Amerykański Feniks

Amerykański Feniks

Podczas ataku terrorystycznego w wieżowcach WTC i w sąsiedztwie znajdowało się sporo Polaków i osób polskiego pochodzenia
Gdy 11 września o godz. 8.45 czasu amerykańskiego boeing 767 uderzył w północną wieżę World Trade Center, pracujący w niej Jan Demczur, emigrant z Polski (22 lata pobytu w USA), jechał właśnie ekspresową windą. Znajdował się akurat między 44. a 70. piętrem. - Nagle zaczęliśmy spadać w dół - opowiada Demczur, który trudnił się myciem szyb w wieżowcu. - Na szczęście nie zawiodły hamulce bezpieczeństwa i winda się zatrzymała. Najpierw sądziłem, że to tylko problem techniczny. Dopiero kiedy pojawił się dym, wiedziałem, że to coś poważnego. Bez problemu otworzyliśmy drzwi, ale za nimi była gipsowo-kartonowa ściana. Miałem z sobą szczotkę z myjką i przez 45 minut uderzałem w ścianę trzonkiem, aż w końcu wydrążyliśmy otwór, przez który się wydostaliśmy. Ucieczka schodami zajęła nam kolejne trzy kwadranse. Kilka minut po tym, jak Demczur i pozostali pasażerowie windy wydostali się z budynku, potężna wieża runęła na ziemię. 

Na tablicy upamiętniającej ofiary tragedii jest 25 polskobrzmiących nazwisk. 32-letniemu Michałowi Skarbińskiemu, współwłaścicielowi funduszu inwestycyjnego, udało się ujść z życiem z 85. piętra wieży północnej (samolot uderzył 10 pięter wyżej). Leokadii Głogowskiej, inżynierowi budownictwa z New York Metropolitan Transportation Council, udało się cudem opuścić 82. piętro. Podobnie wiele szczęścia miał Eligiusz Polak pracujący w Port Authority - wydostał się cało z 74. piętra. Dziś ci, którzy przeżyli atak na WTC, dzielą się z reporterami "Wprost" nie tylko swoimi relacjami z tamtych chwil, ale mówią też o tym, jaki ślad zostawił w ich psychice dramat sprzed roku oraz jak zmienili się pod jego wpływem oni sami, jak zmienił się Nowy Jork.

Demczur jak Pułaski
- Wciąż mi to stoi przed oczyma. Zrezygnowałem z roboty, po doktorach chodzę. Ciągle tylko kaszlę i coś mi siedzi w płucach - żali się Stanley Trojanowski, strażak, który podczas akcji ratowniczej został poparzony i zatruł się dymem. - Wielu ludzi zrezygnowało z pracy w naszym wydziale. Nie byli w stanie unieść psychicznego ciężaru - mówi Julian Dwornik, policjant z oddziału do zadań specjalnych. On i jego koledzy z oddziału zabezpieczali ewakuację okolic WTC, a obecnie czuwają nad bezpieczeństwem antyterrorystycznym. Głogowska niechętnie wraca wspomnieniami do okresu tuż po 11 września. - Na początku zdawało mi się, że już nigdy nie wyjdę z domu. Każdy głośniejszy dźwięk, wycie karetki pogotowia wprawiały mnie w histerię. Z dnia na dzień było gorzej. Dopiero środki uspokajające, terapia i wiara w Boga mi pomogły - opowiada. - Wielu moich kolegów z pracy do dziś ma problemy. Niektórzy nie wrócili jeszcze do swoich zajęć, część przychodzi do firmy tylko na kilka godzin dziennie. Zdarza się, że ludzie zaczynają płakać bez powodu. Wszyscy boimy się pierwszej rocznicy zamachu - dodaje Głogowska.
Jan Demczur z dnia na dzień stał się jednym z idoli Ameryki. Stacje ABC, CNN
i NBC zapraszały go do swoich programów. "To prawdziwy bohater, jak Pułaski lub 
Kościuszko" - mówiła o nim Paula Zahn, gwiazda CNN.
- Śmieszny ze mnie bohater! Nic bym nie zrobił bez pomocy współtowarzyszy, zmywaczki i opatrzności boskiej - mówi Demczur. Amerykanie są innego zdania. Jego szczotka trafiła do Narodowego Muzeum Amerykańskiej Historii.
Zamach miał rzucić USA na kolana, złamać amerykańskiego ducha walki i przedsiębiorczości. W obliczu tragedii nie tylko twarda postawa prezydenta Busha czy zaangażowanie burmistrza Nowego Jorku Giulianiego, ale i zachowania takich zwykłych ludzi jak Demczur bardzo pomogły Amerykanom odbudować wiarę we własne siły. Po wybuchu w WTC nastąpiła eksplozja solidarności. To ona między innymi spowodowała, że nawet strażacy, którzy nie byli na służbie, rzucili się na pomoc - wielu z nich zginęło. 28-letni Marcin Tuliński z banku Merrill Lynch, gdy otrząsnął się po ucieczce z miejsca tragedii, chciał oddać krew poszkodowanym. - W żadnym szpitalu jej ode mnie nie chcieli. Mieli już za dużo chętnych - wspomina.

Życie na gruzach
Nowojorski Feniks niemal natychmiast zaczął się odradzać z popiołów. - Czasem mam do siebie pretensje, że przeżyłem, gdy tam zginęło tyle osób, przyjaciół, kolegów. Ale cóż, trzeba żyć dalej - mówi Demczur. Firma Tulińskiego już w grudniu ubiegłego roku znalazła się z powrotem na dawnym miejscu. - Nowojorczycy szybko wrócili do normalności - twierdzi Andrzej Suchodolski, który w chwili ataku pracował w firmie architektonicznej 500 metrów od WTC i musiał stamtąd uciekać (przez "gigantyczną chmurę pyłu, która ruszyła na nas"), gdy waliły się wieże. - Kilka dni po ataku na ulicach pojawili się pierwsi handlarze. Sprzedawali koszulki z podobizną bin Ladena, wieżami WTC i napisami "Wyszedłem z tego cało". Nastąpiła erupcja patriotyzmu. Wszędzie były flagi, ludzie byli ubrani
w narodowe barwy, przypinali sobie proporczyki - opisuje Suchodolski reakcje Amerykanów na zamach.
Zmieniły się nawet reguły amerykańskiego biznesu, tak często poza USA uznawanego za bezwzględny. - Tymczasową siedzibę znaleźliśmy w jednym z francuskich banków, który za darmo na dziewięć miesięcy wypożyczył nam wyposażone biuro na Manhattanie. Normalnie takie miejsce warte jest majątek - opowiada Skarbiński. Wiele przedsiębiorstw, które straciły biura w WTC, znalazło gościnę u innych firm. - Nigdy nie widziałem w Nowym Jorku ludzi tak życzliwych, jak po 11 września - twierdzi Skarbiński.
W kawiarence przy Broadwayu jest tłoczno i gwarnie. - Biznes jakoś się kręci, ale to nie to, co kiedyś - narzeka właściciel Peter Dragovich, potomek serbskich emigrantów. - Mniej w nas radości i optymizmu. Przeżyliśmy piekło. Denerwuje mnie, że tysiące ludzi przyjeżdża tu specjalnie, by zobaczyć cmentarzysko po wieżach - mówi Dragovich. W ciągu roku od zamachu do Nowego Jorku przyjechało kilkaset tysięcy turystów, którzy chcieli zobaczyć tzw. strefę zero. Zdaniem wielu nowojorczyków, trudno ten ruch porównać z tym, co było dawniej. - W wyniku ataku na WTC bardzo ucierpiała miejska gospodarka. Nowojorczycy ciągle boją się przychodzić na Dolny Manhattan. Dlatego władze starają się ich do tego zachęcić, na przykład tamtejsze restauracje płacą teraz niższe podatki - podkreśla Franciszek Milewski z nowojorskiego oddziału Kongresu Polonii Amerykańskiej.
- To inne miasto! Miasto ludzi przeżywających poważne problemy psychiczne. Ale ducha metropolii nie złamano -mówi Agnieszka Magdziak-Miszewska, konsul generalny RP w Nowym Jorku.

Obawy i żądza odwetu
Wielu nowojorczyków z niepokojem oczekuje rocznicy 11 września, bojąc się nowych ataków. W obliczu tragedii wszyscy byli niezwykle solidarni. Dziś trudno oczekiwać podobnej jedności w myśleniu i działaniu od społeczeństwa demokratycznego i zróżnicowanego kulturowo.
Wedle sondażu Instytutu Gallupa, 64 proc. amerykańskich respondentów wyraziło obawy przed kolejnymi zamachami, 34 proc. sądzi, że będzie to atak za pomocą broni biologicznej, 14 proc. obawia się wybuchu "brudnej bomby". Amerykanie jednocześnie próbują zrozumieć przyczyny zagrożenia. - To są wyszkoleni i potwornie groźni ludzie - mówi o terrorystach Demczur, doceniając siłę tych, którzy rok temu zadali cios światowemu supermocarstwu. - Wydaje mi się, że al Kaida cały czas działa w Stanach Zjednoczonych. Bush nie powinien na razie atakować Iraku. Powinien przede wszystkim zwalczyć te szerszenie tu, w kraju - uważa.
Popiera za to politykę Busha - jak większość osób polskiego pochodzenia w Nowym Jorku - Eligiusz Polak. - Pałam żądzą odwetu. Gdybym mógł, sam poszedłbym na wojnę. To są maniacy, dla których własna śmierć w celu zabicia innych to punkt honoru. Polak, podobnie jak Bush, wyznaje zasadę: "albo oni, albo my". Spodziewa się też kolejnych ataków. - W Ameryce są tysiące ludzi skłonnych je przeprowadzić. Powinny obowiązywać większe rygory bezpieczeństwa. Teraz kilka organizacji obrony praw człowieka podnosi larum, że aresztują ludzi bez postawienia zarzutów. A co ci obrońcy robili przed 11 września? - pyta Polak. 

  


Roman Pabis
psychiatra, dyrektor Przychodni Zdrowia Psychicznego Unitas w Nowym Jorku
Wielu Amerykanów jest ciągle w szoku. Możliwość ataku na Irak pogłębia stres. Widzimy to po liczbie przychodzących do nas pacjentów. Im bliżej 11 września, tym jest ich więcej. Wbrew pozorom, zaraz po zamachu było ich znacznie mniej niż w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
O randze problemu świadczy między innymi utworzenie przez władze federalne tzw. Funduszu Wolności, który zapewnia bezpłatne leczenie i terapię każdemu potrzebującemu. Wielu ludzi wyprowadza się z Nowego Jorku, bo nie wytrzymuje napięcia. Depresja, zagrożenia, brak pewności jutra
i kryzys ekonomiczny to efekty ubiegłorocznej tragedii, z którymi nowojorczycy radzą sobie gorzej, niż przewidywano.
Okładka tygodnika WPROST: 37/2002
Więcej możesz przeczytać w 37/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0