytrwali i mający najwięcej szczęścia potrafią łapać równowagę. Szpilman ją ła-pał, przygrywając na pianinie w kawiarni, funkcjonującej mimo wszystko w getcie (w getcie wiele instytucji działało "mimo wszystko" - grały teatry, ukazywały się gazety, prowadzono zajęcia w szkołach). To dawało mu parę groszy na skromne wyżywienie dla całej rodziny i zaświadczenie o zatrudnieniu, które chroniło przez jakiś czas przed wywózką z getta. Poza tym pozwalało mu się czuć artystą. A Szpilman był artystą i może dzięki temu jego relacja z Holocaustu jest pozbawiona politycznej agresji, publicystycznej swady. Nie ma w niej potrzeby buntu. Owszem, Szpilman brał udział w przygotowaniach do powstania w getcie, ale jakoś tak z przyzwoitości, nie z zapału, który powstańcom zapewnia bojowe hormony.
Szpilman był miękki i twardy zarazem. Pogrążony z kretesem w beznadziejnej sytua-cji, ale jakoś z niej wychodzący. Chciał być do końca ze swoją rodziną. Jednak wszyscy jej członkowie (matka, ojciec, brat, dwie siostry) trafili do obozów śmierci. Samego Szpilmana w ostatniej chwili wykopał z transportu policjant, który znał go z gry na fortepianie. Artysta - człowiek oboczny, któremu ta oboczność czasem przynosi ból, a czasem daje szansę.
Gdzieś już była podobna relacja, także z wojennej Warszawy, choć była ona pisana z perspektywy drugiej strony muru. Podczas tamtej lektury, tak jak teraz podczas projekcji "Pianisty", ciarki chodziły po krzyżu i wydawało się, że nareszcie można zrozumieć, poczuć, jak wtedy było naprawdę. Tę polską część doświadczenia wojennego najdoskonalej opisał Miron Białoszewski w "Pamiętniku z powstania warszawskiego". "Pianista" to taki właśnie pamiętnik, tyle że z żydowskiego getta.

Świetny, nie polski film
Gdy film odniósł sukces na światową skalę, a Polański odebrał w Cannes nagrodę, rozgorzała u nas dyskusja, czy to trofeum to triumf samego Polańskiego, czy całego kina polskiego. Gdy dramatycznie brakuje sukcesów polskich produkcji filmowych, Złota Palma okazała się gratką nie do pogardzenia i… żaby zaczęły nogi podstawiać. Ale o ile "Pianista" w rzeczywistości okazał się dużo lepszym filmem, niż relacjonowała to większość kolegów dziennikarzy oglądających go w Cannes, o tyle podczas warszawskiej premiery widać było wyraźnie, że nie tylko nie potwierdza on potęgi naszej kinematografii, ale wręcz obnaża jej słabości.
W czasach rozkwitu polskiej szkoły filmowej "Pianista" mógłby powstać w całości w Polsce i prezentować równie wysoki poziom. Dzisiaj byłoby to niemożliwe bez udziału produkcyjnego Niemiec (studia w Babelsbergu), Francji i przede wszystkim doskonałego scenariusza napisanego przez Anglika Harwooda. Gdy więc twierdzę, że "Pianista" nie jest filmem polskim, nie mam na myśli tego, iż przedstawia on żydowski punkt widzenia na II wojnę światową i że jest on sprzeczny ze świadomością Polaka, bo 
- moim zdaniem - nie jest. Po prostu w polskim przemyśle filmowym pozostały tylko niektóre profesje, w których mamy specjalistów zdolnych wyprodukować taki film: scenografa (Allan Starski), kompozytora (Wojciech Kilar), operatora (Paweł Edelman), kilkoro aktorów posługujących się wystarczająco dobrze językiem angielskim, by grać w filmie nagrywanym w tym języku. Mamy też współproducentów (Lew Rywin, Gene Gutowski), którzy działają dobrze wtedy, gdy produkują filmy reżyserowane przez fachowców jak Roman Polański, a tych wśród polskich reżyserów - jak kot napłakał. Chodzi o szerokość horyzontów, siłę osobowości i charakteru (tak, tak - to drugie też!), znajomość warsztatu i brak potrzeby pisania sobie samemu scenariuszy.
Gdyby Roman Polański postanowił zrealizować "Pianistę" jako film polski, szybko okazałoby się, że stanąłby przed koniecznością dokonania szeregu kompromisów i… nie wyszedłby z tego film godny Złotej Palmy w Cannes. Ani żadnej innej. I dlatego właśnie "Pianista" pozwolił nam poznać dwie prawdy:
tę, że to film wybitny, i tę, że nie jest on polski.

Dwa fortepiany
Ale bez obaw, Polacy nie zostali pokazani w "Pianiście" jako świnie prześladujące Żydów. Polański wyjątkowo starannie odmierzył proporcje: mamy tu zarówno dobrych i złych Polaków, dobrych i złych Żydów, a nawet dobrych i złych Niemców. Jakże mogłoby być inaczej, skoro życie Szpilmanowi uratowali po kolei: Żyd policjant wypychający go z transportu na Umschlagplatz, Polacy z podziemia przechowujący go po ucieczce z getta przez kilka lat w mieszkaniach skrytkach i ryzykujący własne życie, a wreszcie pewien Niemiec, kapitan Wilm Hosenfeld, który w ostatniej fazie tułaczki uratował go od śmierci głodowej w ruinach Warszawy.
Nie miejmy złudzeń, ten film przekonuje, że losy Polaków i losy Żydów w czasie II wojny światowej to jakby dwie różne historie zaplanowane przez różnych bogów. Rozgrywały się na tej samej ziemi, nad którą wcześniej i później rozbrzmiewała ta sama muzyka Chopina, ale nasze i ich fortepiany, które za sprawą okupantów sięgały bruku, były całkiem inne. Znaczyły to samo, bolały tak samo, ale inaczej spadały. Na ten żydowski, roztrzaskujący się fortepian patrzymy w "Pianiście" ze ściśniętym sercem.
Jeszcze jedno: Władysław Szpilman po wojnie dokończył przerwany bombardowaniem we wrześniu 1939 r. nokturn cis-moll Chopina na nowym fortepianie, w nowym radiu i nowej Polsce. Cała jego rodzina zginęła, ale on mógł stworzyć nową, swoją rodzinę. Grał, komponował i założył… Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie. Pozostał artystą niespotykanie odpornym na truciznę, jaką mają w sobie wspomnienia.

Fortepian Szpilmana Na płycie z muzyką do "Pianisty" możemy posłuchać w całości kompozycji, które w filmie zostały wykorzystane fragmentarycznie. Chopinowskie nokturny, ballady, preludium, walca i poloneza nagrał Janusz Olejniczak. Są to świetne, pozbawione sentymentalizmu, pełne pasji interpretacje - może najlepsze w dyskografii wybitnego chopinisty. Chwytliwa, żydowska w charakterze jest miniatura Wojciecha Kilara "Moving to the Getto Oct. 31, 1940" (klarnet solo i orkiestra) otwierająca film. Ostatnią część płyty wypełnia archiwalne cymelium z 1948 r.: mazurka a-moll Chopina gra sam Władysław Szpilman. Znam wspanialsze wykonania, ale to nie ma znaczenia. Wzruszenie jest ogromne. (JM)


reżyseria: Roman Polański
scenariusz: Ronald Harwood na podstawie książki Władysława Szpilmana
w rolach głównych: Adrien Brody, Thomas Kretschmann
produkcja: Polska-Niemcy-Francja-Wielka Brytania, 2002 r.
czas trwania: 148 minut
Więcej możesz przeczytać w 37/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0