Czystki kresowe

Czystki kresowe

Po 17 września 1939 r. na kresach toczyła się wojna wszystkich ze wszystkimi
We wrześniu 1941 r. w Dżalalabadzie aresztowano Włodzimierza Aplewicza, żołnierza 5. Dywizji Piechoty , należącej do tworzonej właśnie w ZSRR przez gen. Władysława Andersa Armii Polskiej. Po śledztwie i procesie przed polskim sądem wojskowym Aplewicz został w kwietniu 1942 r. skazany na karę śmierci i rozstrzelany. Dwa i pół roku wcześniej, we wrześniu 1939 r., Aplewicz kierował samozwańczym oddziałem milicji, który mordował polskich osadników w gminie Żydomla koło Grodna. Jego kilkunastu podwładnych nigdy nie zostało ukaranych, podobnie jak tysiące Polaków i Białorusinów, a także Żydów odpowiedzialnych za rabunki, gwałty i mordy na północno-wschodnich kresach II RP po wkroczeniu tam Armii Czerwonej.

Rżnąć panów
"Dni swobody", jak powszechnie określano krwawe porachunki na kresach, trwały około dwóch tygodni - do momentu przejęcia kontroli nad tymi terenami przez
administrację sowiecką i NKWD. "Z okolicznych wiosek napływały tłumy wieśniaków żądnych rabunku" - wspominał mieszkaniec powiatu Drohiczyn Poleski. Ofiarami byli przede wszystkim ziemianie (głównie Polacy) oraz bogaci chłopi (Polacy i Białorusini), a w miastach - kupcy, przemysłowcy i zamożniejsi inteligenci (w większości Żydzi). W najtrudniejszej sytuacji znaleźli się Polacy mieszkający na wsi, bardzo często otoczeni przez przeważającą liczebnie ludność białoruską. Polskie osady, zaścianki i majątki niejednokrotnie przypominały wyspy na białoruskim morzu. Znowu odżyło hasło "rżnąć polskich panów". W Małej Brzostowicy (powiat Grodno) już 17 września powstała uzbrojona banda złożona z miejscowych działaczy komunistycznych i kryminalistów. Zajęli oni dwór miejscowych ziemian - Wołkowickich, których zamordowano razem z innymi schwytanymi Polakami. Ofiarom związano ręce drutem, zmuszono do zjedzenia wapna, po czym zakopano żywcem.

Obywatelska samoobrona
Część ludności żydowskiej i polskiej w kresowych miastach usiłowała się przeciwstawić fali bezprawia, powołując uzbrojone oddziały samoobrony, których zadaniem było pilnowanie mieszkań, kamienic i sklepów. Choć w rabunkach dużą rolę odgrywali miejscowi komuniści, zdarzało się, że grupy działaczy komunistycznych angażowały się w ochronę porządku. Często dochodziło do egzotycznych sojuszy między ustępującą polską administracją i zwolennikami władzy sowieckiej. 17 września w Baranowiczach władze miejskie powołały oddziały porządkowe złożone z 186 Polaków. Ich komendant Józef Węgrzyn doszedł do porozumienia z miejscowymi komunistami, którzy popierali działania polskiej milicji do czasu wkroczenia Armii Czerwonej. Dzięki temu w Baranowiczach uniknięto grabieży na dużą skalę. W Telechanach (powiat Pińsk) na Polesiu komendant policji przekazał władzę w miasteczku miejscowemu rabinowi Glickowi. Ten powołał oddział samoobrony, złożony głównie z Żydów i Białorusinów.
"Gdy w okolicznych gminach rozpoczęły się masowe rabunki, morderstwa i pożary, chłopi zebrani na rynku - uzbrojeni, pijani i bezczelni - tylko czekali, aby ktoś zaczął" - wspominał komendant straży obywatelskiej w Chomsku (powiat Drohiczyn Poleski). W tej sytuacji wraz z "kilku solidniejszymi chłopami, mocno bolszewickimi", założył komitet rewolucyjny. W efekcie "do przyjścia wojsk czerwonych był względny spokój w gminie chomskiej. Morderstw i rabunków nie było, gdy tymczasem w sąsiedniej motolskiej gminie zamordowano przeszło 250 osób".

Rewolucyjna (nie)sprawiedliwość
Obok motywów rabunkowych u podłoża wielu napadów leżała nienawiść do państwa polskiego i osób z nim kojarzonych, a także chęć oczyszczenia terenu z osób uznanych za wrogie władzy sowieckiej. "Otrzymujemy telefoniczną wiadomość, że bolszewickie czołgi są w odległości 14 km od Grodna. Miejscowi komuniści witają bojców kwiatami. Przy okazji rozprawiają się z miejscową władzą, rozstrzeliwując sekretarzy gminy i policjanta z miejscowego posterunku" - tak zapamiętał pierwsze dni po 
17 września mieszkaniec gminy Jeziory koło Grodna. Ważną rolę w tego rodzaju akcjach odegrali członkowie różnego rodzaju oddziałów dywersyjnych, które w dużej liczbie pojawiały się po sowieckiej agresji na Polskę.
W pierwszych dniach władze sowieckie biernie przyglądały się mordom i rabunkom. Czasem Sowieci wręcz zachęcali do wymierzania sprawiedliwości na własną rękę, zwłaszcza jeśli ofiarą padał "obszarnik", "kułak", "konfident policji" lub "pański pachołek". Żydowski kupiec Jechel Szlachter (z powiatu Brześć nad Bugiem) wspominał, że w okolicach Tomaszówka oraz Szacka działały bandy, które powstały z sowieckiej inspiracji. Ściśle współpracowały one z pogranicznymi posterunkami NKWD. Ich zadaniem było oczyszczanie terenu z "wrogów ludu".

Dziel i rządź
Sowieckie władze nie chciały, by karano winnych rabunków i samosądów. Dowodzi tego sprawa grupy chłopów z gminy Małoryta (powiat brzeski), oskarżonych o mordy i grabieże. Kiedy wiosną 1940 r. prokurator rejonu małoryckiego zebrał dowody ich winy i skierował akt oskarżenia do sądu, do sprawy włączył się tamtejszy komitet partii bolszewickiej. Prokuratorowi zwrócono uwagę, że popełnił polityczny błąd, oskarżając chłopów, którzy w ramach walki klasowej wzięli odwet na wyzyskiwaczach. Przypomniano mu także, że na zachodniej Białorusi (tak określano kresy północno-wschodnie pod okupacją sowiecką) można ścigać jedynie przestępstwa, które popełniono po 2 listopada 1939 r., a więc po oficjalnym włączeniu tych terenów do ZSRR.
"Nie powinniście się wstydzić i obawiać się, że tyle wymordowaliście w Motolu, bo my zabijaliśmy i będziemy zabijać wszystkich tych, co nam są wrodzy, są przeciwnikami komunizmu, aż wyczyścimy z korzeniami nasz teren" - mówił przedstawiciel sowieckich władz do mieszkańców zgromadzonych na rynku w miasteczku Motol koło Drohiczyna Poleskiego. Zezwalając na rabunki i mordy, władze sowieckie świadomie doprowadziły do skłócenia Białorusinów, Polaków i Żydów. Zaostrzyły także konflikt między ziemiaństwem a chłopami. Wrogość wśród miejscowej ludności ułatwiała rządzenie podbitymi terenami - zgodnie z zasadą divide et impera.

Marek Wierzbicki
Bojówki kapitana Zorina
"Sam obserwowałem działalność band koło Tomaszówka, gdzie mieszkałem, oraz Szacka. Bandy, które tam grasowały, składały się z Żydów, Ukraińców i Białorusinów, a na czele jednej stał Polak - Stefan Studniarski (...). Wiem, że te bandy były nie tylko tworzone przez bolszewików, ale też były uzbrajane przez nich i kierowane. Organizatorem oraz ich kierownikiem był kapitan Zorin z pogranicznej straży NKWD (...). Działalność band polegała na niszczeniu uciekającej z terenu niemieckiego inteligencji polskiej. Banda, chwyciwszy polskiego inteligenta czy oficera, bez żadnego sądu dokonywała na nim mordu. Takie masowe mordy były popełniane na szosie wiodącej z Tomaszówki do Lubomli oraz na drodze z Tomaszówki do Polenca, w lasku sosnowym, w którym grzebano ciała pomordowanych. W Szacku, w odległości 200 metrów od cmentarza, znajdują się groby Polaków w liczbie około 2000".
Fragment relacji Jechela Szlachtera
Okładka tygodnika WPROST: 38/2002
Więcej możesz przeczytać w 38/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • janek.ch@interia.pl IP
    Czy zna Pan Kowalskich z Tomaszówki, jestem ich wnukiem
    • bez-nazwy IP
      Ostrożni z tymi tysiącami polaków atakujących polskę. Tekst oceniam jako skrajnie tendencyjny. Korwin.